Biuletyn Górniczy 4-6 (356-358)

  1. Kręte ścieżki do górniczej emerytury. Jest szansa, że skończą się równi i równiejsi
  2. Będzie strategia transformacji regionów górniczych
  3. Notowania ropy naftowej zwirowały. Czy grozi nam pełnoskalowa wojna handlowa na świecie?
  4. Nowa strategia kopalni Bogdanka i udany pierwszy kwartał
  5. Nowe ważne inwestycje w grupie JSW
  6. Czy Komisja Europejska zablokuje polski atom?
  7. UE wciąż chce walczyć z gazem, tymczasem w Niemczech planują wznowić dostawy paliwa poprzez Nord Stream 2
  8. O płci w branży, finansach spółek i transformacjach sektora górniczego… Rozmowa z Ewą Malek-Piotrowską
  9. PGE inwestuje w farmy fotowoltaiczne. W grze ponad 2 mld złotych
  10. Drogowcy i kolejarze chcą zejść z inwestycjami pod ziemię. Tu kłania się im górnicza sztuka i doświadczenie
  11. Zawirowania w JSW. Wyniki spółki kontra zaplanowane inwestycje?
  12. Europejska nauka dla transformacji – międzynarodowa konferencja w Jastrzębiu-Zdroju
  13. Od ruiny do ikon. Jak Europa postrzega dziedzictwo górnicze
  14. Najbardziej węglowe spośród polskich miast
  15. Sola i… solą!
  16. Siódma kopalnia węgla ma być ostatnia
  17. Górnicze szlaki turystyczne
  18. Lubin stawia na przyszłość innowacji i bezpieczeństwa w górnictwie rud metali
  19. Szkoła Zamówień Publicznych 2025: trzy dni konkretnych, dyskusji i wyzwań

Ministerstwo Przemysłu pracuje nad Białą Księgą Transformacji. Ma to być dokument ułatwiający transformację polskich regionów górniczych. Jego projekt jest opracowywany przez Ministerstwo Przemysłu we współpracy z Bankiem Światowym oraz środowiskiem akademickim i naukowym z Uniwersytetu Śląskiego, Uniwersytetu Ekonomicznego w Katowicach, Politechniki Śląskiej i Głównego Instytutu Górnictwa. Celem dokumentu jest nakreślenie kierunków transformacji Polski – od gospodarki opartej na węglu ku zrównoważonej przyszłości energetycznej.

Transformacja to nie może być brutalne, nagłe cięcie

– Transformacja jest bardzo istotnym elementem naszego życia tutaj na Śląsku i w innych regionach pogórniczych. Każda zmiana jest trudna, dlatego transformację musimy przeprowadzić tak, żeby była najmniej kosztowna dla społeczeństwa. Transformacja to nie może być brutalne, nagłe cięcie. Wszyscy pamiętamy przykład Wałbrzycha. Wałbrzych to jest region, który po 30 latach nie do końca podźwignął się po brutalnym cięciu działalności górniczej. Ten region został praktycznie bez wsparcia. Rząd premiera Tuska deklaruje, że teraz tak nie będzie – mówi Marzena Czarnecka, minister przemysłu.

W transformacji regionu trzeba myśleć jednocześnie o wyzwaniach społecznych, przemysłowych i ekonomicznych.

– Rozmawiamy dziś o bezpieczeństwie, sposobach i kosztach transformacji – kosztach społecznych, kosztach energetycznych. Ale chciałabym zaproponować inną perspektywę – perspektywę inwestycji. Teza, którą stawiam, brzmi: jeśli dobrze zagramy, transformacja może spłacić się sama. I nie mówię tu o sytuacji idealnej. Mówię o dobrze zaprojektowanym systemie, w którym pieniądze zainwestowane w sprawiedliwą transformację wracają do gospodarki, regionów, budżetu państwa z nawiązką. Transformacja nie jest tylko dla tych, którzy tu zostaną po zamknięciu kopalń, ale dla wszystkich – zapewnia Joanna Pauly, dyrektor Departamentu Funduszy Europejskich i Spraw Zagranicznych w Ministerstwie Przemysłu oraz przewodnicząca zespołu ds. przygotowania Białej Księgi Transformacji.

Zespół zajmujący się opracowaniem Białej Księgi Transformacji został powołany przez minister przemysłu Marzenę Czarnecką pod koniec lutego 2025 r. Początkowo wyłoniono ekspertów z różnych dziedzin z Banku Światowego i polskich środowisk akademickich, a potem przeprowadzono badania z interesariuszami procesu transformacji, w tym zwłaszcza ze stroną społeczną i gminami górniczymi. W końcu przyjrzano się doświadczeniom międzynarodowym.

Trzy wymiary transformacji

Założenia zrównoważonej transformacji są w Białej Księdze rozpatrywane przez pryzmat trzech wymiarów.

Pierwszy to wymiar regionalny, uwzględniający specyfikę poszczególnych regionów. Ministerstwo Przemysłu popiera rozwiązanie, aby planowanie transformacji odbywało się na poziomie subregionalnym, jak najbliżej wyzwań i potrzeb społeczności lokalnych.

Resort podkreśla – zgodnie z założeniami Białej Księgi Transformacji – że transformacja regionów węglowych może być czynnikiem odwracającym trend wyludniania się Polski, ale tylko pod warunkiem działania mądrego, szybkiego i lokalnego.

Kolejny – wymiar sektorowy – zakłada uwzględnienie wpływu transformacji na ludzi, wspieranie możliwości gospodarczych przy jednoczesnym ustanowieniu sprzyjających ram instytucjonalnych i zaangażowaniu zainteresowanych stron. Wyzwaniem jest np. tworzenie mieszkańcom alternatyw. Chodzi nie tylko o szkolenia, ale o wypracowanie indywidualnego podejścia do człowieka, o ścieżki zawodowe, o zachęty dla ludzi, by w regionach węglowych zostać. Dlatego założenia obejmują: budowę platformy alokacji dla pracowników, dostosowanie podnoszenia kwalifikacji do popytu w sektorach oferujących atrakcyjne zatrudnienie, programy wsparcia, doradztwo zawodowe, itd.

Wśród postulatów są też przyspieszenie wsparcia dla strategicznych inwestycji oraz tworzenie spółek celowych dla projektów rewitalizacyjnych i transformacyjnych z uwzględnieniem współpracy między gminami, firmami wydobywczymi i sektorem prywatnym. W procesie ważne są także silne instytucje. Kluczową rolę może odegrać utworzony niedawno Fundusz Transformacji Województwa Śląskiego.

Natomiast trzeci – wymiar procesowy – wskazuje na trzy główne etapy transformacji: ustalenie jej ram, realizację kluczowych programów i inwestycji oraz zwiększanie ich skali. Głównym celem jest doprowadzenie do efektu dźwigni zadań realizowanych w wymiarze regionalnym i sektorowym.

Przyszłość kilkuset tysięcy osób

– Nie pytajmy, czy nas stać na transformację. Pytajmy, czy stać nas, by jej nie zrobić dobrze – mówi Joanna Pauly.

Biała Księga nie tylko opisuje wyzwania, ale dostarcza konkretnych narzędzi, by im sprostać. Założenia przedstawione w tym dokumencie są punktem wyjścia do szerokiego dialogu i planowania, które muszą nastąpić natychmiast, zanim wyludnienie i stagnacja na trwałe dotkną regiony górnicze.

Transformacyjne wyzwanie jest spore. Przemysł wydobywczy w Polsce zatrudnia ok. 150 tys. pracowników, a elektrownie dodatkowo kilkanaście tysięcy. Bank Światowy szacuje zatrudnienie na ponad 300 tys. osób pośrednio i bezpośrednio związanych z wydobyciem. W Terytorialnym Planie Sprawiedliwej Transformacji dla woj. śląskiego mowa jest o 400 tys. osób zależnych od przemysłu wydobywczego.

W Polsce jest kilka dokumentów strategicznych, które odnoszą się do redukcji zdolności wydobywczych. Projekt Krajowego Planu w dziedzinie Energii i Klimatu (KPEiK) mówi, że do 2030 r. w miksie energetycznym udział OZE będzie wynosił ponad 50 proc., a do 2040 r. nawet 70 proc.

