Biuletyn Górniczy 10-12 (362-364)

W NUMERZE:

  1. CO, GDZIE, KIEDY?
  2. Rząd nie zauważył górników z JSW w swojej ustawie. Teraz naprawił błąd
  3. Marszałek Saługa: PEP2040 wymaga gruntownej korekty
  4. Czym najtaniej ogrzać dom?
  5. Czy grożą nam przerwy w dostawach prądu? Rozmowa z prof. Stanisławem Tokarskim
  6. Międzynarodowe plany ekspansji Bogdanki
  7. Węgiel koksowy strategiczny dla gospodarki Stanów Zjednoczonych
  8. Odchodzą z podniesioną głową. Czesí z honorami żegnają kończących fedrowanie górników
  9. NIK atakuje Polską Grupę Górniczą. PGG odpowiada: działamy zgodnie z prawem
  10. Kobiety w polskim górnictwie
  11. GreenJobs: jak dać kopalniom drugie życie w erze powęglowej?
  12. RAISING, gdy górnicy społeczności obawiają się nowej przyszłości
  13. Nowa tożsamość regionu – jak Łużyce budują gospodarkę przyszłości
  14. Od kopalni do schronu. Jak górnicza wiedza może chronić życie
  15. Koniec fedrowania nie oznacza kresu pompowania. Bez tego transformacja może utonąć
  16. Łatwiej kupić kopalnię, czy ją sprzedać?
  17. Szytgar, Górnik i Gwarek na polskich torach
  18. Z ogniem!
  19. Branżowe Centrum Umiejętności Górnictwo Rud 4.0

Dwa dni temu w Muzeum Śląskim Pana wykład otworzył konferencję „Suwerenność zaczyna się na Śląsku: energia, bezpieczeństwo, przemysł”, która była poświęcona transformacji Śląska, ale też szerzej transformacji całego sektora paliwowo-energetycznego w Polsce i jej wpływie na tzw. suwerenność energetyczną. Jak Pan rozumie to pojęcie i dlaczego dzisiaj wydaje się tak ważne?

Poruszamy się zwykle w trójkącie trzech pojęć, które w ostatnich latach – szczególnie w kontekście regionalnych konfliktów zbrojnych – nabrały znaczenia. Dotychczas operowaliśmy głównie klasycznym pojęciem „bezpieczeństwa energetycznego”, zdefiniowanym zresztą w prawie energetycznym. Polega ono na stałej zdolności zasilania systemu energetycznego taką ilością energii, żeby zapewnić ciągłość jego funkcjonowania.

Drugie pojęcie to „suwerenność energetyczna”. Weszło ono do obiegu w latach 60., gdy wskutek ekspansywnych działań wielkich światowych koncernów paliwowych w Ameryce Południowej, kilka państw (jak choćby Wenezuela) zostało pozbawionych zdolności normalnego funkcjonowania w obszarze energii. Pamiętajmy, że lata 60. i 70. minionego wieku to czas, gdy paliwa energetyczne miały kluczowe znaczenie dla gospodarki i rozwoju – zarówno ekonomicznego jak i społecznego. Termin, o którym rozmawiamy, używany był kolejno w odniesieniu do zasobów żywnościowych i powrócił z początkiem lat dwutysięcznych, kiedy pojawiły się zręby polityki klimatycznej Unii Europejskiej. Wówczas, poza celami klimatycznymi, zaczęto myśleć o „suwerenności energetycznej” jako pewnej niezależności czy konieczności posiadania „własnych” źródeł energii. Taki był punkt wyjścia europejskiej polityki klimatycznej. Jej twórcy zdawali sobie sprawę, że nie mamy na tyle paliw kopalnych, by czynić z nich – w perspektywie długoterminowej – filar wspólnotowej energetyki. Już wtedy zwyżkował ich import, co oznaczało, że w energię w jakimś stopniu musimy się zaopatrywać poza Unią. Tak powstała idea przejścia na paliwa odnawialne, która niosła za sobą obietnicę uniezależnienia się od konieczności zakupu surowców energetycznych u zewnętrznych dostawców.

