W lipcu tego parafowano pierwsze umowy dotyczące utworzenia Branżowych Centrów Umiejętności. To jedna z flagowych inicjatyw przeznaczonych do realizacji w ramach Krajowego Planu Odbudowy, która zakłada powstanie w Polsce 120 tego rodzaju placówek. Jedną z nich, o strategicznym znaczeniu, stanowić ma „Branżowe Centrum Umiejętności Górnictwa Rud 4.0”. Projekt realizuje Miedziowe Centrum Kształcenia Kadr wraz z partnerami: KGHM Polska Miedź S.A., Górniczą Izbą Przemysłowo-Handlową oraz Związkiem Pracodawców Polska Miedź. I choć BCU mają docelowo stanowić platformę zbliżenia sfery edukacji oraz nowoczesnego rynku pracy, w branżach restrukturyzowanych mogą okazać się także szansą na neutralizację części zagrożeń czyhających w najbliższym czasie na firmy i pracowników.
Kierunek – przyszłość
Idea BCU wpisuje się w realizowaną w ramach KPO koncepcję tzw. centrów doskonałości zawodowej (CoVEs). W rolach tych ostatnich występować mogą zarówno istniejące placówki edukacyjne lub kształcenia zawodowego jak i te specjalnie w tym celu utworzone. Ich zadaniem jest rozwój umiejętności i kompetencji pracowników, a także ich dostosowanie do zmieniających się realiów rynku pracy. Ośrodki te kłaść mają akcent na kwestie innowacji, postępu technologicznego, trendów w obszarze zatrudnienia, a także praktycznych aplikacji różnych rozwiązań. Wyróżnia je także skala działalności – z założenia bowiem mają odpowiadać na zapotrzebowanie i rzeczywiste problemy wybranych regionów.
BCU, którymi będą mogły stać się zarówno publiczne jak i niepubliczne placówki, mają stanowić forum współpracy szkół, instytucji, uczelni i organów prowadzących z sektorem przedsiębiorstw oraz zbiorowością pracodawców, co ma zapewnić lepsze dostosowanie do praktyki życia gospodarczego z korzyścią zarówno dla pracowników jak i firm. Obok podnoszenia kwalifikacji i działalności edukacyjnej, BCU mają też świadczyć usługi doradztwa zawodowego, a także zajmować się upowszechnianiem wiedzy oraz nowych technologii, wspierając w ten sposób transformację ekologiczną i cyfrową. Rząd i partnerzy realizujący projekt wierzą, że placówki będą zasilać w wykwalifikowaną siłę roboczą branże strategiczne takie jak energetyka odnawialna, elektronika czy przemysł lotniczy.
By utworzyć BCU placówka edukacyjna musi zawrzeć umowę z ogólnokrajową organizacją branżową z danego sektora. Organem prowadzącym może być jednostka samorządu terytorialnego albo osoba fizyczna lub prawna. Ta ostatnia możliwość dotyczy przede wszystkim wspomnianych organizacji branżowych.
Szczegółowo status placówek reguluje znowelizowana ustawa Prawo oświatowe, zgodnie z którą w większości kwestii (zatrudnianie nauczycieli i specjalistów, powoływanie dyrektora, wymagania odnośnie kwalifikacji personelu, itd.) działać będą one na zasadach podobnych do tych, jakie odnoszą się do innych placówek oświatowych. BCU mogą organizować branżowe szkolenia zawodowe, kursy i egzaminy, uzupełniając konstelację funkcjonujących obecnie form pozaszkolnego kształcenia ustawicznego.
Formuła BCU ma gwarantować korzyści zarówno po stronie zarówno pracodawców, jak i pracowników. Poszukujący pracy będą nie tylko mieć możliwość wyuczenia się w konkretnym fachu i nabycia praktycznych umiejętności, ale też uzyskania dokumentów poświadczających ich kwalifikacje. Te ostatnie będą zaś stanowić cenną informację zwrotną dla pracodawców, którzy nie będą musieli weryfikować zdolności kandydata po swojej stronie, co ułatwi identyfikację odpowiednich osób i przyspieszy proces rekrutacji.
Na realizację inwestycji obejmującej utworzenie 120 BCU ma zostać przeznaczona zawrotna kwota 1,4 mld zł. Operatorem projektu jest Fundacja Rozwoju Systemów Edukacji.