Dariusz Ciepiela
dziennikarz portalu WNP.PL

Zakład Ubezpieczeń Społecznych gotów jest uznać wykonywaną w kopalniach pracę osób zatrudnionych przez firmy okołogórnicze za równorzędną w stosunku do pracy wykonywanej przez osoby bezpośrednio zatrudnione przez spółki górnicze. To przełom w kontekście starań tej pierwszej grupy pracowników o nabycie uprawnień do emerytur górniczych. Do tej pory bowiem ZUS konsekwentnie twierdził, że sam fakt wykonywania pracy pod ziemią przez pracownika danej firmy nie jest wystarczający do uznania, że pracownik wykonywał pracę górniczą. Na podobny przełom czeka część pracowników kopalń węgla brunatnego, którzy również mają „pod górkę” z uzyskaniem praw do górniczej emerytury.   

ZUS patrzył na umowy, a nie na faktyczny zakres robót. Specjalistyczne firmy traktował jak agencje pracy

Ta sprawa ciągnie się od wielu lat, pokazując jak dalece litera prawa (czy może jego duch) nie nadąża za rzeczywistością. Bo to, że górnicze spółki od dawna korzystają z usług firm okołogórniczych do wykonywania części podziemnych robót, było oczywiste dla wszystkich znających specyfikę tej branży. Jeszcze w poprzedniej dekadzie firm takich było kilkaset, a liczba zatrudnianych przez nie pracowników sięgała kilkunastu tysięcy. Często uczestniczyli oni w pogłębianiu i głębieniu szybów, bądź drążeniu czy przebudowie wyrobisk korytarzowych w kopalniach.

To, że wykonują pracę górniczą, było oczywiste dla wszystkich z wyjątkiem… Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Ten bowiem konsekwentnie odmawiał uznania tej pracy za górniczą właśnie, blokując tym osobom możliwość nabycia w zakładanym przez nie terminie uprawnień do emerytur górniczych. Powód? Brak bezpośredniej umowy między taką firmą (działającą np. jako podwykonawca realizujący zlecenie dla innego, większego podmiotu), a kopalnią, na rzecz której takie prace świadczyła.

– Organ rentowy traktuje spółkę, która jest wyspecjalizowanym podmiotem w pracach wykonywanych na rzecz kopalń, jak agencję pracy, która wyłącznie udostępnia kopalniom pracowników – tak w lutym podczas posiedzenia sejmowej Podkomisji stałej ds. Sprawiedliwej Transformacji tłumaczył Jacek Franiel, prezes zarządu Przedsiębiorstwa Produkcyjno-Górniczego „ROW-JAS” z Jastrzębia-Zdroju

– Idąc tym tokiem rozumowania, organ rentowy podnosi, że z uwagi na brak bezpośredniej umowy z kopalnią, spółka nie jest upoważniona do potwierdzenia wykonywania pracy górniczej oraz pracy w wymiarze półtorakrotnym i wystawienia świadectwa pracy górniczej swoim pracownikom. Organ rentowy uznaje jednocześnie, że sam fakt wykonywania pracy pod ziemią przez pracownika spółki nie jest wystarczający do uznania, że pracownik wykonywał pracę górniczą – dodał.

Różnicowanie pracowników to naruszenie konstytucyjnej zasady równości

Fakt, że temat pracowników firm okołogórniczych i ich kłopotów z nabywaniem uprawnień do górniczej emerytury trafił pod obrady sejmowej podkomisji, można uznać za dowód na to, iż sprawa w końcu dojrzała do systemowego rozwiązania. Do tej pory bowiem odsyłani z kwitkiem przez ZUS pracownicy firm okołogórniczych musieli swoich racji dowodzić w sądzie, tracąc w ten sposób czas i nerwy. Działo się tak, mimo że ustawa o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych jasno stwierdzała, że za pracę górniczą uważa się m.in. zatrudnienie pod ziemią i przy głębieniu szybów w przedsiębiorstwach budowy kopalń oraz pod ziemią w przedsiębiorstwach i innych podmiotach wykonujących dla tych kopalń roboty górnicze lub przy budowie szybów.

– Praca osób zatrudnionych u podwykonawcy niczym się nie różni od pracy osób zatrudnionych w podmiotach mających umowę zawartą bezpośrednio z kopalnią, skoro ma charakter odpowiadający ustawowej definicji pracy górniczej. Niedopuszczalne i krzywdzące jest więc różnicowanie pracowników na tej podstawie. Przepisy wprost określają, że praca ma być wykonywana na rzecz tych kopalń, a nie na podstawie umów zawartych bezpośrednio z kopalniami. To, że podwykonawca nie ma zawartej bezpośrednio umowy z kopalnią, nie przeczy temu, że zatrudnieni przez niego pracownicy wykonują pracę górniczą na rzecz kopalni – podkreślał na forum sejmowej podkomisji prezes Franiel przypominając, że umowa zawarta przez podwykonawcę z wykonawcą musi być zgłoszona kopalni i przez nią akceptowana, a wszyscy pracownicy, niezależnie od ich statusu, są przed zjazdem rejestrowani przez kopalniane systemy ewidencji czasu pracy.

Podobnie ocenił to także Rzecznik Praw Obywatelskich, który w piśmie do Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej uznał zróżnicowane traktowanie okresów pracy górniczej pod ziemią w zależności od posiadania przez pracodawcę umowy z kopalnią za naruszenie konstytucyjnej zasady równości.

– O zaliczeniu okresów pracy górniczej winien decydować charakter danej pracy (cecha relewantna), szczególne warunki takiej pracy, nie zaś wymóg posiadania umowy pracodawcy z kopalnią – argumentował Stanisław Trociuk, zastępca Rzecznika Praw Obywatelskich.

Wszystkie wyroki sądowe korzystne dla skarżących. ZUS deklaruje zmianę swego podejścia

Co istotne, powyższą argumentację w pełni podzielały sądy, które w swym dotychczasowym orzecznictwie w pełni uznawały racje pracowników firm okołogórniczych. W ciągu ostatnich sześciu lat zapadły w takich sprawach cztery wyroki (dwa wydał Sąd Okręgowy w Gliwicach, dwa Sąd Apelacyjny w Katowicach) i wszystkie one stwierdzały, że praca wykonywana u pracodawcy, który nie jest kopalnią, przedsiębiorstwem lub innym podmiotem wykonującym dla kopalń roboty górnicze, a która faktycznie polega na wykonywaniu pracy pod ziemią w czynnej kopalni węgla kamiennego, nakierowanej na pozyskiwanie z górotworu węgla, nie pozbawia możliwości uznania jej za pracę górniczą.

– Dlatego też już od jakiegoś czasu pochylamy się nad tym tematem. Prowadzimy prace w tym kierunku, żeby uczynić zadość wyrokom sądowym, bo też je uznajemy za racjonalne. Analizujemy temat, żeby dać wytyczne do oddziałów w takim kierunku, w jakim stanowi orzecznictwo – zadeklarowała w trakcie wspomnianego posiedzenia sejmowej podkomisji Dorota Bieniasz, członek zarządu Zakładu Ubezpieczeń Społecznych. Zastrzegła przy tym jednak, że ZUS może wszcząć postępowanie wyjaśniające w razie powzięcia wątpliwości, że dane świadectwo pracy górniczej może nie być do końca prawdziwe.

– ZUS traktuje zaświadczenie jak każdy inny dowód. Jest zobowiązany do oceny zarówno jego legalności, jak i kompletności oraz wiarygodności. Jeżeli ZUS ma wątpliwości co do wiarygodności takiego świadectwa pracy górniczej, to może przeprowadzić stosowne postępowanie dowodowe w tej materii – wyjaśniał Sebastian Gajewski, Sekretarz Stanu w Ministerstwie Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

– Bo pamiętajmy o tym, że system emerytur górniczych jest systemem preferencyjnym, a wiadomo, że tam, gdzie są preferencje, tam pojawiają się też pokusy nadużyć. W związku z tym proszę panią prezes Dorotę Bieniasz o próbę zbudowania takiej praktyki stosowania tych przepisów, która pogodzi ochronę przed pokusą nadużyć z potrzebą uwzględnienia tych słusznych w zasadniczej części postulatów strony społecznej – dodał Gajewski.

Była obietnica, jest i realizacja. Przy rozpatrywaniu wniosków o emeryturę górniczą liczyć się będzie przede wszystkim charakter pracy

Publicznie złożone w lutym deklaracje doczekały się realizacji 18 kwietnia. Tego właśnie dnia wytyczne ZUS (zaakceptowane wcześniej przez Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej), określające nowy sposób postępowania przy rozpatrywaniu wniosków o emeryturę górniczą, składanych przez osoby zatrudnione w przedsiębiorstwach „okołogórniczych”, przekazano wszystkim pracownikom Zakładu Ubezpieczeń Społecznych.

