Polska od wielu lat nie jest już czołowym producentem węgla kamiennego na świecie. Daleko nam w tej chwili do rekordowego wydobycia na poziomie ponad 200 mln ton węgla. Unia Europejska zdecydowała o odejściu od czarnego złota, to nieekologiczne – tak nam się tłumaczy.
Świat do węgla podchodzi zupełnie inaczej.
Tania energia to przewaga konkurencyjna i powód, dla którego można produkować taniej. To dzięki temu Chiny czy Indie rozwijają się w tempie ekspresowym, zaś Unia Europejska staje się skansenem gospodarczym.
Na ten problem zwracają uwagę niektórzy europejscy politycy. O konkurencyjności mówił w ostatnim czasie w kontekście Unii Europejskiej polski premier Donald Tusk, co jednak w najmniejszym stopniu nie zmienia założeń europejskiego Zielonego Ładu. Dla polskich odbiorców oznacza to, że węgiel i produkcja z niego energii obłożona jest gigantycznymi podatkami, które sprawiają, że Polacy płacą niemal najwyższe stawki w Unii za prąd.
Świat zmierza w zupełnie innym kierunku. Zmiany klimatyczne? Owszem, ale wcale nie oznacza to odejścia od taniej energii – przekonuje polityka gigantów światowej gospodarki.
Indonezja wyprodukowała 755 mln ton węgla od stycznia do końca listopada 2024 r. i jest na dobrej drodze do przekroczenia rekordowego wydobycia z 2023 r. wynoszącego 775 mln ton, osiągając przy tym z nadwyżką rządowy cel wynoszący 710 mln ton na 2024 r. Eksport węgla z Indonezji w 2024 r. może wynieść 534 mln ton w porównaniu z rekordowym poziomem nieco ponad 500 mln ton w 2023 r. – informuje były wiceminister Janusz Piechociński.
Dzięki takiemu wolumenowi węgla Indonezja ma piątą co do wielkości na świecie działającą moc elektrowni węglowych wynoszącą 52,31 GW.
Największymi importerami węgla z Indonezji są Chiny, Indie, Filipiny, Korea Południowa oraz Malezja.
– Prognozy międzynarodowe na najbliższy czas wskazują, że te liczby na koniec 2023 r. mogą być jeszcze większe. Zdaniem Międzynarodowej Agencji Energii, w 2023 r. globalna produkcja węgla przekroczy poziom 8,8 mld ton, co oznacza, że wzrośnie o około 0,2 mld ton względem poziomu z 2022 r. – czytaliśmy w opracowaniu Polskiej Grupy Górniczej.
Ostatni rok był jeszcze intensywniejszy. Pobito kolejny rekord.
W opublikowanym raporcie „Coal 2024” IEA – Międzynarodowa Agencja Energetyczna – przewiduje, że rekordowe zużycie węgla nastąpi w 2027 r.
Jedna trzecia węgla spalanego na całym świecie pochodzi z Chin. Kraju, który jednocześnie importuje ogromne ilości czarnego kruszcu…
Zużycie węgla w Chinach może osiągnąć poziom 4,7 mld ton, a w Indiach przekroczyć 1,2 mld ton, przy czym należy spodziewać się spadku zużycia węgla w Unii Europejskiej oraz USA.
Ten ostatni kraj może jednak wkrótce dołączyć do Chin czy Indii. Wszystko przez zmianę polityki amerykańskiej administracji po dojściu do prezydentury Donalda Trumpa.
Prezydent Donald Trump wystąpił zdalnie na Światowym Forum Ekonomicznym w Davos na poczatku tego roku.
– Wypowiedziałem bezsensowne i niezwykle kosztowne porozumienia zawarte w ramach Zielonego Nowego Ładu, który ja sam nazwałem Zielonym Nowym Przekrętem – mówi Trump.
Jak dodał, USA mają znów stać się energetyczną potęgą. Węgiel będzie w tym przydatny.
Przypomnijmy, że dwaj najwięksi producenci węgla, Chiny i Indie, odnotowali wysoki wzrost produkcji surowca. Produkcja węgla w Chinach osiągnęła ok. 4,5 mld ton, a w Indiach to 0,9 mld ton.
Chiny i Indie odpowiadają za blisko 70 proc. światowego zużycia węgla.
Jest jeszcze inny ważny powód, dla którego tania energia z węgla będzie się nadal opłacać.
Jak podaje IEA – gwałtowny rozwój energochłonnych centrów danych związany z pojawieniem się sztucznej inteligencji – prawdopodobnie również zwiększy popyt na wytwarzanie energii, zwłaszcza w Chinach.
To oznacza, że USA rywalizujące z potęgą Bliskiego Wschodu będą prawdopodobnie potrzebowały większego zużycia czarnego złota.
Jak to wygląda w Polsce?
Zgodnie z zatwierdzoną przez rząd Polityką Energetyczną Polski, w 2030 r. udział węgla w wytwarzaniu energii elektrycznej może wciąż sięgać 56 proc.
Kłopot w tym, że w efekcie zamykania polskich kopalń węgiel będziemy importować. I to mimo informacji Komisji Europejskiej, że w 2024 r. węgiel kamienny wydobywały już tylko dwa kraje Unii Europejskiej: Czechy i Polska. Nasz kraj odpowiada za 93 proc. unijnego wydobycia. To już jednak poniżej 50 mln ton węgla w skali roku.