Kuźnia kadr dla nowoczesnego górnictwa powstaje w Lubinie
Jedno z BCU o strategicznym znaczeniu powstaje w Lubinie w ramach projektu realizowanego przez Miedziowe Centrum Kształcenia Kadr wraz z partnerami z Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, KGHM Polska Miedź S.A. oraz Związku Pracodawców Polska Miedź. Placówka będzie prowadziła działalność edukacyjną i szkoleniową związaną głównie z dziedzinami górnictwa podziemnego, a także przeróbki rud metali i surowców mineralnych. Lubińskie BCU ma pomóc MCKK zasilać w wykwalifikowanych pracowników holding KGHM, jak również inne podmioty z tej i pokrewnych branż funkcjonujące w regionie (choć bramy placówki będą otwarte dla kandydatów z całej Polski). O rozbudzonych nadziejach i oczekiwaniach związanych z projektem mówił cytowany przez portal lubin.naszemiasto.pl Marek Makuch, Dyrektor Naczelny ds. Zarządzania Kapitałem Ludzkim w Centrali KGHM Polska Miedź S.A.:
– Jako świadomy pracodawca i lider na Dolnym Śląsku prowadzimy program o kompetencjach w branży górniczej. Chcemy współpracować nie tylko ze szkołami średnimi ale chcemy budować świadomość o tym, jak jesteśmy ważni w regionie. Dlatego rozpoczęliśmy współpracę z uczelniami wyższymi, aby młodzi ludzie nie wyjeżdżali na studia poza nasz region. Bo najczęściej tutaj już nie wracają. Z naszych badań wynika, że dzisiejsi 40-50-latkowie w ciągu swojego zawodowego życia przebranżawiali się 6-krotnie. Ale dzisiejszych 20-latków może to czekać kilkukrotnie więcej. Jest to olbrzymie wyzwanie zarówno dla pracodawcy jak i szkół. Stąd zależy nam na współpracy ze szkołami i dlatego jesteśmy partnerem BCU – mówi Marek Makuch.
Co konkretnie przewiduje projekt, którego realizacja ma pochłonąć niemal 11 mln zł? Jak wylicza w rozmowie z portalem „z Miedzi” wiceprezes Miedziowego Centrum Kształcenia Kadr Monika Gazda: – W nowym obiekcie znajdą się nowoczesne pracownie dydaktyczne, warsztat naprawy samojezdnych maszyn górniczych, stanowisko obsługi taśmociągu z przesypem i pulpitem sterującym, a także pracownia symulatorów spawania, pracownia automatyki górniczej. Będzie też pracownia ratownictwa górniczego i pierwszej pomocy medycznej oraz stanowisko nauki prac na wysokości. Znajdzie się również nowoczesna pracownia informatyczna i ośrodek egzaminacyjny Okręgowej Komisji Egzaminacyjnej.
Budowa siedziby ośrodka o powierzchni 1 tys. m2 ruszyła latem tego roku, a w najbliższych tygodniach ma zostać ukończona. 3 października wizytę w MCKK złożyła wiceminister resortu edukacji i nauki Marzena Machałek. W trakcie spotkania wskazywała , że lubińskie BCU ma szansę stać się pierwszą tego typu placówką, która rozpocznie działalność na terenie kraju.
W Branżowym Centrum Umiejętności Górnictwa Rud 4.0 (pod taką bowiem nazwą placówka figuruje w dokumentach projektu) można będzie uzyskać certyfikaty potwierdzające nabycie konkretnych kwalifikacji istotnych m.in. w branży górniczej, ukończyć specjalistyczne szkolenia i kursy, a także uczestniczyć w lekcjach zawodoznawczych, konferencjach i wyjazdach studyjnych. Kształcenie ma być prowadzone z wykorzystaniem nowoczesnych metod i narzędzi edukacyjnych takich jak symulatory, wirtualna rzeczywistość, czy platformy e-learningowe. Lubińskie BCU ma także zajmować się promocją zawodów związanych z branżą „miedziową”.
Ciche koszta transformacji
W kuluarach można usłyszeć, że BCU mają również stanowić jeden z instrumentów systemowego radzenia sobie z konsekwencjami transformacji sektora paliwowo-energetycznego. Jedną z nich jest prawdziwa rewolucja na rynku pracy, która dzieje się na naszych oczach, a jej tempo, jak wynika to z licznych prognoz i ekspertyz, będzie tylko przybierać na sile. Szczególnie w państwach, których miks energetyczny opierał lub nadal opiera się w większości na węglu. Tajemnicą poliszyela jest, że chodzi tu przede wszystkim o Polskę.