W myśl tychże wytycznych o uwzględnieniu danego zatrudnienia jako pracy górniczej, o której mowa w art. 50c ust. 1 ustawy emerytalnej, decyduje przede wszystkim charakter wykonywanej przez danego pracownika (ubezpieczonego) pracy, spełniający określone w przywołanym przepisie kryteria definiujące taką pracę. Dotyczy to również pracowników zatrudnionych w przedsiębiorstwach „okołogórniczych”, wykonujących roboty na rzecz kopalni węgla, rud, kruszców, surowców ogniotrwałych, glin szlachetnych, kaolinów, magnezytów, gipsu, anhydrytu, soli kamiennej i potasowej, fosforytów oraz barytu, lub kopalni siarki, czy węgla brunatnego.

– Niezależnie od tego, czy przedsiębiorstwo „okołogórnicze”  będące pracodawcą danego pracownika/ubezpieczonego ma zawartą umowę na realizację określonych prac dla kopalni, czy też pośrednio uczestniczy w realizacji określonych prac na rzecz kopalni jako podmiot świadczący usługi oddelegowania pracowników, udostępnienia pracowników, czy podwykonawstwa, Zakład Ubezpieczeń Społecznych stosuje jednolite zasady oceny rodzaju i charakteru pracy danego pracownika na stanowisku wykazanym przez pracodawcę jako stanowisko pracy górniczej lub pracy górniczej kwalifikowanej w rozumieniu przepisów ustawy emerytalnej, rozporządzeń wykonawczych do ww. ustawy oraz aktów wykonawczych do uprzednio obowiązującej ustawy z dnia 1 lutego 1983 r. o zaopatrzeniu emerytalnym górników i ich rodzin, utrzymanych w mocy w zakresie niesprzecznym z postanowieniami obecnie obowiązującej ustawy emerytalnej – przekazało biuro prasowe ZUS.

Podkreśliło też, że w ramach rozpatrywania wniosków o emeryturę górniczą, niezależnie od tego, jaki podmiot jest pracodawcą danego pracownika (ubezpieczonego), ZUS w jednolity sposób dokonuje już teraz oceny środków dowodowych dołączonych do takiego wniosku, potwierdzających wykonywanie pracy górniczej, m.in. w zakresie prawidłowo prowadzonej ewidencji czasu pracy.

Nowe otwarcie bez nowych przepisów. A może jednak warto dokonać korekt w legislacji?

Spełniona przez ZUS obietnica zmiany swego podejścia musi cieszyć pracowników firm okołogórniczych (zwłaszcza tych, którzy dopiero stoją wobec perspektywy wejścia w wiek emerytalny i woleliby oszczędzić sobie „przyjemności” dochodzenia swoich racji w sądzie), choć trudno nie zauważyć, że za tą zmianą tak naprawdę nie stoi żadna zmiana przepisów, co każe pytać o trwałość tego nowego podejścia.

Dlatego górnicze związki zawodowe domagały się po prostu nowelizacji ustawy o emeryturach i rentach z FUS, natomiast przedstawiciele firm okołogórniczych postulują rozszerzenie legitymacji prawnej do wystawienia świadectwa pracy górniczej przez podmioty zatrudniające danego pracownika, mimo że nie mają zawartej umowy bezpośrednio z kopalnią. Wówczas świadectwo pracy górniczej mógłby wystawić każdy podmiot spełniający definicję pracodawcy, którego pracownicy wykonują faktycznie pracę górniczą, bez względu na rodzaj umów łączących taką firmę z podmiotem, na rzecz którego te prace wykonuje.

– Prawidłowo działające państwo powinno działać nie w oparciu o orzecznictwo sądowe, tylko w oparciu o przepisy. Oczywiście zdaję sobie sprawę, że to jest trudne, pracochłonne, zajmujące sporo czasu, ale tak to faktycznie powinno być – skomentował ministerialne propozycje, by oprzeć się na orzecznictwie sądów i nowej „praktyce administracyjnej” (bo ścieżka zakładająca zmiany legislacyjne jest „długotrwała i kosztowna w znaczeniu nakładu sił i środków (…) ale też niegwarantująca sukcesu”) Piotr Litwa, prezes Wyższego Urzędu Górniczego.

Emerytalny problem w odkrywkach. Warunki pracy się nie zmieniły, ale interpretacja owszem

O ile w kwestii nabywania uprawnień emerytalnych przez pracowników firm okołogórniczych można mówić o przełomie, to w przypadku innych sporów między pracującymi przy wydobyciu węgla, a ZUS-em takiego przełomu na razie nie widać. Pierwszym z brzegu przykładem takiej sytuacji jest konsekwentne odrzucanie przez Zakład części wniosków o prawo do emerytury górniczej składanych przez pracowników zatrudnionym w kopalniach węgla brunatnego. Jak twierdzą przedstawiciele sygnalizującej taki problem spółki ZE PAK, takie podejście ZUS-u pojawiło się w połowie zeszłej dekady, krótko po dokonanej w 2012 r. prywatyzacji koncernu.

– Osoby, które mają problemy na dzień dzisiejszy z uprawnieniami do emerytur górniczych, to są cztery grupy zawodowe. To są pracownicy zatrudniani przy remontach maszyn podstawowych, zatrudnieni w kierownictwie i dozorze ruchu kopalni, pracownicy odwodnienia i osoby zatrudnione przy rekultywacji oraz pracownicy kolei górniczych – wyjaśniał w styczniu podczas posiedzenia sejmowej Podkomisji Stałej ds. Sprawiedliwej Transformacji Piotr Woźny, ówczesny prezes Zespołu Elektrowni Pątnów Adamów Konin. Jak dodał, w sumie w tych czterech grupach zawodowych koncern ma 406 pracowników, co stanowi 16 proc. ogółu zatrudnionych w grupie kapitałowej ZE PAK i niemal 1/4 osób uprawnionych do skorzystania z ustawy o osłonach socjalnych z sierpnia 2023 r.

– Jeżeli chodzi o część energetyczną ZE PAK-u, nie mamy praktycznie jakichkolwiek problemów związanych z wykonywaniem tej ustawy. Natomiast w tej drugiej nodze, w nodze węglowej mamy problemy. Jeżeli nie zostanie rozwiązany problem potwierdzenia praw do emerytur górniczych dla niektórych z tych osób, to te osoby nie będą w stanie w pełni skorzystać z benefitów ustawy o osłonach socjalnych – podkreślił Woźny (bo żeby móc uzyskać urlop górniczy, trzeba mieć uprawnienie do emerytury górniczej).

– Do końca 2016 r. nasza praca uznawana była przez ZUS jako praca górnicza. Nasi współpracownicy pracujący na równorzędnych stanowiskach otrzymywali emerytury górnicze wraz ze wszystkimi przywilejami z tym związanymi. Nagle, pomimo braku zmian w przepisach prawnych, od stycznia 2017 r. ZUS zaprzestał przyznawania nam praw do emerytury górniczej. Jak to możliwe, że praca wykonywana w tym samym miejscu i na tych samych warunkach nagle zdobywa inną interpretację? – pytał retorycznie Arkadiusz Banaszak, Przewodniczący Kolei Górniczych PAK Górnictwo.

– To są osoby, które zasadniczo poza te wewnętrzne linie kolejowe nigdy nie wyjeżdżają. Nie sposób wytłumaczyć osobom, które transportują kopalinę z odkrywki pod elektrownię, że ich prawa z punktu widzenia sensu funkcjonowania kopalni w jakiś sposób różnią się od tego, co robią ich koledzy, którzy ten węgiel wykopują czy transportują od miejsca, w którym został złożony, do miejsca, w którym jest on załadowywany na wagony. Ci wszyscy ludzie są zatrudniani w jednej firmie, której celem jest doprowadzenie do tego, żeby węgiel dostarczyć od złoża do elektrowni – wtórował mu Piotr Woźny.

Nowelizacja nie pomogła. Interweniuje Ministerstwo Przemysłu, ZUS wskazuje na problem z nazewnictwem

Przedstawiciele ZEPAK-u przypominają, że aby właśnie uniknąć takich sytuacji, w czerwcu 2022 r. dokonano nowelizacji ustawy Prawo geologiczne i górnicze zastępując definicję odkrywki szerszym pojęciem zakładu górniczego, co miało zlikwidować konieczność sprawdzania, czy dany pracownik wykonywał swoją pracę ściśle w obrębie odkrywki. Tak się jednak nie stało. Sprawa nie została wyjaśniona w sposób jednoznaczny, co dziś w dalszym ciągu uniemożliwia przejście na górnicze emerytury części osób zatrudnionych w kopalniach węgla brunatnego.