I wreszcie trzeci, niezwykle aktualny kontekst, czyli kwestia tzw. resilience, tj. odporności. Po blackoucie hiszpańskim Polskie Sieci Elektroenergetyczne wydały pakt „antyblackoutowy”, który mówi jak spowodować, żeby system był „odporny” na różnego rodzaju zakłócenia, w tym zarówno te zewnętrzne (wynikające np. z cyberataków) jak i wewnętrzne. Ale odporność może być również rozpatrywana szerzej. Mówi się o odporności systemu jako całości, jak i o odporności konkretnych rozwiązań i źródeł energii. Do odporności odwołuje się w końcu koncepcja energetyki rozproszonej. W tym przypadku chodzi o odporność (również w skali mikro) na różnego rodzaju wydarzenia powodujące przerwy w dostawach energii. Jeżeli, przykładowo, zbudujemy instalację obejmującą fotowoltaikę i magazyn energii to to uodparnia nas na możliwe dłuższe przerwy dostaw energii z sieci. Mimo różnic i niuansów wszystkie trzy pojęcia są ze sobą ściśle związane i w zasadzie trudno je dzisiaj rozpatrywać oddzielnie.

Podczas poniedziałkowej konferencji, wielokrotnie wiązano suwerenność energetyczną Polski z posiadanymi zasobami węgla i rolą, jaką mogą odegrać w okresie przejściowym do nowej, zielonej gospodarki. Zaskakująco w tym kontekście zabrzmiał głos prof. Andrzej Rzońcy, który dwukrotnie powtórzył, że górnictwo węglowe na Śląsku i w Polsce, jeżeli ma jeszcze jakąś wartość to tylko „historyczną”. Poza tym jest w zasadzie balastem dla całej gospodarki, który nie jest w stanie funkcjonować bez dopłat, a naddto winduje w górę ceny energii do jednych z najwyższych poziomów w UE. Czy zgadza się Pan z tą opinią?

Gdybyśmy żyli w uporządkowanym, bezpiecznym świecie, w którym wszystko albo większość rzeczy jest przewidywalna, to rozstanie się z górnictwem byłoby w miarę proste. Mamy w miarę jasny plan zastąpienia źródeł kopalnych źródłami odnawialnymi, mamy program wykorzystania mniej emisyjnego gazu dla produkcji energii elektrycznej, mamy też wizję wykorzystania magazynów energii (zarówno w wymiarze systemowym jak i „domowym”). Mimo to w tej układance ciągle kryje się szereg niewiadomych. Przykładowo, produkowaną energię możemy obecnie magazynować tylko krótkoterminowo, np. w tygodniowych przedziałach czasowych, co jest wystarczające dla zaspokojenia naszych potrzeb energetycznych przez większość roku, ale nie rozwiązuje to problemów w miesiącach „zimnych”, jak teraz w listopadzie, gdzie słońca jest niewiele. W tych warunkach trudno napełnić magazyny, a bez tego nie ruszymy z planowaniem w dłuższym okresie. Co więcej, żyjemy w czasach, gdzie na porządku dziennym są cyberataki, w sąsiedztwie toczą się działania wojenne, mamy w polityce zwrot w kierunku ruchów nacjonalistycznych, a także ograniczających globalną wymianę handlową. Otoczenie i warunki są niestabilne, przez co wszelkie prognozy, jakie mamy, są obarczone większym ryzykiem błędu w planowaniu. W innych warunkach byłbym skłonny z profesorem Rzońcą dyskutować na temat przyspieszenia dekarbonizacji…