Dość wspomnieć, że liczba miejsc pracy w przedsiębiorstwach powiązanych z górnictwem sięgać może 100 tys., podczas gdy według szacunków samorządu gospodarczego w sektorze tzw. zaplecza górniczego funkcjonuje obecnie ok. 400 tys. etatów. Zderzmy te dane z liczbami historycznymi dotyczącymi restrukturyzacji górnictwa w Niemczech, gdzie trwająca kilkanaście lat likwidacja 33 tys. miejsc pracy kosztowała około 15 mld Euro. W regionach podlegających przekształceniom stopa bezrobocia wynosiła ok. 12 procent i była dwukrotnie wyższa niż w pozostałych częściach kraju. Niepewność ekonomicznego losu, dyskomfort związany z koniecznością zmiany kwalifikacji, widmo zarobkowych migracji, degradacja klasowa, dziura w domowym budżecie, nikłe szanse na rynku pracy (szczególnie kohort ludności zbliżających się do osiągnięcia wieku emerytalnego) – tak mogłaby zaczynać się lista problemów, z jakimi w nieodległej przyszłości mierzyć będzie się musiała niemała część przedstawicieli siły roboczej transformowanych państw i regionów. A to tylko wierzchołek góry lodowej…
Jeden z komponentów KPO stanowi „zapewnienie odporności gospodarki na kryzysy oraz tworzenie wysokiej jakości miejsc pracy”. Wydaje się, że w cel ten dobrze wpisuje się misja BCU Górnictwa Rud 4.0, które ma umożliwiać szybką ścieżkę nabycia kwalifikacji potrzebnych na zmieniającym się dynamicznie rynku pracy. Spora część oferty jednostki ma dotyczyć zawodów górniczych i okołogórniczych, co z jednej strony zachęcić ma nowych pracowników do wiązania swoich losów zawodowych z górnictwem, z drugiej zaś osobom zatrudnionym w branży pozwolić na nabycie dodatkowych umiejętności umożliwiających np. obsługę nowoczesnych maszyn i urządzeń oraz korzystanie z najnowszych zdobyczy technologii.
Oferta BCU może także trafić do osób, które w wyniku redukcji etatów związanych z likwidowaniem miejsc pracy w polskim przemyśle wydobywczym, będą musiały poszukać zatrudnienia w innych sektorach. Przyspieszona edukacja, nacisk na praktykę i celowanie z ofertą w rynkowe zapotrzebowanie mają stanowić odpowiedź na potrzebę skutecznego przebranżowienia, dzięki któremu uda się uniknąć wielu z przykrych konsekwencji utraty miejsca pracy.
– Dzisiaj osiągamy już wskaźniki Komisji Europejskiej zaplanowane na 2025 rok, a więc zatrudnienie osób po szkołach branżowych i technicznych na poziomie 81 procent – mówiła w październiku wiceminister Marzena Machałek. Wydaje się więc, że do udziału w szkoleniach i kursach realizowanych w poszczególnych BCU nie będzie trzeba szczególnie zachęcać. Drzwi lubińskiej placówki mają zostać otwarte dla słuchaczy najdalej za kilka tygodni.
Marcin Hylewski
Kłopoty naszych kontrahentów są naszymi kłopotami, a ich szanse naszymi szansami – tak uznały zarządy największych spółek górniczych w kraju i włączyły się w lobbing za przyśpieszeniem prac nad rozwojem technologii CCS w Polsce. Dotychczasowy ich bilans jest bowiem dosyć mizerny, a tymczasem dla hutnictwa, energetyki, czy przemysłu cementowego wychwytywanie i składowanie dwutlenku węgla zaczyna się jawić jako realna ścieżką dekarbonizacji (czyt. ucieczki od coraz bardziej obciążających te sektory opłat za emisję CO2). Zwłaszcza, że takie przyśpieszenie umożliwia ostatnia nowelizacja ustawy Prawo Geologiczne i Górnicze.
Pod koniec października weszła w życie nowelizacja ustawy Prawo Geologiczne i Górnicze. Nowelizacji tej towarzyszyła medialna wrzawa za sprawą wprowadzonego przez nią pojęcia „złoża strategicznego” i płynących ze strony samorządów, a także organizacji pozarządowych alarmistycznych głosów o ograniczeniu władztwa planistycznego gmin, prawa własności osób prywatnych oraz możliwym zablokowaniu wielu obszarów dla zabudowy mieszkaniowej. Znacznie mniej uwagi poświęcono natomiast umieszczonym w noweli zapisom mającym otworzyć furtkę dla realizacji w Polsce projektów związanych z wychwytem i podziemnym składowaniem dwutlenku węgla (CCS z ang. carbon capture and storage) w skali większej aniżeli tylko demonstracyjna (bo do tej pory tylko na takie zezwalało prawo).