Dzieje się tak, mimo że przedstawiciele Ministerstwa Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej oceniają, iż w kontekście ustawy o emeryturach i rentach z Funduszu Ubezpieczeń Społecznych praca pracowników kolei górniczych „powinna być uznawana za pracę górniczą”. Podobnie ocenia sprawę również Ministerstwo Przemysłu. Kierująca tym resortem prof. Marzena Czarnecka w grudniu zeszłego roku skierowała do prezesa ZUS pismo, stwierdzając w nim, że nowelizacja ustawy Prawo geologiczne i górnicze powinna wywrzeć wpływ na praktykę ZUS i zmianę podejścia poprzez przyznawanie emerytur górniczych osobom wykonującym wszystkie prace pozostające w związku z wydobyciem kopaliny ze złoża i jej transportem, realizowane na obszarze zakładu górniczego. Na razie jednak… nie wywarła.

Tłumaczący się gęsto urzędnicy ZUS wskazują na fakt, że ministerialne rozporządzenia określające stanowiska, na których praca górnicza jest wykonywana, zawierają również pozycje, które w przedsiębiorstwach funkcjonujących w ramach górnictwa węgla brunatnego praktycznie nie występują.

– To powoduje, że w dużym stopniu musimy opierać się na wyjaśnieniach pracodawców, w których prosimy o charakterystyki pracy wykonywanej przez pracowników na danych stanowiskach pracy po to, żeby ocenić, czy rzeczywiście na tych stanowiskach istotnie jest wykonywana praca górnicza, czy też nie – mówi Ewa Bednarczyk, Koordynator w Departamencie Świadczeń Emerytalno-Rentowych ZUS.

Sądy tłumaczą, czym jest lub nie jest praca górnicza. Prezes WUG-u nie kryje zdziwienia

– W praktyce ZUS-u, która znajduje potwierdzenie w praktyce sądowej, wskazuje się na to, że praca polegająca na przykład na przewozie nakładu i złoża, musi być oceniana w sposób funkcjonalny przez to, z czym ona jest związana. Jeśli w takiej pracy, wprawdzie wykonywanej na odkrywce w tym nowym rozumieniu, czy nawet na stanowiskach pracy wskazanych w rozporządzeniu, ta więź, związek funkcjonalny jest przede wszystkim nie z wydobyciem węgla, tylko ze sprzedażą tego węgla, to zdaniem ZUS-u i zdaniem sądu apelacyjnego w Poznaniu nie jest to już praca górnicza – tłumaczył przyczyny takiego podejścia ZUS-u Sebastian Gajewski.

Jak podkreślił, przy dokonywaniu wykładni przepisów o emeryturach górniczych, w takim zakresie, w jakim one referują do zjawisk pozaprawnych związanych z prowadzeniem zakładu górniczego, ZUS powinien się odwoływać do wiedzy organów wyspecjalizowanych w tej tematyce (np. Ministerstwo Przemysłu i WUG), a on sam za „przekonujące” uznaje stanowisko tego resortu w zakresie intencji, które stały za nowelizacją w roku 2022 r., co skłania go do zastanowienia się nad drogami modyfikacji praktyki stosowania prawa. Jego zdaniem zmienić obecny stan rzeczy można bądź poprzez korektę na poziomie ustawy (co dziś pozostaje scenariuszem wyłącznie teoretycznym), na poziomie ministerialnego rozporządzenia określającego stanowiska, na którym zatrudnione są osoby, których obecnie ten problem dotyczy, bądź wreszcie poprzez „efektywny dialog z ZUS-em”.

– Z drugiej strony z praktyką stosowania prawa na poziomie administracyjnym jest tak, że łatwo się ją zmienia wówczas, kiedy nie znajduje ona potwierdzenia w praktyce sądowej, natomiast tutaj mamy praktykę sądową – zastrzegł Gajewski.

– Zupełnie niezrozumiałe jest, że wątpliwości mogą dotyczyć osób kierownictwa i dozoru ruchu zakładu górniczego. To osoby, które są odpowiedzialne za prowadzenie tego ruchu i nie ma takiej opcji, żeby nie pracowały w warunkach związanych z ruchem zakładu górniczego i żeby nie można było im uznać wykonywanej przez nich pracy za pracę górniczą – dziwił się wywołany „do tablicy” prezes WUG, Piotr Litwa. Jak zauważył, także w przypadku pracowników zatrudnionych przy odwadnianiu kopalni nie powinno być żadnych wątpliwości.

– To jest podstawowe zagrożenie naturalne w zakładzie górniczym. Nie ma mowy, żeby tego typu praca nie była uznana za pracę górniczą, bo w ten sposób idziemy zupełnie pod prąd, jeśli chodzi o zasady techniki górniczej – stanowczo stwierdził na forum sejmowej podkomisji prezes WUG.

 

Michał Wroński
dziennikarz gospodarczego serwisu WNP.PL

Znajomość sztuki górniczej przydaje się nie tylko w kopalniach. Z górniczych doświadczeń i wiedzy korzystają również budowniczowie tuneli. A że w najbliższych latach szykuje się w Polsce prawdziwy inwestycyjny boom dla tego typu konstrukcji, zaś dokonana dwa lata temu nowelizacji ustawy Prawo Górnicze i Geologiczne nakłada obowiązek prowadzenia wszystkich budowli tunelowych pod nadzorem urzędów górniczych, to i zapotrzebowanie na taką właśnie fachową wiedzę i doświadczenie mocno wzrośnie.

Ruszyła budowa najdłuższego tunelu kolejowego w Polsce. Przygląda się jej OUG i święta Barbara

Kiedy pod koniec marca w Beskidzie Wyspowym rozpoczynało się drążenie najdłuższego (jak na razie) w Polsce tunelu kolejowego na placu budowy umieszczono figurę patronki górników, św. Barbary, a wśród licznie przybyłych tam gości i oficjeli znaleźli się m.in. przedstawiciele Okręgowego Urzędu Górniczego w Krakowie. Ich wizyta bynajmniej nie była przejawem regionalnej kurtuazji.  Budowa długiego na 3750 metrów tunelu (a ściślej mówiąc dwóch jego nitek – zasadniczej, przeznaczonej dla ruchu pociągów oraz sąsiadującego z nią tunelu ewakuacyjnego) pod Pisarzową (pow. limanowski) prowadzona jest pod nadzorem właśnie krakowskiego OUG-u.

To konsekwencja obowiązującej od 1 września 2023 r. nowelizacji ustawy Prawo Górnicze i Geologiczne, zgodnie z którą wszystkie nowo drążone w Polsce tunele objęte muszą być nadzorem urzędów górniczych niezależnie od tego, czy są prowadzone z wykorzystaniem techniki górniczej. Z tego powodu, choć drążenie tuneli pod Pisarzową odbywa się nie metodą górniczą, ale z wykorzystaniem dwóch maszyn TBM (Tunnel Boring Machine), to jednak nadzór górniczy i tak przygląda się prowadzonym tam pracom.

Na placu budowy jak w kopalni. Trzeba być gotowym na zawał i pojawienie się metanu

Inwestycja w Beskidzie Wyspowym nie jest zresztą jedyną realizowaną obecnie w Polsce budową tunelu, która objęta jest nadzorem górniczym. Jak informuje Anna Swiniarska-Tadla, rzecznik prasowy Prezesa Wyższego Urzędu Górniczego, pod nadzorem okręgowych urzędów górniczych prowadzone są w sumie trzy takie przedsięwzięcia. Poza wspomnianym tunelem pod Pisarzową na liście tej znajduje się budowa warszawskiego metra oraz ponad 2-kilometrowego tunelu drogowego pod wzgórzem Grochowiczna w ciągu drogi ekspresowej S19 na odcinku Rzeszów Południe – Babica.

W kontekście tej ostatniej inwestycji warto przypomnieć, że w 2023 r. podczas przygotowań do rozpoczęcia prac przy drążeniu tunelu natrafiono na… metan. Skutkiem tego odkrycia niezbędne stało się zainstalowanie na maszynie TBM systemu czujników wykrywających obecność tego gazu, a także montaż zmodyfikowanego systemu wentylacji o zwiększonej wydajności, który umożliwiał przewietrzanie tunelu i niedopuszczenie do gromadzenia się metanu wewnątrz wyrobiska. Niezbędna była także wymiana części podzespołów na urządzenia mogące pracować w stwierdzonych warunkach. Przełożyło się to konieczność rewizji harmonogramu, jak i na niespodziewany wcześniej wzrost kosztów przedsięwzięcia. Dlatego budowniczowie tunelu pod Pisarzową wolą chuchać na zimne.