Ponadto mam wrażenie, że w dyskusji o znaczeniu węgla (dla Polski i Śląska) mamy często do czynienia z pewnym niezrozumieniem. Nie sądzę, by można je było oceniać wyłącznie na podstawie tego, jaki wkład do krajowego PKB wnoszą spółki węglowe… To, że jest on paliwem „schodzącym”, jest oczywiste. Jego zadanie polega jednak na tym, że my go potrzebujemy bezwzględnie do tego, żeby zapewnić, po pierwsze, bezpieczeństwo energetyczne, po drugie, to minimum suwerenności energetycznej, na wypadek gdybyśmy nie mieli dostępu do gazu, który w tzw. pierwszej polityce energetycznej (dokument „Polityka energetyczna Polski do 2040 r.” przyjęty przez Radę Ministrów w lutym 2021 r. – przyp. M.H.) został wskazany jako kluczowe paliwo okresu przejściowego do gospodarki bezemisyjnej. Dokument ten powstawał jednak w zupełnie innych okolicznościach, w stabilnej sytuacji geopolitycznej. Stąd też w swoim poniedziałkowym wystąpieniu postawiłem tezę, że jeżeli będziemy przechodzić z energetyki konwencjonalnej opartej o paliwa kopalne, do energetyki odnawialnej, to pojawi się potrzeba bilansowania systemu, które nie może być oparte wyłącznie na gazie. Nie mamy gwarancji, że jego podaż zawsze będzie na tyle wysoka, by zaspokoić nasz popyt, mogą się pojawić problemy z dostawami, a niewykluczone, że jego ceny nagle poszybują w górę, jak się zazwyczaj dzieje, gdy druga strona wie, że jesteśmy od czegoś uzależnieni. Tak więc, zanim zamkniemy ostatnią elektrownię węglową, musimy mieć na pewno inną elektrownię, która będzie w stanie dostarczyć niezbędną energię elektryczną i moc regulacyjną do systemu. Aby zapewnić zatem ciągłość pracy krajowego systemu, niezbędne są wirujące moce węglowe i gazowe, które w sposób naturalny dostarczają tzw. „inercji” do systemu, jak i chemiczne magazyny energii.

Czyli w tym scenariuszu mogłoby nam grozić ryzyko blackoutów?

W takim scenariuszu mogłoby się wydarzyć któregoś dnia, że nie będziemy mieli na tyle gazu, ani energii zmagazynowanej, by utrzymać działanie systemu. W miesiącach jesienno-zimowych, w których zwykle przychodzą tzw. zgniłe wyże, kiedy źródła wiatrowe i słoneczne przez okres tygodnia dostarczają poniżej 1 GW mocy, a nam potrzebne jest ponad 20 GW, aby zapewnić działanie systemu. Nie mówię już o cenie gazu, ale jego dostępności, przy około czterech miliardach metrów sześciennych zdolności magazynowania i pierwszeństwie dla celów komunalnych w tym zakresie. Krótko mówiąc, jeśli tego gazu nie będzie albo nie będzie można go fizycznie dostarczyć do elektrowni (duży pobór spowoduje spadek ciśnienia w sieci przesyłowej), system przestanie pracować. I na tym polega rola węgla – bilansując system także elektrowniami węglowymi, możemy uniknąć takiej sytuacji. A jeżeli ten węgiel mamy przywieźć – tak jak gaz – ze świata (np. z Azji), to ja jestem zdania, że należy go wyprodukować w kraju, nawet jeżeli jego koszt produkcji będzie trochę wyższy.

Zostając na chwilę przy kosztach… Czy możemy dzisiaj w ogóle patrzyć na ekonomię i kwestie rentowności w oderwaniu od tego co dzieje się na mapie politycznej? W czasach napięć, kryzysów i turbulencji geopolitycznych – takich jak wojna Rosji z Ukrainą, rynki nie działają przecież w sposób leseferystyczny, a ceny strategicznych surowców niejednokrotnie dyktuje logika wzajemnych sojuszy…