Przypomnijmy, że budowa instalacji do wychwytu CO2, a także infrastruktury transportowej i podziemnych magazynów do jego składowania w górotworze znalazła się w podpisanej w maju 2021 r. umowie społecznej dotyczącej „transformacji sektora górnictwa węgla kamiennego oraz wybranych procesów transformacji województwa śląskiego”. Gwoli kronikarskiego obowiązku odnotujmy, że zgodnie z zapisami tego dokumentu, sygnowanego m.in. przez wicepremiera i kilku innych członków gabinetu, strona rządowa miała zapewnić lokalizację i warunki do rozpoczęcia inwestycji (tej oraz kilku innych) do połowy roku 2022, natomiast realizacja miała uzyskać dofinansowanie ze źródeł krajowych i funduszy unijnych.
Koalicja trzech branż przemysłu we wspólnym apelu do premiera
Formalne umożliwienie realizacji projektów bazujących na technologii CCS w skali większej niźli tylko demonstracyjna wywołało duże poruszenie wśród przedstawicieli sektora hutniczego, cementowego i górniczego. Jeszcze przed wejściem nowelizacji ustawy w życie wspólną deklarację o konieczności stworzenia ogólnokrajowego programu rozwoju technologii CCS wystosowali do rządu menadżerowie działających w tych branżach spółek (m.in. ArcelorMittal Poland, PGG, JSW i Węglokoksu), władze Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, a także przedstawiciele związków zawodowych. Przypomnieli w niej, że energetyka, ciepłownictwo i przemysł w Polsce odpowiadały w roku 2021 za emisję 192 mln ton CO2. Wartość umarzanych uprawnień do emisji z całego sektora ETS sięga już teraz ok. 19,2 mld euro rocznie, a biorąc pod uwagę prognozowany wzrost ceny tych uprawnień do 250 euro/t, to owa kwota może sięgnąć 48 mld euro rocznie. Autorzy deklaracji zwrócili też uwagę, że w przypadku szeregu branż przemysłu i procesów technologicznych emisja CO2 ma charakter procesowy, czyli wynika wprost z reakcji chemicznych zachodzących w danych procesach technologicznych, a zatem jest niemożliwa do uniknięcia i żadne finansowe „motywacje” nic tu nie pomogą. Nie oznacza to jednak bynajmniej, że w najbliższych latach branże te nie będą systematycznie pozbawiane przydziału darmowych uprawnień do emisji CO2. I w tym tkwi zagrożenie, bo próba „wrzucenia” tego w koszty byłaby dla klientów tych sektorów absolutnie nieakceptowalna.
– Dla branż mających w swej charakterystyce przemysłowe emisje procesowe jedyną zatem realnie dostępną ścieżką dekarbonizacji staje się technologia wychwytu i składowania dwutlenku węgla – stwierdzają sygnatariusze apelu.
– Instalacje CCS pracują i przyczyniają się do osiągnięcia celów klimatycznych w wielu miejscach na świecie. Finansowanie CCS jest wspierane analogicznie, jak subsydiuje się rozwój OZE. Jest to niezwykle ważne w kontekście rekordowego zużycia węgla na świecie (…) i rekordowego, negatywnego bilansu handlowego UE z Chinami (…). Te dwa fakty dobitnie potwierdzają problem migracji przemysłu z Europy z powodu zbyt rygorystycznego prawa i braku programu wsparcia m.in. dla CCS – czytamy w wystosowanym we wrześniu apelu.
Tu nie ma ryzyka, to nie może się nie udać. Nie traćmy więc więcej czasu
– Jeśli polskie hutnictwo nie dokona zielonej transformacji, to niestety będzie tracić klientów. Już teraz polska stal ma coraz trudniej we własnym kraju – ostrzegał w rozmowie z regionalnym portalem SlaZag.pl Mirosław Motyka, prezes Hutniczej Izby Przemysłowo-Handlowej. Na poparcie tych słów przytoczył statystyki, z których wynika, że w pierwszej połowie tego roku import pokrył 83 proc. krajowego zużycia stali. Zdaniem Motyki technologia CCS może się okazać jedyną, która w perspektywie roku 2030 pozwoli dokonać 30-procentowej dekarbonizacji rodzimego przemysłu hutniczego. O ile rzecz jasna związane z nią projekty wyjdą poza sferę deklaracji i zaczną być faktycznie realizowane.