– Ze względu na kwestie bezpieczeństwa podczas drążenia, maszyna spełnia wymogi certyfikacji ATEX, czyli pracy w warunkach potencjalnie wybuchowych – tłumaczył Cezary Iwanowski, zastępca dyrektora kontraktu, kierownik robót tunelowych w firmie Gülermak, która w konsorcjum z Budimeksem będzie realizować ten kontrakt.

O ile obecność nadzoru górniczego przy realizacji nowych inwestycji tunelowych w Polsce jest dziś obowiązkowa, to przed wejściem w życie wspominanej nowelizacji ustawy Prawo Górnicze i Geologiczne też się to zdarzało w sytuacji, gdy dana inwestycja prowadzona była z wykorzystaniem techniki górniczej. Metoda ta polega na wierceniu w skale przez specjalistyczne maszyny szeregu otworów, do których następnie wprowadzane są materiały wybuchowe. Po ich detonacji rozdrobniona skała jest usuwana, a ściany tunelu stabilizowane. W taki właśnie sposób (choć w nieco różniącej się technologii, gdyż w dwóch pierwszych przypadkach była to tzw. nowa metoda austriacka – NATM, w trzecim jej rozwinięcie – ADECO-RS, tj. Analysis of Controlled Deformations in Rocks and Soils) wykonano tunele drogowe na S1 w Lalikach w Beskidzie Żywieckim, na S3 między Bolkowem a Kamienną Górą oraz na S7 („zakopianka”) pod Luboniem Małym na odcinku Naprawa – Skomielna Biała w Małopolsce.

– Drążenie na przodku, wywóz urobku, kruszenie skał, wybudowanie obudowy tymczasowej, izolacji, zbrojenia obudowy stałej tunelu. I tak przez całą dobę – tak opisywał prace na tym odcinku „zakopianki” krakowski oddział GDDKiA.

Na skorzystanie z nowej metody austriackiej zdecydowali się również budowniczowie dwóch wciąż jeszcze drążonych tuneli w masywie Baraniej Góry na odcinku drogi ekspresowej S1 między Przybędzą a Milówką. W czerwcu 2022 r. przy okazji prowadzonych tam prac na odcinku ok. 10 metrów doszło do zawału skał stropowych. Szczęśliwie nikomu nic się nie stało. Obecny na miejscu nadsztygar górniczy w porę zauważył szczelinę w stropie niedaleko czoła przodka i podjął decyzję o wycofaniu z tunelu znajdującej się tam załogi oraz maszyn. Postępowanie w sprawie tamtego wydarzenia prowadził krakowski OUG, który nakazał m.in. przeprowadzić weryfikację projektu technicznego wraz z technologią w zakresie doboru obudowy i jej wykonawstwa, a także określić szczegółowe zasady bezpiecznego prowadzenia robót górniczych w sąsiednim tunelu.

Tunele chcą budować drogowcy i kolejarze. Władzom Krakowa marzy się metro

W niedalekiej przyszłości nadzór górniczy pracy będzie miał jeszcze więcej. Budowli tunelowych w Polsce będzie bowiem przybywać. Sama tylko Generalna Dyrekcja Dróg Krajowych i Autostrad, która dziś ma w zarządzie siedem tuneli o łącznej długości niespełna 9 km, buduje kolejnych osiem obiektów tego typu o długości 9 km, a w planach są jeszcze tunele o długości 7,1 km (w tym imponujący, 5-kilometrowy, obiekt, jaki ma postać pod dnem Odry na S6 w ciągu Zachodniej Obwodnicy Szczecina). Docelowo na sieci dróg zarządzanych przez GDDKiA ma funkcjonować 18 tuneli o łącznej długości niemal 25 km.

Do tej listy trzeba dopisać jeszcze inwestycje planowane przez kolejarzy – zarówno przez PKP Polskie Linie Kolejowe, jak i przez Centralny Port Komunikacyjny. Pierwsza z tych spółek w ramach budowy nowej linii kolejowej z Krakowa do Nowego Sączu (tzw. projekt Podłęże – Piekiełko) zamierza w sumie wybudować 16 różnego rodzaju tuneli o łącznej długości blisko 21 km. Jednym z nich jest wspominany już obiekt pod Pisarzową, który docelowo wcale nie będzie jednak najdłuższym tunelem na trasie (o kilkadziesiąt metrów dłuższy będzie obiekt w rejonie miejscowości Stróża mający mieć 3820 m). Z kolei CPK chce pod ścisłym centrum Łodzi wydrążyć ponad 4,5-kilometrowy tunel dla kolei dużych prędkości.

No i wreszcie metro. Obecnie kojarzone jest ono w Polsce tylko z Warszawą, gdzie w przyszłym roku zakończone mają zostać prowadzone od kilkunastu lat prace nad II linią (zdecydowana większość z niej została oddana do eksploatacji na przestrzeni ostatniej dekady). Dwa lata później mają ruszyć roboty związane z budową III linii stołecznego metra i prace te – podobnie jak zakończone niedawno drążenie tuneli na II linii – objęte będą nadzorem OUG.

O budowie metra coraz głośniej mówi się też w Krakowie. Na przełomie II i III kwartału w stolicy Małopolski zaprezentowane ma zostać Studium Kierunku Rozwoju Metra, które określi pełny przebieg pierwszej linii oraz jego integrację z koleją aglomeracyjną i siecią tramwajową. Równolegle procedowana jest decyzja środowiskowa dla centralnego odcinka pierwszej linii metra (obecnie trwa uzupełnianie raportu oddziaływania na środowisko) i trwają analizy i rozmowy z międzynarodowymi instytucjami finansowymi oraz rządem w sprawie montażu finansowego.

Na razie krakowscy urzędnicy wolą nie ryzykować wskazywania ewentualnego terminu, kiedy ta budowa mogłaby się rozpocząć. Nie potwierdzają również pojawiających się pod koniec zeszłego roku w śląskich mediach doniesień o tym, jakoby sondowali w Ministerstwie Przemysłu możliwość wykorzystania podczas realizacji tej inwestycji śląskich górników (choć potwierdzają, że sama wizyta miała miejsce), co oczywiście nie wyklucza, że jakaś forma wymiany doświadczeń z szeroko rozumianym zapleczem sektora górniczego nie będzie tu miała miejsca. Zdaniem naukowców optymalnie byłoby bowiem, aby metro w Krakowie zostało poprowadzone na głębokości co najmniej 20 m pod ziemią, czyli głębiej niż większość infrastruktury metra warszawskiego, przy realizacji którego pracowali specjaliści z lubińskiego Zakładu Budowy Kopalń oraz Przedsiębiorstwa Robót Górniczych w Mysłowicach (potem PRG „Metro”).

– Budowa geologiczna obszaru Krakowa jest dość skomplikowana ze względu na to, że znajdujemy się w obrębie kilku dużych jednostek geotektonicznych, ale ta budowa jest bardzo dobrze rozpoznana, gdyż badania trwają już wiele lat. Z punktu widzenia geologii nie ma problemu, żeby w Krakowie drążyć tunele metra. Kluczową sprawą jest natomiast hydrogeologia – stwierdził podczas odbywającej się w kwietniu dyskusji na temat tej inwestycji prof. Tadeusz Słomka, geolog, w przeszłości dziekan Wydziału Geologii, Geofizyki i Ochrony Środowiska krakowskiej Akademii Górniczo-Hutniczej, a także wieloletni rektor tej uczelni.

Michał Wroński
dziennikarz gospodarczego serwisu WNP.PL

Zacznijmy od początku. Jak to się stało, że Pani – rodowita Łodzianka – związała swoją zawodową karierę właśnie z górnictwem i to tutaj, na Śląsku?