Jarosław Adamski
Czy wody kopalniane mogą stać się kluczowym elementem ekologicznej transformacji? Muzeum Śląskie w Katowicach udowadnia, że tak. 13 stycznia 2025 r. w Katowicach podpisano list intencyjny dotyczący współpracy w zakresie wykorzystania energii wód kopalnianych na potrzeby Muzeum. Dzięki współpracy Spółki Restrukturyzacji Kopalń, Głównego Instytutu Górnictwa oraz Instytutu Gospodarki Surowcami Mineralnymi i Energią PAN, wypompowywana woda kopalniana stanie się nowoczesnym i ekologicznym źródłem ciepła dla Muzeum.
To rozwiązanie pozwoli nie tylko obniżyć koszty funkcjonowania instytucji kultury, ale również wpisać się w działania na rzecz zrównoważonego rozwoju. Jak podkreślił Jarosław Zagórski, dyrektor GIG–PIB, projekt ten jest dowodem na to, jak przemyślane podejście do dziedzictwa poprzemysłowego może przekształcić Śląsk w lidera innowacji: – To projekt, który łączy przeszłość regionu z jego nowoczesną, zieloną przyszłością. Muzeum Śląskie, zlokalizowane na terenie dawnej kopalni Katowice, to symbol transformacji regionu. Dzięki wizjonerskiej współpracy nauki i przemysłu dawne kopalnie stają się źródłem nowych, ekologicznych rozwiązań.
To nie jest nowa idea. GIG już w 2004 r. opracował koncepcję wykorzystania wód kopalnianych do celów grzewczych, jednak dopiero teraz, dzięki nowoczesnym technologiom i determinacji Muzeum, może zostać zrealizowana. Pomysł wykorzystania wód kopalnianych jako nośnika energii ma ogromny potencjał. Profesor Przemysław Bukowski z GIG podkreśla, że jest to zasób od lat niewykorzystywany na większą skalę: – Temperatura wód kopalnianych może sięgać 20 stopni Celsjusza. W połączeniu z pompami ciepła oraz instalacją odzysku energii mechanicznej daje to ogromne możliwości. Dodatkowo różnica poziomów terenu w okolicach muzeum umożliwia zastosowanie siłowni grawitacyjnej, co jeszcze bardziej zwiększa efektywność systemu. Zakłada się, że cały system będzie składał się z kilku kluczowych komponentów: pompy ciepła, rurociągów transportowych, systemu wymienników ciepła, zbiornika akumulacyjnego i dodatkowych modułów odzysku energii mechanicznej, wykorzystujących różnice wysokości terenu dla dodatkowej produkcji energii.
Według wstępnych analiz inwestycja w system grzewczy oparty na wodach kopalnianych powinna zwrócić się w ciągu 4-7 lat. Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem, Muzeum Śląskie może stać się pionierem w ekologicznej transformacji postindustrialnych terenów. Przyszłość pokaże, czy inne instytucje pójdą tym śladem. Jedno jest pewne, Śląsk po raz kolejny udowadnia, że można łączyć tradycję z nowoczesnością.
Nie jest to jedyny przykład na wykorzystanie wód kopalnianych do ogrzewania. W 2017 r. na terenie osiedla Golf Club w Bytomiu, położonego na obszarze hałdy byłej kopalni Szombierki, zaczęła pracować zaprojektowana w GIG instalacja odzysku ciepła z wody kopalnianej, ogrzewająca w ten sposób obiekt biurowy. W Jaworznie woda kopalniana jest źródłem chłodników lokomotywowni. Podobny projekt to dawna kopalnia „Saturn” w Czeladzi, gdzie siedziba Centralnego Zakładu Odwadniania Kopalń wykorzystuje wody kopalniane jako źródło ciepła. Szyb Maciej w Zabrzu, zrewitalizowany i przekształcony w atrakcję turystyczną, obiekt dawnej kopalni Concordia, wykorzystuje jako dolne źródło dla instalacji pomp ciepła wodę o temperaturze około 8 °C, która czerpana z jest wypompowanego szybu kopalnianego.
W Europie pionierami wykorzystania wód dołowych są Holendrzy, którzy jako pierwsi, dzięki geotermalnej energii z wód kopalnianych, w 2008 r. zaczęli ogrzewać domy w Heerlen. Droga Holendrów poszli Anglicy, którzy w mieście Gateshead w północno-wschodniej Anglii udowodnili, że zamknięta kopalnia może być efektywnym źródłem energii cieplnej. Od marca 2023 r. działa tam pompa ciepła o mocy 6 MW, oparta o wody z zalanych, starych wyrobisk, a instalacje zasila lokalna farma fotowoltaiczna. Projekt z Gateshead uznano za sukces, a w kolejce ustawiły się kolejne miasta. Do 2027 r. niemieckie Bochum planuje wykorzystać do ogrzewania nowej dzielnicy Mark 51°7 ciepło ze starych górniczych szybów. Wokół tego źródła ciepła mają powstać kompleksy badawcze; strefa ekonomiczna na 10 tys. miejsc pracy, gdzie siedziby będą miały takie firmy, takie jak np. Bosch, VW; i innowacyjne modele mieszkaniowe.
W polskim projekcie Muzeum Śląskiego nie brakuje wyzwań. Spółka Restrukturyzacji Kopalń, choć zaangażowana w projekt, zaznacza, że jej model finansowania nie pozwala na inwestowanie w takie rozwiązania, konieczny jest więc aktywny operator i beneficjent projektu: – My jesteśmy gotowi podzielić się zasobem, jakim jest woda, ale to Muzeum Śląskie przejmuje na siebie ciężar realizacji tej inwestycji – mówił Jarosław Wieszołek, prezes SRK. Sukces przedsięwzięcia zależy od zaangażowania aktywnych operatorów i beneficjentów, w tym samorządów. Istnieje potencjał do wykorzystania wód pokopalnianej w różnych celach, co wymaga współpracy między SRK a samorządami.