– Trzeba jak najszybciej wyznaczyć w kraju miejsca nadające się do sekwestracji dwutlenku węgla i przejść do implementacji gotowych, sprawdzonych gdzie indziej projektów. Najgorsze, co mogłoby nas spotkać, to kolejne wieloletnie dyskusje i delibaracje naukowców i ekonomistów, zmierzające do wykazania rzekomej nieopłacalności projektów CCS – wzywał przy okazji podpisania wspomnianego apelu Tomasz Rogala, prezes Polskiej Grupy Górniczej (choć można uznać, że górnictwa w tym przypadku sprawa bezpośrednio nie dotyka, to branża występuje jako sojusznik sektorów z nią kooperujących w dobrze rozumianym interesie własnym, słusznie uznając, że ich kłopoty oznaczają docelowo problemy także dla niej). Jak wyliczał, na świecie działa już 30 takich instalacji, kolejne 11 jest budowanych, a kilkadziesiąt znajduje się w przygotowaniu, co oznacza, że rynek sam rozstrzygnął o sensie takowych inwestycji.
– Nie ponosimy ryzyka związanego z niepewnym efektem, mamy gotowe rozwiązania inżynierskie. Nie wolno tracić więcej czasu na zbędne analizy i sprawdzanie pomysłów w projektach pilotowych, wystarczy skorzystać z wiedzy fachowców i wdrożyć działające rozwiązania – przekonywał prezes Rogala.
Dziesięć lat z ustawowym „kagańcem”. Efektem jest kompletny brak efektów
W wypowiedziach szefa PGG ewidentnie pobrzmiewało zniecierpliwienie przedłużającym się okresem dywagowania nad technologią CCS, czego efekty nijak mają się do czasu tych rozważań. Dość zresztą powiedzieć, że unijna dyrektywa CCS (był to pierwszy akt prawny UE regulujący zagadnienia związane z geologicznym składowaniem CO2) weszła w życie jeszcze w roku 2009, a pierwsze uwzględniające te regulacje zmiany w ustawie Prawo Górnicze i Geologiczne nastąpiły już dekadę temu. Przy czym, jak już wspomniano, w Polsce zdecydowano się legislacyjnie ograniczyć pole manewru wyłącznie do projektów demonstracyjnych.
– Ze względu na znikome doświadczenia krajowe i zagraniczne oraz ze względu na nieznane długoterminowe skutki podziemnego składowania CO2 – tak tłumaczy się powody takiego ograniczenia w uzasadnieniu do tegorocznej nowelizacji ustawy.
– Tak znaczące ustawowe ograniczenie zakresu działalności CCS sprawiło, że do 2023 r. nie został zrealizowany w Polsce żaden projekt spełniający powyższe wymogi – to także cytat z tego samego dokumentu. Co prawda kilkanaście lat temu na wniosek PGE Elektrownia Bełchatów zatwierdzone zostały cztery projekty prac geologicznych, których celem miały być badania geologiczne dwóch struktur geologicznych położonych między miejscowościami Lutomiersk i Tuszyn oraz w rejonie Wojszyc, wstępnie wytypowanych jako perspektywiczne dla podziemnego składowania CO2, lecz finalnie PGE wycofało się z prac nad CCS-em. Jako przyczynę tak mizernego bilansu Polski w kontekście CCS, poza ustawowym „kagańcem”, uznano także wysokie koszty realizacji takich projektów.
Ta ostatnia przeszkoda bynajmniej zresztą nie zniknęła, a sygnatariusze skierowanego do rządu apelu w kuluarach otwarcie przyznają, że bez odblokowania unijnych pieniędzy dla Polski projekty CCS w naszym kraju nie ruszą. Co do pierwszej kwestii, to zdecydowano się na pilną rewizję stanu prawnego w celu umożliwienia składowania CO2 w górotworze (w obszarach morskich i lądowych, a także w strukturach złożowych węglowodorów) również w przypadku projektów o charakterze innym niż demonstracyjny. Umożliwiono ponadto przedsięwzięcia, które nie spełniają minimalnych warunków brzegowych określonych w dyrektywie CCS, tj. przewidują łączne składowanie poniżej 100 kiloton CO2.