Cóż, o mojej pracy w sektorze górniczym zadecydował tak naprawdę czysty przypadek! Tak się złożyło, że po pierwszym roku studiów wyszłam za mąż za sportowca grającego zawodowo w piłkę ręczną – w śląskim klubie… Już wcześniej podjęliśmy decyzję, że zamieszkamy wspólnie w jego stronach. Oczywiście, ówczesne prosperity regionu, związane głównie z przemysłem wydobywczym, też działo zapraszająco…

Nie studiowała Pani jednak kierunku bezpośrednio zwiazanego z górnictwem, choć w czasach transformacji i później przekształceń w sektorze profesje ekonomiczne zyskiwały na znaczeniu…

Niewątpliwie studia ekonomiczne ukierunkowały moją trajektorię zawodową. Zawsze byłam umysłem ścisłym – lubiłam analizować i pracować z liczbami, za to kompletnie nie po drodze mi było z pisaniem. Gdyby poprosił mnie Pan o wywiad „na piśmie”, zapewne bym odmówiła [śmiech].

Tym bardziej cieszę się, że mamy przyjemność rozmawiać. A czy wybierając kierunek kształcenia rozważała Pani również jakieś inne opcje? Dla młodego człowieka ekonomia – na pierwszy rzut oka – wydaje się mało porywająca…

Jeśli pyta Pan o jakieś młodzieńcze niespełnione marzenia to pamiętam, że bardzo chciałam iść do szkoły radiowo-telewizyjnej, co jednak nie przypadło do gustu mojemu tacie…  Wybór padł więc na liceum o profilu ekonomicznym, które mieściło się nieopodal bloku, gdzie mieszkałam.

Po maturze z kolei bardzo chciałam studiować na Wydziale Maszyn Cyfrowych Politechniki Łódzkiej, ale barierą okazała się fizyka, która w szkole średniej realizowana była na poziomie podstawowym. Bardziej skomplikowany materiał musiałabym więc opanować sama, co wymagało sporo czasu i nie dawało gwarancji sukcesu. W odwodzie pozostawały jeszcze korepetycje, jednak tego scenariusza wolałam oszczędzić moim rodzicom…

Niechętnie zaczęłam rozglądać się za czymś innym i tym sposobem na moim radarze niebawem znalazła się ekonometria. Zdawała się dość bliska uwielbianej przeze mnie matematyki, a studia na kierunku oferował Wydział Ekonomiczno-Socjologiczny Uniwersytetu Łódzkiego.

To był jednak również czas, gdy wraz z moim przyszłym mężem, planowaliśmy już ślub, więc w oczy zaglądało nam widmo ewentualnej przeprowadzki. Jeździłam na Śląsk i sondowałam możliwości studiowania tutaj. W dziekanatach katowickiej Akademii Ekonomicznej powiedziano mi, że, istotnie, uczelnia oferuje studiowanie ekonometrii, ale tuż po ślubie okazało się, że wprowadzono mnie w błąd. Ekonometria była serwowana jako przedmiot, a nie jako kierunek…

Stanęłam wówczas przed wyborem – czekać rok na uruchomienie cybernetyki, która była moją opcją awaryjną, albo zdecydować się na ekonomię. Świadoma, że ten drugi wariant pozbawi mnie ścisłego kontaktu z bardziej wyrafinowaną matematyką, przepłakałam dwa tygodnie, ale na któregoś konia trzeba było postawić… I tak po kilku latach skończyłam z magisterium z ekonomii.

Wracamy zatem do pytania o początki Pani kariery zawodowej. Jak to się stało, że trafiła Pani – chyba, mimo wszystko, możemy tak powiedzieć – na kopalnię?

W tamtych czasach obowiązywały jeszcze skierowania do pracy…  Zaproponowano mi zatrudnienie m.in. w Instytut Metali Nieżelaznych w Gliwicach z siedzibą w Gliwicach, gdzie problemem był czas potrzebny na dojazd do pracy, oraz w zakładach wykonujących termoizolację,  gdzie z kolei już na wstępie usłyszałam, że najchętniej w nowej roli widzieli by… mężczyznę. Zniechęcona pomyślałam, że dobrym miejscem na start kariery byłaby lokalna kopalnia, czyli Zabrze-Bielszowice, która miała w dodatku związki z klubem sportowym mojego męża. Okazało się, że mają wakat w ksiegowości…

Był efekt wow czy raczej lekkie rozczarowanie?

Pierwsza myśl była taka, że na pewno nie spędzę w tym fachu zbyt wiele czasu… [śmiech]. Ale dość szybko awansowałam, a potem zostałam główną księgową i perspetywy diametralnie się zmieniły.

Chodziło o sam fakt awansu, docenienia przez pracodawcę, czy może ważył też tutaj charakter pracy – więcej obowiązków i większa odpowiedzialność?

Moją zmorą była na starcie ta cała mrówcza codzienna praca, którą musi wykonywać początkujący księgowy. W miarę upływu czasu i nabierania zawodowego doświadczenia otrzymywałam jednak coraz bardziej wymagające i odpowiedzialne zadania, co też na pewno zmieniało nastawienie.

Może pamięta Pani jakieś przykłady?

Jedynym z pierwszych takich obowiązków była koordynacja nad wdrażaniem do księgowości pierwszych automatyzacji oraz systemu informatycznego. To był szczególny moment. W biurach pojawiły się działające w oparciu o system zero-jedynkowy maszyny z NRD wyposażone w taśmy performowane, przy pomocy których pracownicy rejestrowali odpowiednie dokumenty finansowe (np. faktury). Polegało to w gruncie rzeczy na ręcznym „wklepywaniu”. Moim zadaniem było m.in. wykrywanie błędów z użyciem sumatora – bez tego nie dało się wykonać poprawnego bilansu. Z jednej strony tropienie błędów przyprawiało o zawrót głowy, z drugiej miało się wrażenie, że to jest jakoś ważne i coś od tego zależy.

Pamiętam też, że już zajmowanie się bilansem czy zeznaniami podatkowymi, które wymagało zastosowania matematyki i znajomości przepisów, spowodowało, że lody zaczęły pękać.

Rola głównej księgowej, gdzie tych wymagających aktywności było już znaczenie więcej, z każdym dniem wciagała mnie coraz bardziej i szybko zapomniałam o swoich wczesnych planach „uwolnienia się” od księgowości.

Ponieważ nasz wywiad stanowi część cyklu rozmów o kobietach polskiego górnictwa i w polskim górnictwie, chciałbym porozmawiać również i na ten temat. Górnictwo kojarzy nam się zwykle z „twardą”, męską profesją i wydobywaniem kopaliny pod ziemią, gdzie kobiety nie mają wstępu. Łatwo zapominamy o tym, co dzieje się na powierzchni, a tam przecież kobiety od zawsze były obecne. Chciałem zapytać czy wspomniany branżowy stereotyp działał jakoś na wyobraźnię gdy wkraczała Pani na rynek pracy i co zmieniło się przez te wszystkie lata, gdy pozostawała Pani aktywna zawodowo?

Na dole mężczyźni, w służbach technicznych kopalń – mężczyźni, w zarządach zakładów i przedsiębiorstw górniczych – również mężczyźni. Tak to kiedyś z grubsza wyglądało. Ale w działach socjalnych i księgowości tych samych zakładów i przedsiębiorstw było już zgoła inaczej. W służbach księgowych mężczyzn można było policzyć na palcach jednej ręki, choć to oni zwykle pełnili – a jakże – role kierownicze. O ile sobie przypominam przede mną tylko dwie kobiety w polskim górnictwie zatrudnione były na stanowisku głównej księgowej – na kopalni Halemba i na kopalni Pstrowski. Gdy awansowałam do tej roli w Zabrzu-Bielszowicach, miałam pod sobą 120 kobiet i dwóch mężczyzn.

A gdy decydowała się Pani związać swój los zawodowy z działem księgowości kopalni, była Pani świadoma tych – odwróconych poniekąd – proporcji? Nie obawiała się Pani, że w zakładach górniczych to mężczyźni zwykle silniej zaznaczają swoją obecność (mówiac najłagodniej [śmiech]) i – jak sama Pani zauważyła – to oni w latach, o których rozmawiamy, pociągali zwykle za sznurki?

Tak się składa, że przez całe życie lepiej dogadywałam się z mężczyznami. Już w szkole większość moich znajomych stanowili faceci… Takich obaw w ogóle nie było.

Skoro jesteśmy przy temacie –  wyczytałem w wywiadzie, którego w 2012 r. udzieliła Pani Dziennikowi Zachodniemu, że nie do końca podobały się Pani pomysły z wprowadzeniem do polskiego prawodawstwa tzw. parytetów płci.  Po lekturze określiłbym Pani ówczesne stanowisko jako miękko-sceptyczne [śmiech]…

Cóż, nie lubię forsowania żadnych pomsyłów na siłę, a tak trochę było z parytetami, o których Pan wspomina. Kobiety, które garnęły się do pracy i stale poszerzały swoje kwalifikacje, najczęściej osiągały w życiu zawodowym to, na czym im zależało.