Ekonomia jest ważna. Zakładam, że polityka klimatyczna nie zostanie drastycznie zmieniona czy cofnięta – ona będzie kontynuowana. Dla mnie jej głównym celem nie jest, mimo wszystko, klimat, tylko niezależność europejska, w odniesieniu do energetyki, również w sensie gospodarczym. Po prostu nie mamy paliw i musimy je kupować za granicą. Więc my dzisiaj jako kraj, jako gospodarka, z jednej strony musimy patrzyć na ślad węglowy w energii elektrycznej, bo to się przekłada na ceny produktów i zdolność ich zbywania na świecie, ale z drugiej strony nie możemy ignorować cen energii – one nie mogą być zbyt wysokie i oderwane od rzeczywistości. Do tego wszystkiego, stale należy mieć na uwadze zdolność zachowania integralności systemu i ciągłości jego pracy, a to kosztuje. Musimy zachować pewne rezerwy jeśli chodzi o paliwa kopalne, przynajmniej w okresie transformacji. Dzięki temu zmniejszamy ryzyko zapaści systemu energetycznego i zwiększamy poziom naszego bezpieczeństwa.

Wybiegnijmy nieco w przyszłość. Załóżmy scenariusz, w którym sytuacja geopolityczna się stabilizuje, Rosja i Ukraina zawierają rozejm itd. Czy w takiej sytuacji warto zmierzać do tego by cały krajowy (ale też europejski) system energetyczny opierał się o źródła odnawialne? Czy dywersyfikacja nośników energii sama w sobie nie jest wartością? Pytam o to również w kontekście ostatnich zapowiedzi Chin, które zamierzają wprowadzić restrykcje w eksporcie tzw. metali ziem rzadkich. Czy jeżeli ten scenariusz się ziści, będziemy w stanie rozwijać zieloną infrastrukturę energetyczną i czy… będzie się to jeszcze opłacać? 

Jeżeli chodzi o spokój na wschodzie czy zakończenie konfliktu to myślę, że mało kto chciałby go kontynuować, może poza lobby przemysłu wojskowego i osobami, które na tym konflikcie robią interesy. Natomiast nie sądzę, że wrócą normalne warunki w zakresie importu gazu ze wschodu – tutaj sytuacja się w miarę trwale odwróciła.

Z drugiej strony, dzisiaj w infrastrukturze europejskiej (m.in. w Niemczech, Polsce i Holandii) już powstały gazoporty, zarówno stałe jak i pływające. Wszystko wskazuje na to, że będziemy skazani na import LNG i jego regazyfikację – trochę tak jak w przypadku paliw płynnych, które też sprowadzamy z innych krajów.

Jeżeli założymy, że wschodniej flance NATO nastanie spokój, a konflikt nie będzie groził eskalacją na Morze Bałtyckie i Północne, to ryzyko problemów z transportem i dostawami gazu nie będzie wyceniane zbyt wysoko. To z kolei będzie wpływać na szybsze tempo wycofywania się z węgla i wzrost udziału gazu w miksie.

Zresztą, mój postulat dotyczący bilansowania systemu w połowie na gazie, w połowie na węglu, zakłada pewną elastyczność. Czyli jeżeli mamy w miarę tani i dostępny gaz, to więcej energii (nie tylko w peakachbilansujących) produkujemy z gazu, co przekłada się na niższy ślad węglowy. Ale jeżeli ceny gazu rosną, to mając węgiel, zawsze możemy wykorzystać go jako kartę przetargową w negocjacjach z dostawcami gazu – zyskujemy możliwość wycofania się z nich gdy proponowane warunki nie będą satysfakcjonujące (lub gdy będą zaporowe). W ten sposób poniekąd ubezpieczamy się od konsekwencji zmian geopolitycznych i fluktuacji rynkowych, minimalizując ryzyko wspomnianych już blackoutów.

Większość polskiej opinii publicznej zgadza się z celami polityki klimatycznej Unii Europejskiej i akceptuje „zielony” kierunek zmian. Wątpliwości dotyczą natomiast kalendarza i tempa dekarbonizacji. Czy uważa Pan Profesor, że ten jest optymalny lub przynajmniej – w jakimś sensie – racjonalny?