Muzeum Śląskie to jeden z najważniejszych przykładów rewitalizacji terenów pokopalnianych w Polsce. Zlokalizowane w surowej przestrzeni dawnej kopalni Ferdynand, a od później Katowice, stało się symbolem zmian. Jak podkreśla dyrektor muzeum, dr Karol Makles, to nie tylko miejsce przechowywania historii, ale również centrum innowacji i ekologii: – Zamiana czarnej energii w zieloną to coś więcej niż ekologiczne rozwiązanie to także przekaz, że nasz region potrafi zmieniać swoją przyszłość.
Eksperci podkreślają, że sukces tego projektu może stać się wzorcem dla innych miast i instytucji. W Katowicach trwają już rozmowy o podobnych zastosowaniach wód kopalnianych w innych miejscach, np. w Bożych Darach, gdzie planowane jest wykorzystanie wody kopalnianej do celów bytowych.
Sylwia Jarosławska
Co ma wspólnego z górnictwem węglowym Kopalnia Soli Wieliczka? Okazuje się, że ma i to niemało.
Spośród kopalń udostępnionych w Polsce do zwiedzania, ta w Wieliczce plasuje się na trzecim miejscu pod względem długowieczności. Wcześniej niż w Wieliczce prowadzono prace górnicze w neolitycznej kopalni krzemienia Krzemionki oraz w kopalni soli kamiennej w Bochni. Mimo tego kopalnia w Wieliczce jako pierwsza stała się celem podróży i już w czasach feudalnych zyskała sławę jako niezwykle ciekawe miejsce pod ziemią.
W średniowieczu i w kolejnych stuleciach górnicy z Wieliczki obwiali się bez węgla kamiennego. Zapotrzebowanie na ten surowiec w małopolskim mieście datować można począwszy od XIX wieku. Węgiel przydatny był nie tylko do napędu maszyn parowych, których używano do wypompowywania wody napływającej do wyrobisk. Kopalnia zaczęła korzystać z prądu elektrycznego, wytwarzanego przez kopalnianą elektrownię węglową. Dzięki temu w 1886 r. w podziemiach wielickiej kopalni rozbłysło po raz pierwszy światło elektryczne, a w 1911 r. w wielickich szybach zaczęły pracę maszyny wyciągowe o napędzie elektrycznym. Natomiast w 1936 r. wprowadzono wąskotorowe lokomotywy elektryczne do transportu urobku. Bez dostaw węgla do Wieliczki byłoby to nierealne.
Aż do drugiej połowy XX wieku obiekt w Wieliczce był dla mieszkańców Górnośląskiego Zagłębia Węglowego praktycznie jedyną dostępną do zwiedzania kopalnią. W przedwojennej prasie znaleźć można opisy wycieczek ciągnących do Wieliczki np. z Tarnowskich Gór czy z Sosnowca. Dzięki temu, iż sporządzony został dosyć precyzyjny opis wycieczki koła Polskiego Towarzystwa Krajoznawczego z Zabrza Dąbrowskiego, zorganizowanej 27 listopada 1911 r., wiemy dziś, jak wyglądał program zwiedzania kopalni i w jakiej kolejności pokonywano poszczególne wyrobiska.
Był taki czas, kiedy wcale nie trzeba było jeździć aż za Kraków, by oglądać zabytki z kopalni soli. Związkowe Muzeum Górnicze w Sosnowcu w 1950 r. otrzymało zbiór pamiątek z Kopalni Soli Wieliczka. Były to drewniane łopaty do przesypywania soli, dwa wózki, cztery kaganki oraz kolekcja gatunków soli pozyskiwanych w Wieliczce. Były też fotokopie starych rysunków i liny konopne. Przedmioty te pochodziły z XVII i XIX wieku. Ekspozycja ta została 15 lipca 1959 r.
udostępniona zwiedzającym w Domu Kultury Górnik w Sosnowcu. Sosnowieckie muzeum zostało jednak w 1972 r. zlikwidowane.
Warto przy tym odwrócić perspektywę i spróbować spojrzeć z perspektywy górników z Wieliczki. Przez długie lata mogli oni z niejaką pomocą o obejrzeniu wyrobisk którejś z kopalni węgla na Górnym Śląsku. Stosunkowo późno odnotowana została pierwsza wycieczka pracowników kopalni soli do górnośląskiej kopalni. Otóż latem 1949 r. licząca 50 osób grupa górników z Kopalni Soli w Wieliczce przyjechała do Katowic, gdzie zwiedzała podziemia Kopalni Węgla Kamiennego Eminencja. Celem wycieczki było zapoznanie się z warunkami pracy w górnictwie węglowym. Był to pierwszy przypadek zorganizowanej wycieczki górników wielickich do kopalni węgla. Współcześnie mieszkańcy Wieliczki mają większy wybór, gdyż w XXI wieku udostępnione są do zwiedzania dawne kopalnie węgla kamiennego w Zabrzu, Wałbrzychu i Nowej Rudzie.
A propos Nowej Rudy i Wieliczki. Te dwa tak odległe od siebie pod względem profilu produkcji i położenia geograficznego zakłady górnicze łączyło coś więcej niż tylko podległość pod Wyższy Urząd Górniczy, podobnie nazwane Wyrobków, a konkretnie osiedli-makach, ulic i osnów, noszących to samo imię i nazwisko.