Na całym świecie przybywa instalacji. Wyłapują CO2 m.in. ze spalania węgla
Przyjęte przez Sejm poprawki do ustawy jeszcze nie weszły w życie, a już pojawiły się opinie, że cała ta gadanina o CCS-ie to nic innego jak zwykły humbug, z którego nic nie będzie, podobnie jak i nic nie było przez ostatnie 10 lat. Lista zarzutów jest długa: koszty, energochłonność samej technologii, obniżanie za jej sprawą sprawności procesu produkcji energii elektrycznej, a przede wszystkim wyzwania związane ze składowaniem wyłapanego CO2. Gdzie można bezpiecznie to czynić? Kto ma kontrolować owe składowiska? I kto brać odpowiedzialność za to, co się w nich dzieje?
Przekonani o realności projektów CCS argumentują, że najlepszym dowodem na możliwość zastosowania tej technologii są… już zrealizowane projekty. Tych zaś stale przybywa. W przedstawionym w ubiegłym roku przez Państwowy Instytut Geologiczny sprawozdaniu można przeczytać, że między styczniem roku 2021 a czerwcem roku 2022 do „zinwentaryzowanych wcześniej 65 dużych projektów CCS (…) znajdujących się na różnych etapach realizacji, dodano 72 projekty nowe, względnie wcześniej niezinwentaryzowane (…), co daje w sumie 135 projektów”. Do tej listy należy jeszcze dopisać (według stanu na czerwiec 2022 r.) 65 projektów pilotażowych i badawczych o rozmaitym statusie.
Najważniejsze w tym zestawieniu są rzecz jasna te instalacje, które już działają i swoim istnieniem mogą poświadczać o tym, że technologia CCS jest czymś więcej niźli tylko ciekawym pomysłem. Według analiz PIG takich aktualnie funkcjonujących dużych projektów CCS/CCUS było w ubiegłym roku 23, zlokalizowanych na terenie USA, Kanady, Australii, Arabii Saudyjskiej, Chin, Norwegii (Morze Północne i Barentsa), ZEA, Brazylii (na morzu), Chorwacji i Kataru.
– Znaczący wzrost liczby dużych projektów CCS pomiędzy 2020 a 2022 rokiem dotyczył zasadniczo projektów „sieciowych” (zintegrowanych w ramach klastrów/hubów zgrupowanych w bliskim sąsiedztwie emitentów CO2 dzielących infrastrukturę transportu i/lub składowania) będących w budowie/realizacji i na etapie prac studialnych – zwracają uwagę autorzy tego dokumentu, podkreślając, że większość działających już projektów obejmuje wspomaganie wydobycia ropy naftowej. Podnosi to znacząco ich opłacalność ekonomiczną, zwłaszcza jeśli dwutlenek węgla pochodzi z procesów przemysłowych takich jak oczyszczanie gazu ziemnego, gazyfikacja węgla czy produkcja nawozów sztucznych, gdzie koszt wychwytu CO2 jest znacznie niższy niż w przypadku instalacji energetycznych. Co nie oznacza, że tych ostatnich nie ma. W kanadyjskiej prowincji Saskatchewan kilka lat temu przy blokach węglowych pamiętającej lata 70-te XX w. elektrowni węglowej klasy 250 MW zbudowano kosztem blisko 1 mld euro instalację CCS wychwytującą ze spalin m.in. CO2.
– Myślenie Kanadyjczyków opierało się na dwóch założeniach. Po pierwsze, jeśli będziemy nie wiadomo jak długo jeszcze korzystać z węgla, a jednocześnie musimy poprawić jakość środowiska i życia mieszkańców, to najprościej zamontować instalacje przy takich wcale nienowych blokach energetycznych, które już działają. Po drugie w Kanadzie nie było ostracyzmu finansowego dla projektu związanego z energetyką węglową, zamiast odprowadzać podatek od emisji do budżetu, firmy przeznaczają pieniądze na budowę nowoczesnych instalacji CCS – argumentował prezes PGG.
To już nie jest biznesowe szaleństwo. Choć tanim rozwiązaniem to nie jest
Fakt coraz powszechniejszego stosowania instalacji CCS na świecie nie zwalnia rzecz jasna od poszukiwania odpowiedzi na pytania o ekonomiczną celowość ich budowy w polskich realiach, lokalizacje potencjalnych „magazynów” CO2, czy względy bezpieczeństwa.
Jeśli idzie o pierwszy z tych aspektów, to w cytowanym już sprawozdaniu PIG stwierdzono, że realizacja projektów CCS wydaje się na razie być „niemożliwa bez dodatkowego dofinansowania, chociaż koszt wdrożenia CCS, nawet po uwzględnieniu inflacji w ciągu ostatniej dekady nie wydaje się już być nieopłacalny”.