W mojej opinii obecny konflikt pomiędzy Rosją i Ukrainą mocno zmienił reguły gry. Dziś wiemy – czego nie zakładaliśmy jeszcze kilka lat temu – że musimy zrezygnować z importu węglowodorów ze Wschodu (zrezygnować, nie ograniczyć…). We wszelkich rachubach i planach na przyszłość, należy uwzględnić te nowe okoliczności. Co zresztą nie jest żadnym precedensem. Rzeczywistość się zmienia i zmienia się stan naszej wiedzy, wobec czego plany i strategie należy odpowiednio modyfikować.

Przypomnijmy sobie lata 90. XX wieku, gdy jako głównego wroga środowiska identyfikowano nie CO2 , tylko tlenki siarki, azotu, pył itd. Mówiono równolegle o niskiej emisji (piece domowe) i wysokiej emisji (kominy elektrowni), ale też łączonej z transportem emisji liniowej. Potem wahadło zaczęło wychylać się w stronę CO2, co znalazło wyraz w Protokole z Kioto, który wszedł w życie w 2005 r., oraz w Pakiecie energetyczno-klimatycznym UE z 2008 roku wprowadzającym regułę „3 × 20” (chodziło o redukcję o emisji gazów cieplarnianych, zwiększenie udziału energii produkowanej z OZE oraz zwiększenie efektywności energetycznej o 20%). W międzyczasie pojawiły się jednak: drugi pakiet klimatyczny, European Green Deal, Fit for 55, REPowerEU – ciąg regulacji wprowadzanych w zbyt małych odstępach czasu, by energetyka i przemysł mógł na nie skutecznie zareagować.

Dlatego poruszamy się trochę dychotomicznie… Z jednej strony chciałoby się zamknąć elektrownie węglowe, których emisje są wbrew idei zielonej energetyki i europejską polityką klimatyczną, ale z drugiej strony obecnie nie możemy tego zrobić nie narażając się na dotkliwe skutki, o których mówiliśmy już wcześniej. Zwiększamy udział OZE w miksie energetycznym, ale musimy to robić w sposób kontrolowalny.

W mojej ocenie, obecne tempo zmian może okazać się za szybkie. Cykle inwestycyjne w energetyce trwają od kilku do kilkunastu lat, wprowadzanie zmian z dnia na dzień czy z roku na rok jest w zasadzie nierealne.

Zmiany we wspomnianych dokumentach znajdują odzwierciedlenie w ewolucji Krajowego Planu Energii i Klimatu. W zaktualizowanej niedawno wersji cele klimatyczne zostały po raz kolejny wyśrubowane – zarówno w odniesieniu do roku 2030 jak i 2040, w obydwu prezentowanych scenariuszach…

Znowelizowany projekt KPEiK to wersja po konsultacjach publicznych z lipca tego roku. Redukcja emisji CO2 według założeń ma osiągnąć w 2030 r. w Polsce 53,9% na tle 55% w UE, w stosunku do roku referencyjnego. Osobiście uważam to za bardzo ambitny cel, który należałoby zbadać pod kątem tego, jakie będą skutki i koszty jego realizacji dla gospodarki. Niewykluczone, że w takiej analizie może się okazać, że te zobowiązania zewnętrzne są trudne do przeprowadzenia. Zdefiniowany w KPEiK wydatek rzędu 1100 mld jest ogromny. Może się okazać, że jeśli nawet znalazłyby się środki finansowe, to nie mamy na tyle firm wykonawczych. Na świecie w przyjętym horyzoncie czasowym nie wyprodukuje się potrzebnych nam urządzeń. Dzisiaj zamawiając turbiny gazowe, czeka się gdzieś 2-3 lata, a cykl inwestycyjny elektrowni gazowej to ponad 30 miesięcy. Więc mamy problem…

Czy powinniśmy wobec tego przyjmować KPEiK w obecnej wersji i czy możemy go w ogóle nie przyjąć? Termin na przyjęcie dokumentu minął w zeszłym roku, wskutek czego Komisja Europejska zaskarżyła Polskę do Trybunału Sprawiedliwości Unii Europejskiej (TSUE)…