Noworudzki ośrodek szybszy był w latach 1919-1998. Był synem górnika kopalni soli i samemu też się związał na ponad pół wieku z wielicką żupą solną. Mieszkał w niej z przerwami w latach 1917-1968. Wspominał siebie za piłkarstwo z tłemcytate biblijną, szczególnie wykonaniem kaplicy św. Kingi, w tym „Ucieczka do Egiptu” powstała w latach 1927-1928, „W drodze do Betlejem” z 1929 r. oraz inne, jak i również „Cud w Kanie Galilejskiej” oraz „Golgota” z 1934 r.
Nieco inną drogę życiową obrał syn wielickiego górnika-rzeźbiarza, czyli Antoni Wyrodek „młodszy”, żyjący w latach 1926-1998. W 1945 r. wyjechał on z Wieliczki do Nowej Rudy. Po ukończeniu szkoły górniczej pracował na tamtejszej kopalni węgla kamiennego jako racjonalnik górniczy, został też kierownikiem kopalnianej stacji ratownictwa. Jego pasją były jednak pomniki i świstyło, ale nie tylko. W pewnym sensie można powiedzieć, że syn poszedł śladami ojca. Przy dawnym budynku administracyjnym Piast KWK Nowa Ruda ustawiona została rzeźba przedstawiająca górnika węglowego. Wykonał ją właśnie Antoni Wyrodek „młodszy”. Rzeźbę tę mijają turyści, zdążający na zwiedzanie Dawnej Kopalni, czyli podziemnej trasy turystycznej w Nowej Rudzie.
Tyle o związkach Wieliczki z Nową Rudą. Małopolska kopalnia soli znana jest nie tylko jako wielowiekowy zakład wydobywczy, lecz także z działającego w jej podziemiach sanatorium, gdzie prowadzi się kuracje w chorobach układu oddechowego. Próbną zjazdy z chorymi na poziom 300 metrów zaczęto praktykować w 1957 r., po tym, gdy 5 czerwca 1964 r. otwarto Sanatorium Alergologiczne „Kinga” na poziomie 211 metrów pod ziemią. Inspiracją było podobne sanatorium w kopalni soli kamiennej w Schönebeck w Niemieckiej Republice Demokratycznej, jakie kilka lat wcześniej odwiedzili wieliccy lekarze i inżynierowie.
Tymczasem mało kto wie, że wcześniej niż w Wieliczce podziemne leczenie prowadzono po drugiej wojnie światowej w jednej z kopalni węgla kamiennego w ówczesnym województwie katowickim. Temat ten latem 1950 r. szeroko i emocjonalnie rozpisywała się ówczesna prasa, m.in. Jeleniogórskie Słowo Polskie, czy Trybuna Robotnicza z Katowic. Dzienniki w 1951 r. podniosły to tym, że dr Szczurawski zastosował eksperymentalną metodę leczenia kokluszu. Zwoził on dzieci do podziemi kopalni im. Józefa Stalina w Sosnowcu. Próby te dały dobre wyniki, wzbudzając zrozumiałe zainteresowanie. Towarzyszyła im duża przychylność Ministerstwa Górnictwa. Do końca kwietnia 1951 r. ponad 50 dzieci skorzystało z tych zabiegów. Po latach można tylko westchnąć: szkoda, że tamtymi informacjami nie zainteresowała się wtenczas dyrekcja wielickiej kopalni. Być może podziemne sanatorium w Wieliczce powstałoby kilka lat wcześniej.
Z perspektywy władz górniczych kopalnia w Wieliczce była jednak w XX wieku przede wszystkim zakładem produkcyjnym wydobywającym sól kamienną, a podziemna trasa turystyczna czy sanatorium stanowiły działalność uboczną. Liczyły się głównie roczne plany pracy. Niestety, nie dało się tu skopiować wszystkich wzorców z górnictwa węglowego. Socjalistyczne współzawodnictwo pracy, które 27 lipca 1947 r. zapoczątkował górnik Wincenty Pstrowski z zabrzańskiej kopalni Jadwiga, polegało zasadniczo na przekraczaniu norm produkcyjnych
Wezwanie rzucone przez górnika z Zabrza zostało naturalnie podjęte w Wieliczce. Bardzo szybko okazało się jednak, że nie łatwo mu sprostać ze względów mniej zależnych od górników. Popyt na sól był stały, wręcz sztywny, a soli nie można było wydobywać na zapas. Powód był prozaiczny: warunki atmosferyczne panujące na powierzchni w polskim klimacie. Deszcze i śniegi mogły łatwo zniweczyć trud górników. Mimo tego próbowano przekraczać normy produkcyjne. Przykładowo w 1949 r. do czołowych przodowników pracy wielickiej kopalni soli należeli Władysław Rybicki i jego pomocnik Adam Rupert. Osiągnęli oni wtedy 148 procent normy, zapewniając przy tym, że nie powiedzieli jeszcze ostatniego słowa.