W tamtych czasach zdarzały się oczywiście różne niewspółmierności czy wynikający ze stereotypów brak zaufania do ich kompetencji po stronie pracodawców (szczególnie gdy mówimy o stanowiskach kierowniczych), ale mam wrażenie, że trochę przeceniamy ich rolę i skalę. To zresztą zmieniało się szybko na naszych oczach.

Z drugiej strony, sama wielokrotnie awansowałam kobiety i nie zawsze spotykało się to z entuzjazmem z ich strony. Nieraz dało się wyczuć opór wynikajacy czy to z pewnej drobiazgowości czy po prostu innego ustawienia życiowych priorytetów, do którego każdy przecież ma prawo!

Sugeruje Pani, iż to nie płeć, lecz raczej kompetencje i dokonania powinny decydować o awansach, dostępie do strategicznych stanowisk, itd.?

To z pewnością lepszy klucz i – proszę mi wierzyć – wiele kobiet te  kompetencyjne kryteria (często bardzo wyśrubowane!) spełniało i spełnia z naddatkiem.

Jedyne, na co zwróciłabym tu jeszcze uwagę to kwestia sekowania kobiet, bo to niekiedy rzeczywiście miało miejsce. Z tym na pewno trzeba walczyć, również na poziomie odpowiednich przepisów.

Ale walka z dyskryminacją nie powinna się posuwać do tworzenia protez, które mają kobietom pomagać, a w rzeczywistości umniejszają ich rolę i umiejętności czy nawet stawiają pod przymusem.

A czy rola kobiet w górnictwie nie jest jednak w jakiś sposób szczególna? Wspominała Pani, że w błogich dla sektora węglowego wczesnych latach 90. to mężczyźni dzierżyli stery w kluczowych działach górniczych spółek i firm – nawet w wysoce sfeminizowanych działach księgowości. Wiem, że stała Pani na czele kapituły ustanowionego przez Izbę Przemysłowo-Handlową Rybnickiego Okręgu Przemysłowego konkursu „Narcyz”, w którym nagrody otrzymują kobiety w uznaniu ich dokonań zawodowych i osiagnięć na polu aktywności społecznej. Czy zatem jakaś forma wsparcia dla przysłowiowej „płci słabszej” – szczególnie w silnie zmaskulinizowanym przemyśle – nie była potrzebna?

„Narcyz”, jak i inne podobne inicjatywy, są dowodem na to, że takie wsparcie się pojawiało, nawet jeśli nie tak duże, jak dziś moglibyśmy tego oczekiwać.

Inna sprawa: czy nie czytamy trochę historii od tyłu? Po transformacji musiało przecież upłynąć nieco czasu zanim rynek pracy się zmieni i zanim zmieni się rola samej pracy i kariery w życiu Polek. Przed 1989 r. dla sporej części kobiet w województwie śląskim praca pozostawała gdzieś na dalszym w planie (tak było najczęściej w rodzinach górniczych). Dopiero w kapitalizmie przy otwartym systemie kształcenia  i pękających stereotypach kulturowych wizja kariery zaczęła jawić się jako coś kuszącego. Okazało się też rychło, że alternatywa dom/rodzina – praca jest fałszywa i z niczego nie trzeba rezygnować.

Zastanawiam się też, czy aby bardziej niż o wsparcie nie chodziło o docenienie kobiet, okazanie szacunku dla ich pracy i owoców tej pracy. Już samo to musiało przecież działać mobilizująco.

Rozmawiamy o stereotypach damsko-męskich w górnictwie, ale chciałbym również zapytać o inny branżowy stereotyp. Utarło się, że praca na grubie pod ziemią jest ciężka i obarczona ryzykiem, ale mało kto mówi o tym, że ciemniejsze strony miewa również praca na powierzchni. W przypadku stanowisk kierowniczych jest to odpowiedzialność za decyzje i ludzi, związany z tym stres oraz ryzyko wypalenia zawodowego, presje ze strony silnych związków, konieczność stałego reagowania na dynamiczne zmiany w sektorze i tak dalej. Czy piastując funkcje kierownicze, w tym wiceprezesa zarządu Kompanii Węglowej, borykała się Pani z tymi problemami?

Najwięcej stresu doświadczyłam, gdy powstawały wielkie górnicze spółki jeszcze w pierwszej połowie lat 90. W latach 1993-1995, tj. gdy pracowałam na stanowisku Zastępcy Prezesa Zarządu do Spraw Ekonomiczno-Finansowych w Rudzkiej Spółce Węglowej, zderzyłam się z problemem braku środków na wypłaty. Spółka powstała z połączenia ośmiu kopalń, co wiele mówi o skali tego problemu. Kopalnie te w dodatku były średnio rentowne, a niektóre tonęły wręcz w długach. Lepiej sobie nie wyobrażać jak zareagowała by tak liczna, dobrze zorganizowana i kierowana przez związki grupa górników, gdyby zabrakło pieniędzy na wypłaty… Próbowałam oczywiście w różny sposób pozyskać potrzebne środki, ale z uwagi na sytuację spółki nie było to łatwe. W kierownictwie Banku Śląskiego nie odbierano moich telefonów i ostentacyjnie unikano kontaktu ze mną. W chwili gdy grunt palił mi się pod nogami rzutem na taśmę udało mi się jednak porozumieć z innym bankiem z siedzibą w Warszawie i oddziałem w Zabrzu. Udało nam się zorganizować spotkanie zarządu spółki z ówczesną dyrektor tej placówki oraz osiągnąć korzystne porozumienie, co przy naszej ówczesnej zdolności kredytowej zakrawało na cud. Zobowiązaliśmy się do założenia w owym banku konta firmowego, na które trafiać miało 100% wpływów ze sprzedaży. Środki te w pierwszej kolejnosci miały być przeznaczane na pokrycie kredytu, a dopiero potem na zaspokojenie innych zobowiązań finansowych. A był to czas, gdy generowane przez spółkę koszty przewyższały wpływy do kasy…

To jednak nie był koniec kłopotów…

Osiągnięcie porozumienia to jedno a podpisanie i realizacja umowy – drugie. Przez długi czas musieliśmy co miesiąc spłacać kredyt, żeby dostać kolejny. Tylko tak byliśmy w stanie zapewnić wypłaty wynagrodzeń w obowiązujacej kwocie i na umówiony czas. Sytuacja była więc chronicznie napięta i nie było widoków na poprawę.

Obok problemów, którym trzeba było wielokrotnie stawiać czoła, Pani kariera jest naznaczona także wieloma sukcesami. Odpowiadała Pani za finanse w kilku różnych podmiotach górniczych piastując wiele prestiżowych stanowisk. Wiele z nich udało się wyprowadzić na prostą, a inne pchnąć na tory szybkiego wzrostu. Gdyby miała Pani wskazać swoje największe osiągnięcie zawodowe byłoby to…

Ustępując z różnych funkcji zawsze zostawiałam po sobie nadwyżkę w kasie. Za mojej kadencji w Kompanii Węglowej (która dobiegła końca w 2012 r.) spółce udało się odzyskać bieżącą płynność finansową. W pewnym momencie mieliśmy na kontach półtora miliarda złotych, co było na tamten czas naprawdę bajońską sumą. Ale warto wspomnieć, że również Rudzka Spółka Węglowa na finiszu mojej kadencji była najbardziej efektywną ekonomicznie spółką węglową w Polsce. Gdy dobiegła ona końca, zaproponowano mi pracę w JSW.

A lubiła Pani – tak po ludzku – swoją pracę? Praca na kierowniczych stanowiskach w górniczych spółkach wymaga niejednokrotnie różnych poświęceń. Nie zawsze też jest to praca osiem godzin na dobę…

Zdecydowanie lubiłam swoją pracę i nie sprawiało mi kłopotu, że w różnych gorących okresach musiałam zostać w biurze od rana do nocy. Nie wyobrażałam sobie opuszczenia stanowiska po przepracowaniu przysłowiowych ośmiu godzin w sytuacji gdy jakieś istotne i nie mogące czekać zadania nie zostały wykonane. Taka już jestem, ale tego rodzaju odpowiedzialności wymagały też funkcje, które piastowałam.

Czy jednym z takich gorących okresów, o których Pani wspomniała były czasy restrukturyzacji i zmian własnościowych w sektorze? Wiele mówiło się wówczas o możliwych scenariuszach prywatyzacji, w której jedni widzieli szansę dla górnictwa i kopalń, a inni demonizowali ten proces jako wyzbywanie się przez państwo bezpieczeństwa energetycznego. Jak Pani na to patrzyła?