KPEiK trzeba przyjąć, bo to jest nasze zobowiązanie jako członka Unii – nie różnimy się tu od innych państw. Kiedy w październiku poprzedniego roku ogłoszono kolejny projekt KPEiKu, odbyło się spotkanie z autorami tego planu w Krajowej Izbie Gospodarczej, w ramach której przewodniczę Komitetowi Energii i Polityki Klimatycznej. Przedstawiliśmy wtedy minister Zielińskiej nasze uwagi. Między innymi były one związane z prognozami wprowadzenia energetyki jądrowej na 2033 r. i wielkością produkcji energii w pierwszych latach funkcjonowania elektrowni jądrowej. Przyjęto – w mojej ocenie nadmiarowo – że będziemy potrzebowali 308 TWh energii, podczas gdy dzisiaj nasze zapotrzebowanie zamyka się 166-168 TWh. Założono więc ogromną elektryfikację wszystkiego w tempie, które jest nierealistyczne…

Dziś mija rok, jesteśmy po kolejnych konsultacjach i według mojej wiedzy już niedługo Minister Energii przedstawi rządowi nowy KPEiK, który na koniec roku ma być formalnie przesłany Komisji Europejskiej. Myślę, że w końcu musimy go przyjąć, ale bardzo ważne jest, żeby zracjonalizowano w nim estymacje takich kwestii jak np. wielkość produkcji czy zapotrzebowania na energię. Krok w tę stronę został już zrobiony, bo obecnie mamy założenie na poziomie poniżej 280 TWh, a nie 308 TWh. Do weryfikacji jest też wielkość mocy zainstalowanych – w aktualnym projekcie planie jest to bodaj 155 GWh mocy, a według planów PSE najwięcej w 2040 r. będziemy potrzebowali 37 GW mocy regulacyjnych. Pytanie brzmi więc: jak dużo powinno być tego nadmiaru, żeby nie wydać pieniędzy na źródła, które nie będą bardzo mało produkować? To my wszyscy poniesiemy tego koszt w opłatach przesyłowych uwzględnionych w cenach energii…

Wróćmy na chwilę do węgla, ale spróbujmy tym razem wyjrzeć poza europejski winkiel. Z dokumentów Międzynarodowej Agencji Energetycznej (MAE) wynika, że w 2024 r. wydobycie węgla osiągnęło historyczne apogeum, a obecny rok ma ten rekord jeszcze wyśrubować. Mocno – cytując polskiego klasyka – trzymają się Chińczycy, ale też Indie i Indonezja. Renesans węgla zapowiadał po wielokroć Prezydent USA Donald Trump. Świat idzie w innym kierunku niż Europa? 

Jak już wspominałem, Europa odchodzi od paliw kopalnych dlatego, że ich już nie ma. Wydobyła już wszystkie węglowodory, jakie były do wydobycia. W 2022 r., po inwazji na Ukrainę, po odcięciu czy ograniczeniu gazu rosyjskiego, rozważano w Holandii w Groningen uruchomienie nowej produkcji gazu na tamtejszych złożach. Mówiło się o około 10 mld metrów sześciennych. Szybko jednak okazało się, że uwzględniając ryzyka tąpań i zapaści gruntów, od pomysłu trzeba odstąpić. W przypadku resztek innych złóż, które mamy w Europie czy w Polsce scenariusz wydarzeń mógłby wyglądać ponownie. Nie mamy już pokładów węgla, które byłyby łatwo dostępne.