Na pytanie o to, gdzie składować wychwytywany dwutlenek węgla PIG otwarcie przyznaje, że krajowy potencjał w sczerpanych złożach węglowodorów w Polsce odpowiada ok. pięciu latom emisji z instalacji energetycznych i przemysłowych w naszym kraju. Poza tym pojemność składowania tych złóż jest przeważnie relatywnie niewielka, wystarczająca jedynie w nielicznych przypadkach na potrzeby przyszłych projektów demonstracyjnych lub komercyjnych średniej wielkości.
– Jedynie duże struktury w solankowych poziomach wodonośnych (im większe, tym lepiej) zapewniałyby składowanie CO2 w ramach przyszłych dużych projektów komercyjnych (składowanie CO2 w ilościach rzędu 100 mln ton i więcej), a ich potencjał wydaje się być wystarczający na kilkadziesiąt lat stosowania technologii CCS – czytamy w opracowaniu PIG. Jego autorzy nie ukrywają, że szczegółowe rozpoznanie i monitoring wiązałyby się ze znacznymi nakładami finansowymi.
– Alternatywą, czy raczej uzupełnieniem mogłoby być tu wykorzystanie infrastruktury składowania na Morzu Północnym, co jednak będzie kosztowne – czytamy.
Innymi słowy, poza otwarciem legislacyjnej furtki niezbędne jest jeszcze odkręcenie kurka z pieniędzmi. Bez tego ani rusz. Można powiedzieć, że nic nowego. Przy czy tym razem zwolennicy CCS są umiarkowanymi optymistami.
– Komisja umieściła tę technologię (CCS – przyp. red.) w Net Zero Industry Act, co umożliwia wsparcie publiczne. Regulacyjnie mamy zupełnie inne, znacznie lepsze warunki dla CCS niż jeszcze kilka lat temu – mówił podczas podpisania wrześniowego apelu Tomasz Ślęzak, członek zarządu ArcelorMittal Poland.
Dla środowiska to prawie bez znaczenia. Ma za to znaczenie dla biznesu
Ciekawym wątkiem omawianego sprawozdania PIG jest kwestia tego, co dla środowiska oznacza działalność instalacji CCS. Jak szacują autorzy owego opracowania, 135 ujętych w zestawieniu projektów (przypominamy, będących na różnym etapie realizacji) to potencjalnie ok. 180-280 mln ton wychwytywanego CO2 rocznie, zaś zdolności 23 aktualnie funkcjonujących projektów (zakładając, że pracować będą z pełną mocą, co jest założeniem dość optymistycznym) to ok. 40 mln ton CO2 rocznie. W sumie cała globalna ilość dwutlenku węgla zatłoczonego do końca 2021 r. do struktur geologicznych w ramach realizacji projektów CCS/CCUS na świecie szacowana jest na blisko 340 mln ton.
Robi wrażenie? Na laiku na pewno. Tyle że – jak wskazuje PIG – wszystkie działające i mogące w najbliższych latach zacząć działać projekty CCS/CCUS mogą przyczynić się do redukcji antropogenicznych emisji CO2 na świecie co najwyżej o 0,8 proc., więc ich przydatność i skuteczność w zakresie ograniczenia emisji CO2 wydaje się w tej chwili znikoma. Mówiąc wprost, dla środowiska tego typu instalacje nie mają wielkiego znaczenia, ale dla biznesu i ponoszonych przezeń kosztów – owszem. Bo już w przypadku elektrowni zintegrowanej z instalacją CCS udział procentowy wychwytywanego i składowanego dwutlenku węgla w całkowitej emisji instalacji waha się między 90, a 95 proc.
– W instalacjach CCS i CCUS jest na ogół wychwytywana, względnie utylizowana, niemal całość emisji rozpatrywanej instalacji energetycznej lub przemysłowej, a więc skuteczność technologii w skali lokalnej jest tu wysoka – czytamy w sprawozdaniu.
Michał Wroński, dziennikarz regionalnego serwisu SlaZag.pl
Firma z Będzina zajmuje się produkcją i sprzedażą energii elektrycznej. I choć wyniki finansowe spółki – w tym jej długi – nie przekonują do optymizmu, to na taki zdobyli się w ostatnich dniach inwestorzy, mocno windując kurs akcji spółki.