Chyba najbardziej znaczącą pomoc ze strony górnictwa węglowego otrzymała wielicka kopalnia u schyłku Polski Ludowej. Wyeksploatowany szyb Daniłowicz, służący do transportu turystów do podziemi kopalni i na powierzchnię, musiał zostać wyłączony z użytkowania i remontowany. Od 1 października 1987 r. całkowicie wstrzymano ruch turystyczny w wielickiej kopalni. Prace w szybie przeprowadziło Przedsiębiorstwo Robót Górniczych z Mysłowic. Zlikwidowano dotychczasowy przedział schodowy, ponadto zdemontowano drewnianą obudowę szybu, wykonano obudowę murowaną wstępną do poziomu 32 metrów, a następnie obudowę drewnianą ostateczną i nowy przedział schodowy. Wielicka kopalnia dostarczyła drewna potrzebnego mysłowickiemu przedsiębiorstwu. Wszystkie pozostałe materiały zapewniło górnictwo węglowe. W pracach zatrudnieni byli głównie górnicy z Bochni i Wieliczki. Polska Agencja Prasowa w kwietniu 1989 r. oceniała, że „dobre tempo robót utrzymywane przez górników śląskich” pozwoli na rychłe wznowienie zwiedzania kopalni. W końcu po ponad dwóch latach od zamknięcia podziemna trasa turystyczna została udostępniona 26 listopada 1989 r., czyli już po rozpoczęciu transformacji gospodarczej z socjalizmu na kapitalizm.
Tomasz Rzeczycki
Pani Profesor, potoczne skojarzenia łączą górnictwo z tężyzną, siłą i pracą fizyczną, a to z kolei przymioty przypisywane tradycyjnie mężczyznom. Rozpoczynając cykl wywiadów poświęconych kobietom polskiego górnictwa, wypada zapytać na ile ten stereotyp znajdował pokrycie w rzeczywistości gdy zaczynała Pani karierę zawodową, a na ile pozostaje aktualny dzisiaj. Czy przez ostatnie dekady zwiększyła się liczba kobiet zatrudnionych w branży wydobywczej?
Choć potoczne skojarzenia z sektorem dotyczą zwykle postaci górnika, którym jest mężczyzna pracujący fizycznie z kopaliną, najczęściej głęboko pod ziemią, górnictwo to także to, co dzieje się na powierzchni – w zakładach pracy, przedsiębiorstwach, instytutach badawczych i na uczelniach, a tam kobiet było od zawsze więcej. U nas na pierwszym roku było siedem pań na 70 osób studiujących na kierunku. Za wyjątkiem jednej, która urodziła dziecko i obroniła się rok później, wszystkie ukończyły studia w terminie, co było zdecydowanie wyższym odsetkiem niż w grupie mężczyzn. Mało tego, wszystkie, o ile mi wiadomo, pozostały w branży i doskonale radziły sobie na rynku pracy, odnosząc wiele zawodowych sukcesów. Nie jest więc tak, że drzwi górniczego świata pozostawały dla kobiet zamknięte…
Obecnie na kierunku górniczym obserwujemy u nas – na Wydziale Geoinżynierii, Górnictwa i Geologii Politechniki Wrocławskiej – zacieranie się wzorców zainteresowania naukami górniczymi według płci. Proporcje kobiet-studentek i mężczyzn-studentów są raczej wyrównane, nawet jeśli w poszczególnych latach szala wychyla się w jedną bądź w drugą stronę.
Co sprawiło, że zdecydowała się Pani związać swój zawodowy los właśnie z górnictwem? Czy wybierając kierunek studiów i stawiając pierwsze kroki w branży, towarzyszyły Pani wątpliwości lub obawy dotyczące jej „maskulinizacji”, związanych z tym stereotypów itd.?
Zaskoczę Pana. Moim pierwszym, wymarzonym wyborem jeśli chodzi o kierunek studiów była… fizyka teoretyczna. Koleżanka z liceum mierzyła w nauki filologiczne. Efekt? Obie poszłyśmy na górnictwo (śmiech)! Mając niespełna 18 lat, wszystko zmienia się jak w kalejdoskopie, a świat mieni się tysiącem możliwości. Nie zawsze za tymi młodzieńczymi wyborami idą jakieś głębsze praktyczne motywacje. W moim przypadku one zaczęły działać nieco później, a związane były z miejscem zamieszkania. Pochodzę z i wychowywałam się w Legnicy, gdzie działała Huta Miedzi „Legnica”. Od początku lat 60., swoje macki w rejonie zapuszczał potężny Kombinat Górniczo-Hutniczy Miedzi, czyli obecny KGHM. Pamiętajmy, że branża górnicza notowała wtedy dynamiczny rozwój i była kluczowa dla polskiej gospodarki, zaś młodych kusiła wizją szans zawodowych…
A wspomniany stereotyp? Cóż, chyba nie było z nim większych problemów. Może dlatego, że tu, na Dolnym Śląsku, stereotyp górniczych rodzin, gdzie on fedruje głęboko pod ziemią, a ona zajmuje się dziećmi i gospodarstwem domowym i tak dalej, nie zakorzenił się (jak miało to miejsce w Zagłębiu Dąbrowskim i na Górnym Śląsku). Być może w jakimś stopniu zdecydował o tym fakt, że u nas występował większy odsetek ludności napływowej, nie było więc transmisji pewnych tradycji i wzorców z dziada pradziada.
Słyszałem, że sympatie górnicze budziły się w Pani także w związku z uprawianym hobby, nawet jeśli ten związek nie od razu wyda się naszym czytelnikom oczywisty…
Ma Pan zapewne na myśli trekking górski, który rzeczywiście był jedną z moich ówczesnych pasji. W szkole jeździłam chętnie na obozy wędrowne, chodziłam dużo po Sudetach i Bieszczadach.