Nie wszyscy chcą pamiętać, że te procesy zaczynały się przecież oddolnie. Dyrektorzy kopalń porozumiewali się między sobą, by nie konkurować wzajemnie cenami węgla w dół, bo w takim scenariuszu zakłady z gorszą jakościowo kopaliny nie wytrzymałyby po prostu konkurencji. Jeszcze zanim powstały spółki kopalnie kombinowały więc, aby  łączyć się w silniejsze jednostki – stawką było przetrwanie na rynku.

Jeśli chodzi o sam proces prywatyzacji to sądzę, że polskie  górnictwo wyglądałoby zupełnie inaczej gdyby on się powiódł. Moim zdaniem kopalnie ekonomicznie byłyby bardziej efektywne. Takie przemyślenia towarzyszyły mi, gdy w JSW wraz z moimi ludźmi robiłam analizy i przygotowywałam pierwsze prospekty pod prywatyzację.

Tak na marginesie, warto podkreślić jedną rzecz: pod hasłem prywatyzacji przeprowadzano w polskim górnictwie różne przekształcenia. Dla kogoś nieznającego kontekstu pojęcie to mogłoby być mylące. Bo jeżeli Skarb Państwa ma gdzieś przeważający pakiet to czy możemy mówić o prywatyzacji w ścisłym sensie tego słowa?

A lęki związane z tym procesem czy właśnie przekształceniami prowadzonymi pod jej hasłem?

No óż, mamy przykłady prywatnych kopalń, które w strukturach węglowych spółek nie umiały się odnaleźć, a mimo to potrafiły dobrze sobie radzić. Tak było chociażby z powstałym z KWK Pstrowski Zakładem Górniczym Siltech, któremu początkowo nie dawano większych szansa na rynku. Mimo niewielkich złóż długo pozostawał rentownym przedsiębiorstwem i to bez pomocy państwa.

Spójrzmy też na – również strategiczny – przemysł hutniczy, gdzie prywatyzacja posunęła się o wiele dalej. W jego przypadku nikt nie podnosił alarmu, że wykupuje nas obcy kapitał, ponieważ widać było wyraźnie, że cała ta gałąź biznesowo rośnie.

Powiedzmy sobie jasno: żaden przedsiębiorca nie jest zainteresowany tym, żeby jego biznes upadł czy nie rozwijał się. Jest raczej dokładnie odwrotnie. Może po prostu na pewnym etapie brakowało zaufania do sektora prywatnego?

Sugeruje Pani, że szczególne warunki, w których funkcjonowało restrukturyzowane górnictwo ograniczały jego rentowność i potencjał rozwojowy?

Wiele było absurdów, z którym kierownictwa kopalń, a później spółek górniczych musiły się zmagać. Weźmy na warsztat choćby substancję mieszkaniową czy – ujmując rzecz szerzej – te wszystkie bloki, szpitale, boiska, hale i tak dalej, które weszły w skład majątku spółek węglowych. Przepisy zobowiązywały spółki do ich utrzymania, co wiązało się przeważnie z horrendalnymi kosztami. Nikt nie myślał o tym, z czego będą one pokrywane i jak mają się do zysków podmiotów nimi zarządzających. Gdy pracowałam w JSW na utrzymaniu substancji mieszkaniowej ponosiliśmy rocznie straty w wysokości około 150 milionów złotych, co w zasadzie neutralizowalo dobre wyniki finansowe uzyskiwane dzięki sprzedaży. Nie było możliwości zracjonalizowania polityki mieszkaniowej, ponieważ krępowały nas przepisy. Mówiło się o możliwości przejmowania lokali mieszkalnych przez miasta, jednak władze miejskie wcale się do tego nie paliły i w gruncie rzeczy trudno im się dziwić – wiedziały na co się piszą…

Czym skończył się ten mieszkaniowy impas?

W JSW zastosowaliśmy ten sam manewr, co wcześniej w RSW. Przeprowadziliśmy rozmowy ze spółdzielniami mieszkaniowymi i dogadaliśmy się, że my bezpłatnie przekażemy im mieszkania, ale w zamian za to będziemy mogli określić regulamin precyzujący w jakiej formie i na jakich warunkach one będą je odsprzedawać naszym pracownikom. A warunki te były oczywiście korzystne – zwykle chodziło o pewien ułamek wartości, w zależności od stażu pracy w kopalniach spółki. W ten sposób pracownicy wchodzili w posiadanie mieszkań, a spółdzielnie zawiadywały majątkiem.

Pojęciem, które dziś robi zawrotną karierę – taką jaka kiedyś była udziałem „restrukturyzacji” – jest słowo „transformacja”, w którym środowiska związane z węglem widzą często eufemizm dekarbonizacji. Jak Pani ocenia proces odchodzenia od węgla – czy ten kierunek, tempo zmian i przyjęte strategie w tym zakresie wydają się Pani słuszne?

Nasze zasoby „czarnego złota” pomału się kończą. To, co zostało trudno jest wydobywać z uwagi na uwarunkowania terenowe lub nie cechuje się wystarczającą jakością.

Wiemy też, że wielkoskalowe górnictwo węglowe przyczynia się do degradacji środowiska i zanieczyszczenia powietrza. Do tego dochodzą szkody w infrastrukturze i tkance miejskiej. Budynki grożące zawaleniem, zniszczone drogi, toksyczne hałdy – to tylko kilka pierwszych z brzegu przykładów. Weźmy choćby pod uwagę nie tak dawne wydarzenia z Trzebinii…

Myślę więc, że rola górnictwa jako gałęzi zaopatrującej gospodarkę w surowce energetycne na dużą skalę dobiega końca. Zważywszy na to, co dzieje się w Unii Europejskiej, której jesteśmy członkiem, trudno marzyć o odwróceniu tego trendu.

Branży nie pomaga też to, że jest czuła na wahania koniunktury, a przez to w dużym stopniu nieprzewidywalna i zależna od czynników zewnętrznych takich jak fluktuacje rynków czy geopolityka.

Szanuję oczywiście etos pracy górnika i rolę górniczego dziedzictwa – szczególnie tu na Śląsku, ale to niestety za mało by utrzymywać zakłady, które przestają być ekonomicznie efektywne.

Czym innym jest natomiast tempo i forma transformacji – trzeba zrobić wszystko, aby przejście do gospodarki bezemisyjnej było możliwie łagodne, a jego ewentualne negatywne skutki dla regionów i pracowników ograniczone do niezbędnego minimum.

A czy wspomniana koniunktura geopolityczna nie zmienia jakoś tych rachub? Mam tu na myśli zapowiedzi prezydenta Trumpa dotyczące kontynuacji wydobywania węgla, czy to, co dzieje się w Chinach i Azji Południowo-Wschodniej, gdzie roczny wolumen eksploatacji oscyluje blisko historycznych rekordów.

W obecnej sytuacji, tj. przy złożach, które mamy, a także w kontekście polityki klimatycznej UE, węgiel może przetrwać jedynie jako surowiec rezerwowy, awaryjny.

Na pewno priorytet będą miały źródła „zielone” jak energia słoneczna czy wiatrowa (której rozwój notabene niesłusznie w Polsce zastopowano…). Gdzieś w dłuższej perspektywie do gry wkroczy też – miejmy nadzieję – polski atom.

Na zakończenie pytanie o mniejszym ciężarze gatunkowym. W ostatnim wywiadzie prof. Hardy-Góra zdradziła mi, że jej pasją jest wizytowanie nowych krajów (w jej gabinecie wisi mapa świata, która pomału zapełnia się kolejnymi pinezkami…), a urlopy najchętniej spędza w górach szusując na nartach. A jaka jest Pani recepta na udany odpoczynek?

Mimo, że jestem z definicji jednostką antysportową, również uwielbiam jeździć na nartach. Na co dzień natomiast chętnie spędzam czas w ogrodzie. Przez wiele lat, po okresach wytężonej pracy w górniczych spółkach to właśnie praca w ogrodzie pozwalała mi naładować baterie. Bo ja po prostu nie lubię się nudzić!

 

rozmawiał Marcin Hylewski

Zobacz pozostałe numery

Sporo się u nas dzieje.

Bądź zawsze na bieżąco.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Ta witryna jest zarejestrowana pod adresem wpml.org jako witryna rozwojowa. Przełącz się na klucz witryny produkcyjnej na remove this banner.