Moim zdaniem, interes Europy polega na uniezależnieniu się – w takich ilościach, w jakich jest to możliwe – od importu węglowodorów. Polską racją stanu jest natomiast, aby przechodząc na inne źródła energii, zrobić to w taki sposób żeby wykorzystać w okresie przejściowym elektrownie węglowe– do czasu aż będziemy mieć inne, równie efektywne, np. elektrownię jądrową. Nie ma tutaj wielkiej alternatywy, bo np. biomasy jako krajowego zasobu niestety nie mamy zbyt dużo. Ważne jest, żeby w miarę racjonalnie i zgodnie z naszym interesem zaplanować zmiany. Trzeba określić do kiedy i w jakiej ilości będziemy potrzebować węgla – tak jak próbowano to zrobić w PEP 2040, gdzie było zaplanowane, że w scenariuszu „business as usual” w 2040 r. potrzebne będzie ok. 19 mln ton, a w scenariuszu szybkiej dekarbonizacji 15,8 mln ton węgla. W 2021 r.przeprowadziliśmy w Głównym Instytucie Górnictwa badania eksperckie w tym zakresie, próbując zweryfikować założenia polityki energetycznej. Myślę, że określenie wielkości wydobycia na rok 2040, jest dzisiaj kluczowe. Ja tu widzę około 10 mln ton węgla, do których schodzimy w tym okresie. Zauważmy, że Niemcy mają zrezygnować z węgla do roku 2038. W procesach transformacyjnych my posuwamy się jakieś 10 lat za energetyką niemiecką, więc nie ma podstaw, żeby sądzić, iż jesteśmy w stanie podążać w tym samym tempie, tym bardziej że nie mamy na ten moment alternatywnych technologii. Jak sam Pan powiedział, ograniczenie dostępu do surowców ziem rzadkich potrzebnych do produkcji komponentów do magazynowania energii czy produkcji ze źródeł odnawialnych, też będzie mieć znaczenie w tym procesie.

Zakładamy, że gaz i węgiel będą w okresie przejściowym stabilizować system energetyczny, ale chciałbym również zapytać o to, co nas czeka gdy ten okres dobiegnie końca, czyli w roku 2040. Jeżeli cały system energetyczny będzie oparty o źródła odnawialne, przez przeciwników Green Dealu określane chętnie „pogodozależnymi”, to czy będzie mógł on funkcjonować w sposób stabilny? Chodzi mi zarówno o naturę źródeł odnawialnych jak i obecny etap rozwoju technologicznego w tym sektorze.

Jeżeli popatrzymy na OZE generalnie to my bardzo szybko dojdziemy w okresie kwiecień-październik do takiego poziomu produkcji energii w tych źródłach, która będzie odpowiadała popytowi. Natomiast w miesiącach zimowych obecny stan rozwoju technologii magazynowania energii może okazać się problematyczny. W tamtym roku między końcówką listopada a początkiem grudnia mieliśmy okres zgniłego wyżu – przez ok. 10 dni produkcja energii ze słońca i wiatru była wówczas na bardzo niskim poziomie, poniżej 1000 MW łącznie. Wtedy system potrzebował 23-24 GW mocy. I trzeba było te gigawaty dostarczyć ze źródeł, które mamy, czyli z węgla, gazu, biomasy itd. Energii potrzebnej w takich sytuacjach nie umiemy obecnie zmagazynować. Hipotetycznie: gdybyśmy chcieli zmagazynować te 23-24 GW przez 10 dni przez 24 godziny na dobę to potrzebowalibyśmy ok. 500 tys. MWh pojemności magazynów energii. Te magazyny trzeba by naładować najpóźniej w październiku, by w kolejnych miesiącach móc zmagazynowaną energię wprowadzać do systemu. To jest nieracjonalne, to się nie opłaci, tego nikt nie zrobi. My dzisiaj możemy mieć kilka tys. MWh w magazynach, może dojdziemy do kilkunastu, ale to przecież kropla w morzu potrzeb… Energetyka jądrowa na pewno poprawi sytuację, ale to dopiero po 2040 r. Do tego czasu będziemy musieli się bilansować, co oznacza, że elektrownie węglowe powinny działać. Może nie będzie już kopalń w Polsce, ale nowe bloki węglowe zachowają zdolność techniczną do funkcjonowania po roku 2050.