I owszem – choć dla kogoś to może być paradoks – góry również kierowały moją uwagę w stronę kopalin. Człowiek zachwycał się dumnie piętrzącymi się nad ziemią masywami skalnymi i zastanawiał nad ich budową oraz tym, co w sobie kryją, z czego się składają, a także nad tym, co ciekawego dzieje się pod powierzchnią. Wtedy też dużo mówiło się o pierwszych lotach na księżyc. Otwierała się – nawet jeżeli bardzo odległa – perspektywa górnictwa kosmicznego. Te naiwne może impulsy wyzwoliły w moim przypadku prawdziwie naukowe zainteresowanie tematem.
Gdy wizja studiów w zakresie nauk o górnictwie nabrała kształtów, przyszła kolej na wybór placówki. Dlaczego padło na Politechnikę Wrocławską?
Początkowo celowałam w Akademię Górniczo-Hutniczą w Krakowie, która uznawana była wtedy za wiodący ośrodek w specjalizacji górniczej w całym kraju. Wkrótce potem zaczęły docierać do mnie głosy, że nauki górnicze równie prężnie rozwijają się na pobliskiej Politechnice Wrocławskiej… Długo nie trzeba było mnie przekonywać.
Studia chyba okazały się strzałem w dziesiątkę, skoro od razu po ich ukończeniu zdecydowała się Pani na doktorat…
To przyszło raczej naturalnie. Od studiów już wiedziałam, że moja przyszłość jest w branży górniczej. Ja zostałam na uczelni, a koleżanka, która mierzyła w filologię, po jakimś czasie została dyrektorem kopalni odkrywkowej w Australii. Jak widać, miejsca dla kobiet w górnictwie nie brakowało, jeżeli wykazywały w tym kierunku zainteresowania i decydowały się nabyć niezbędne kompetencje.
Porozmawiajmy chwilę o Pani zainteresowaniach naukowych. Na pierwszy plan wysuwa się tu transport przenośnikowy w kopalniach. Skąd pomysł na specjalizację akurat w tej problematyce?
Systemy transportowe to niezwykle ważny aspekt funkcjonowania kopalni, nawet jeśli naukowo pozostaje niekiedy w cieniu innych tematów. Od czasu studiów doktoranckich moja uwaga koncertowała się przede wszystkim na kluczowym elemencie przenośnika, czyli tzw. taśmie przenośnikowej. Awaria przenośnika oznacza dla zakładu górniczego ciężkie pieniądze. Stąd pomysł, by wypracować rozwiązania technologiczne, które zwiększą wytrzymałość taśm i zredukują ryzyko awarii. Akcent padł przede wszystkim na najsłabsze ogniwo, które zwykle szwankowało, a były nim połączenia taśmowe. Problematyce trwałości taśm poświęciłam liczne badania, ale też udało mi się uzyskać szereg patentów.
Warto również wspomnieć, że początkowo wiele uwagi poświęcaliśmy w zakładzie problemowi palności taśm, co było czynnikiem pożarowym w kopalniach. Zaproponowaliśmy szereg ulepszeń ograniczających ryzyko zapłonu.
Gdyby miała Pani wskazać swoje największe naukowe osiągnięcie, byłoby to…
Trudno wskazać tutaj jakiś jeden konkret, ale gdybym musiała, to chyba padłoby na zwieńczone sukcesem starania o wybudowanie od podstaw laboratorium taśm przenośnikowych na naszym wydziale. Wymagało to spełnienia wielu wyśrubowanych norm i wymagań. Laboratorium jest zatwierdzone przez Polskie Centrum Akredytacji (PCA) i Wyższy Urząd Górniczy (WUG) jako podmiot dopuszczony do wydawania opinii w przedmiocie taśm przenośnikowych. Utrzymanie infrastruktury wymaga jednak ciągłych starań. Akredytacje, konserwacja, audyty – to nasza codzienność, a to tylko wierzchołek góry lodowej. Nowe stanowiska laboratoryjne pozwalają jednak pracować nad nowymi rozwiązaniami, optymalizować obecne, a także przeprowadzać testy.
Podobno w kuluarach studenci mówili o Pani „harda góra”… Jest Pani wymagającym nauczycielem?
Wymagam od siebie i od innych, bo tylko tak możemy iść do przodu, ale raczej nie miałam nigdy problemów z relacjami ze studentami i doktorantami. Przeciwnie, przeważnie były one bardzo dobre. Zawsze byłam otwarta i starałam się pomagać w rozwoju. Dydaktyka jako taka przez cały czas plasowała się wysoko na mojej liście priorytetów. Prowadzenie zajęć i kształcenie młodych adeptów nauk górniczych, a także obserwowanie ich wzrostu oraz późniejszych sukcesów, od lat sprawiały mi wiele radości.
Przez długi czas łączyła Pani aktywność naukową z wykonywaniem analiz i ekspertyz dla biznesu. Czy któryś z tych żywiołów był dla Pani ważniejszy i jak udawało się je godzić?
Od młodości chciałam być inżynierem i miałam ambicję, aby to, co robię, miało jakąś wartość praktyczną. W nauce również orientowałam się głównie na badania stosowane, często wykonywane dla przemysłu albo wynikającego z jego potrzeb. Tak rodziły się wynalazki, patenty, a także idea uruchomienia wspomnianego laboratorium. Raczej widzę mosty niż podziały między tymi dwoma światami. W naszej branży duże podmioty przemysłowe jak KGHM mają własne komórki badawcze, co świadczy o tym, że potrzebują badań naukowych.
No właśnie! Przez 7 lat piastowała Pani stanowisko Prezesa KGHM Cuprum. Może pokusi się Pani o porównanie, jak nauka funkcjonuje w korporacji, a jak w murach uczelni? Jakie są najważniejsze różnice?