To pokłosie zapowiedzi EC Będzin o tym, że zmienia sposób zakupu surowca dla siebie i spółek zależnych. To ma przynieść oszczędności.
– Zgodnie z uchwałą zarządu, dalsza sprzedaż surowców energetycznych, w tym węgla energetycznego przez EC Będzin SA na rzecz spółek zależnych, dokonywana będzie na warunkach rynkowych, a ustalane dla takiej wewnątrzgrupowej sprzedaży ceny sprzedaży podlegać będą badaniu cen transferowych – informuje EC Będzin.
Na razie spółka informuje o zysku za drugi kwartał tego roku.
To, co zainteresowało inwestorów to informacja o ofercie Grupy Altum (akcjonariusza EC Będzin posiadającego 46,01% ogólnej liczby głosów) dotyczącej nabycia przez ten podmiot od EC Będzin 60% udziałów w spółce zależnej Elektrociepłownia Będzin za cenę 19 mln zł.
– Grupa Altum sp. z o.o. z siedzibą w Warszawie oraz EC BĘDZIN S.A. zawarły List Intencyjny dotyczący potencjalnego nabycia przez Grupę Altum Sp. z o.o. 60% udziałów w kapitale zakładowym spółki zależnej EC BĘDZIN – EC BĘDZIN Wytwarzanie sp. z o.o. Strony postanowiły prowadzić negocjacje w dobrej wierze w celu finalizacji Transakcji. Warunki finalne Transakcji będą musiały odpowiadać wymogom rynkowym i zostać zaakceptowane przez obie Strony – informuje w komunikacie EC Będzin.
Jak dodaje spółka – zgodnie z zamiarami Stron po przeprowadzeniu Transakcji struktura wspólników Spółki będzie prezentować się następująco: 60% udziałów i głosów przypadać będzie Grupie Altum Sp. z o.o., a 40% udziałów i głosów – EC Będzin.
– Harmonogram zakłada, że z uwagi na termin związania ofertą złożoną przez Grupę Altum Sp. z o.o. zamknięcie Transakcji może nastąpić do 31 grudnia 2023 r. W celu przeprowadzenia transakcji Grupa Altum Sp. z o.o. zobowiązuje się niezwłocznie po podpisaniu Listu Intencyjnego złożyć wniosek do Prezesa Urzędu Ochrony Konkurencji i Konsumentów o zgłoszenie zamiaru koncentracji.
List Intencyjny ma charakter niewiążący, a jedynie potwierdza intencję stron w zakresie jej przeprowadzenia oraz stanowi potwierdzenie przez strony, że zamierzają w dobrej wierze prowadzić rozmowy dotyczące ewentualnej Transakcji. Wiążące zobowiązanie Stron do przeprowadzenia Transakcji powstanie tylko po uzgodnieniu i podpisaniu odpowiedniej dokumentacji transakcyjnej – czytamy w komunikacie.
Nie mniej istotną jest informacja o potencjalnej inwestycji.
Jak informuje spółka – planowana jest budowa bloku energetycznego w wysokosprawnej kogeneracji opalanego paliwami alternatywnymi. Projekt ma pochłonąć 686 mln zł. Spółka zależna, EC Nowy Będzin sp. z o.o., stara się o wsparcie na ten cel od Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW). Chodzi o kwotę 200 mln złotych w formie pożyczki i 72 mln złotych w postaci dotacji.
Wkład własny ma wynieść ok. 100 mln złotych, ponad 310 mln planowane jest w ramach kredytu komercyjnego.
Wzrosty na Warszawskiej Giełdzie Papierów Wartościowych następują mimo informacji, że na koniec czerwca suma zobowiązań sięgała 666,7 mln zł przy aktywach nieprzekraczających 200 mln zł.
Biegły rewident odmówił wydania do sprawozdania finansowego opinii.
Jak podano, sytuacja związana jest m.in. z brakiem rozliczeń praw do emisji gazów cieplarnianych za rok 2020, 2021 i 2022.
Rewident informuje, że brak rozliczeń grozi karami w wysokości: 285 mln zł za 2021 r. oraz 221 mln zł za 2022 r.
– Spółka zależna nie jest w stanie w najbliższym czasie wygenerować przepływów pieniężnych, które pozwoliłyby jej na spłatę grożących jej kar oraz rozliczenia historycznie nieumorzonych praw do emisji CO2 – podaje rewident.
Zarząd spółki z taką tezą się nie zgadza, informując, że kwestia ta jest skomplikowana, ale nie rzutuje na działalność spółki.
Jarosław Adamski