Pion naukowy w KGHM prowadzi głównie badania, które wpisują się w zapotrzebowanie tej konkretnej placówki. Podejrzewam, że podobnie dzieje się w innych komórkach naukowych działających w strukturach podmiotów przemysłowych czy firm z innych branż na wolnym rynku.
Wielką zaletą była jednak łatwość pozyskiwania projektów i uczestniczenia w nich. Przykładowo, na uczelni projekty zagraniczne (współfinansowane np. ze środków Funduszu Badawczego Węgla i Stali czy Horyzontu Europa) wymagają często pozyskania partnerów w postaci prywatnych firm, spółek itd. W tych stosunkach uczelnie czy instytuty przyjmują więc w pewnym sensie rolę petenta. KGHM i podobne podmioty reprezentują drugą stronę stołu – to do nich bowiem wpływają takie propozycje, niekiedy mogą w nich wprost przebierać…
Jeśli chodzi o drugą stronę medalu, nie da się ukryć, że duże spółki skarbu państwa są przedmiotem wpływów politycznych, co najlepiej obrazuje rotacja kadr w zarządach gdy wahadło polityczne wychyla się w wyniku wyborów w odwrotną stronę…
Dodatkowo, w świecie akademickim mamy pewien etos związany z dydaktyką, przekazywaniem wiedzy i kształceniem studentów. W sektorze prywatnym zasadniczy kurs jest na wyniki i rozwój firmy.
Niejednokrotnie słyszałem w ostatnich latach opinie, że nauka w Polsce jest niedofinansowana i nie nadąża za biznesem, który w większym stopniu odpowiada za rozwój technologiczny. To tylko stereotyp czy jednak jest coś na rzeczy?
Rzeczywiście mimo wielu punktów wspólnych między nauką i biznesem, pod względem finansowym to jednak inne bajki. Boleśnie widać to po liczbie młodych ludzi, którzy mimo ewidentnych predyspozycji naukowych wybierają karierę w przemyśle, przeważnie z przyczyn płacowych… Dobrze to widać w ostatnich latach po liczbie osób rezygnujących ze studiów doktoranckich. Dlatego tak ważne jest, by obok pozostawiających sporo do życzenia wynagrodzeń zasadniczych, angażować młodych naukowców do udziału w grantach i projektach. Pozyskiwanie grantów to jednak równie ciężki kawałek chleba, a do tego również czynnik płacowej niestabilności – nie możemy mieć pewności, że każdy złożony wniosek grantowy otrzyma finansowanie.
Nie powiedziałabym natomiast, że przemysł jest bardziej zaawansowany technologicznie, choć niektórzy mogą mieć takie wyobrażenia. Być może zresztą utrudniają one inicjowanie współpracy między nauką i przedsiębiorstwami z branży?
Nauce brakuje marketingu i siły przekonywania, czy może w grę wchodzi także element biurokracji i zawiłe procedury?
To ostatnie na pewno nie pomaga, szczególnie że dla firm często liczy się czas. Wolą mieć coś szybciej, nawet płacąc za to więcej, niż otrzymać rozwiązanie wyższej jakości, ale w odległej perspektywie czasowej i po spełnieniu licznych wymagań i formalności.
Promocja na pewno jest, ale chyba brakuje też trochę tradycji i kultury synergii nauki i przemysłu, tak jak ma to miejsce np. w Niemczech, gdzie spora część doktoratów powstaje we współpracy z firmami, co ułatwia wdrażanie wyników badań w praktyce. Za Odrą naukowcy cieszą się również większym zaufaniem, przez co firmy chętniej finansują badania.
Była Pani dyrektorem Instytutu Górnictwa, trzykrotnie dziekanem Wydziału Geoinżynierii, Górnictwa i Geologii Politechniki Wrocławskiej, prorektorem Politechniki Wrocławskiej, a przez siedem lat pozostawała Pani także u steru Centrum Badawczo-Rozwojowego KGHM Cuprum we Wrocławiu. Jak wspomina Pani ten czas i jak odnalazła się Pani w kierowniczych rolach?
Gdy zostawałam dyrektorem Instytutu Górnictwa, byłam młodym adiunktem, więc było to z pewnością wielkie wyzwanie. Przejęłam jednak instytut bardzo dobrze prowadzony, ze sprawnie działającą administracją, dzięki czemu mogłam dalej prowadzić badania oraz skupić się na działaniach promocyjnych. Wierzyłam, że ponieważ gros naszych badań miało praktyczny, stosowany charakter, uda nam się pozyskać zlecenia z sektora prywatnego. Objeżdżałam wtedy popularnym „maluchem” różne placówki i kopalnie, głównie te związane z wydobywaniem surowców skalnych. Wręczałam ulotki, rozmawiałam, przekonywałam, czasem po prostu pozwalałam się zapamiętać. Odwiedziłam także kombinat KGHM, co zaowocowało długotrwałą współpracą. Bliskie relacje wywiązały się też ze Zjednoczeniem Przemysłu Węgla Brunatnego i Elektrownią we Wrocławiu. Po latach, gdy kopalnie zaczęły funkcjonować jako odrębne jednostki, relacje z przemysłem trzeba było często budować od nowa. Już jako dziekan wydziału miałam więc co robić…
Prezesura w CUPRUM to już inne czasy. Był to na pewno okres intensywnego wdrażania się w stricte biznesowe podejście. Sporym wyzwaniem okazała się nauka rachunkowości, czym na Politechnice zajmuje się kwestura. Na uczelni sprawy toczą się swoim tempem, ludzie sobie wzajemnie pomagają, a tu nie ma chwil do stracenia, dodatkowo trzeba wykazać się sporą niezależnością. Zostałam więc poniekąd rzucona na głęboką wodę, ale dość szybko udało mi się zaadaptować. Pomogły bez wątpienia doświadczenia z kierowania instytucjami naukowymi. Wspólnym mianownikiem była na pewno potrzeba utrzymywania relacji z różnymi ludźmi oraz budowania sieci kontaktów. Zawsze zresztą byłam otwarta na rozmowę i kontakt z drugim człowiekiem, więc nie przychodziło mi to trudno. Dość wspomnieć, że w mojej pierwszej kadencji dziekańskiej uczestniczyłam w siedemnastu barbórkach! W CUPRUM też tych kontaktów było wiele i raczej dobrze to wspominam.
Chciałbym, abyśmy pomówili chwilę także o tym co dzieje się w polskim górnictwie. W ostatnim trzydziestoleciu nie do poznania zmienił się jego krajobraz. U progu transformacji ustrojowej było kluczową gałęzią przemysłu, a dziś niektórzy widzą w nim coś w rodzaju skansenu, którego rola jest (lub niedługo będzie) jedynie historyczna. Jak ocenia Pani te przeobrażenia?
Cóż, jeśli chodzi o węgiel, to perspektywy są dość jednoznaczne. Nie mamy już wiele łatwo dostępnych złóż, a wydobywanie tych leżących na dużych głębokościach nie opłaca się ekonomicznie, abstrahując już od trudności technologicznych i względów bezpieczeństwa (wiele złóż położonych jest pod terenami z gęstą zabudową miejską). Bogdanka to dziś jedyna kopalnia węgla, która pozostaje rentowna. Złoże „Szczerców” w Bełchatowie wyczerpie się za siedem, może osiem lat. Jest jeszcze JSW z węglem koksującym o krytycznym znaczeniu gospodarczym. Koniec wydobycia węgla na skalę przemysłową zdaje się jednak nieunikniony. Tym bardziej że w wielu przypadkach można go taniej importować. Na świecie, m.in. w Australii i RPA, wydobycie jest o wiele tańsze, co nie wynika tylko z braku regulacji prawnych, którym podlegają producenci europejscy, ale także z atrakcyjności tamtejszych złóż, położonych w wielu przypadkach płycej, w lepszych warunkach geologicznych, często eksploatowanych odkrywkowo. My z takich złóż czerpaliśmy bardzo obficie przez ostatnie dekady, przez co teraz są na wyczerpaniu…
Pamiętajmy jednak, że górnictwo to nie tylko „czarne złoto”. Miedź i surowce skalne można ciągle wydobywać i dużo się w tym temacie dzieje, zarówno w KGHM, jak i w innych, prywatnych zakładach, gdzie możliwości przybywa.
A rola węgla jako surowca awaryjnego, który przyczynia się do poprawy bezpieczeństwa energetycznego, szczególnie w sytuacjach kryzysów jak pandemia COVID-19 czy wojna w Ukrainie? Może tutaj jest jakaś nadzieja?
Niewątpliwie warto dywersyfikować źródła energii i to być może jest jakaś furtka, ale pamiętajmy, że obecnie dopłacamy do wydobycia i będziemy musieli dopłacać coraz więcej. Dla wielu ludzi mieszkających na Górnym Śląsku, związanych z branżą węglową, to może mieć sens, jednak jak długo będzie udawało się przekonać do tego konceptu szersze kręgi społeczne, tego nie wiem.
Jak ogólnie ocenia Pani przebieg procesu transformacji energetycznej? Czy przyjęty model transformacji rzeczywiście jest najlepszym z możliwych?
Z mojego punktu widzenia największym problemem jest brak stałej strategii dekarbonizacji. Pomysły na likwidację węgla ciągle się zmieniają. Brakuje spójności w dokumentach unijnych, ale także porozumienia ponad podziałami w naszym kraju. Każda władza ma inną koncepcję, a niejednokrotnie tych koncepcji jest kilka w obrębie jednego obozu, a nawet jednego rządu…
Jak odpoczywa profesor Hardygóra? Czy to prawda, że w przerwach między prowadzeniem badań, wykonywaniem ekspertyz i kierowaniem instytucjami wdrapała się Pani na pięć pięciotysięczników?
Góry towarzyszą mi odkąd pamiętam. Byłam w Himalajach i na Kilimandżaro, niedawno wróciłam z mniejszego trekkingu w Dolomitach. Od pół wieku jeżdżę też na nartach – przez większość życia na czarnych, obecnie na czerwonych (śmiech). Na mapie, którą Pan widzi za moimi plecami, oznaczam kraje, które już miałam przyjemność odwiedzić – nie mogłabym żyć bez turystyki. Obecnie na liczniku mam ponad 120 państw i… ponad 100 kopalń. Dodam, że zawsze wykorzystywałam urlop do ostatniego dnia. To daje nie tylko radość, ale też pozwala po powrocie pracować z pełną energią.
Strzelam, że kolejne wyprawy są już zaplanowane – może uchyli Pani rąbka tajemnicy?
Tym razem będzie to mały trekking w Szwajcarii, a turystycznie w okresie wakacyjnym planuję odwiedzić pięć republik dawnego ZSSR w Azji.
Życzę zatem udanych wojaży i dziękuję za rozmowę!
rozmawiał Marcin Hylewski