W swoim wystąpieniu w Muzeum Śląskim apelował Pan o „pewną racjonalność” w prowadzeniu transformacji. Jak i czy możemy poprawić transformację, skoro hamulec bezpieczeństwa nie wchodzi w grę? 

Nasz problem polega na tym, że Unia Europejska pożegnała się z węglem. Mechanizmy przygotowywane dla Polski są tak naprawdę ekstraordynaryjne. Dzisiaj główne postulaty jeżeli chodzi o energetykę, są takie, żeby uzyskać pewien status dla mocy, które stracą dofinansowanie z rynku mocy od roku 2028. W rynku mocy mają uczestniczyć tylko bloki, które emitują mniej niż 550 kg CO2/MWh, czyli praktycznie gazowe – węglowe wszystkie odpadły. Polska wystąpiła dwa lata temu do Komisji i uzyskała przedłużenie na stare bloki do 2028 r. PSE prowadzi aktualnie aukcje uzupełniające i część starszych bloków uzyska finansowanie na kolejne lata, aż do 2028 r. Trzeba jednak pamiętać, że będą pracować przez ok. 1000 godzin rocznie i mniej. Aby utrzymać taką moc przez kolejne lata, potrzebny jest inny mechanizm finansowy po 2028 r. Jeżeli taki blok będzie pracował przez 1/10 roku to nie zarobi na siebie. Mamy zatem na agendzie rozmów z Komisją Europejską wprowadzenie nowego mechanizmu rezerwy bilansowej czy strategicznej. Druga rzecz to ceny energii, które decydują o konkurencyjności gospodarki. W Komisji Europejskiej dyskutowany jest postulat wprowadzenia korytarza cen uprawnień do emisji dwutlenku węgla. Chodzi o to, aby z jednej utrzymać motywację do dekarbonizacji, ale jednocześnie, żeby ceny emisji nie podbijały do niebotycznych poziomów cen energii Aktualnie koszt wytworzenia jednej MWh w elektrowni węglowej to ok. 130 zł za paliwo i 300 zł za uprawnienie do emisji. Tańsza energia jest możliwa, a w dzisiejszych uwarunkowaniach, możliwa jest poprzez autoprodukcję prosumentów i związków energetycznych, zreformowany ETS, z ograniczeniem spekulacji na cenie uprawnień do emisji i najtańszą energię odnawialną z lądowych elektrowni wiatrowych.

Rozmawialiśmy głównie o tym, co z tą Polską, ale na koniec chciałbym zahaczyć jeszcze o lokalną perspektywę i zapytać… co z tym Śląskiem? Śląskiem, który bez mała pół wieku temu w tytule filmu Kazimierza Kutza został określony „ziemią czarną”… Czy na tej czarnej ziemi będzie życie po węglu?

Pomysłów na rozwój Śląska nie brakuje. Właśnie rozpoczął się cykl debat na temat przyszłości, które zainicjował Marszałek Województwa Śląskiego. Pierwsza na tapetę poszła energia. Ale wracając do tematu, mam taką oto refleksję: kiedy wracałem przez lata z rozmaitych delegacji, oglądałem z pokładów samolotów, przez szybę samochodu czy pociągu charakterystyczne dymiące kominy, które były znakiem rozpoznawczym Śląska. To był widok, który budził troskę… Wszyscy chcemy żyć w przyjaznym klimacie, bez dymiących kominów i smogu. Kierunek transformacji jest właściwy. Musimy tylko przeprowadzić ją w sposób ostrożny i odpowiedzialny, ograniczając także jej skutki dla rodzin i miast, które są silnie związane górnictwem. Musimy starać się próbować przejść ten proces transformacyjny w rozsądnym tempie – tylko wówczas będziemy mogli go uczynić na tyle sprawiedliwym społecznie, na ile to możliwe.

Myślę przy tym, że mamy na Śląsku wiele pozytywnych przykładów, kiedy dla terenów i obiektów pokopalnianych udawało się znaleźć nową rolę i zmienić ich przeznaczenie, inwestując jednocześnie w rozwój. Mam tu na myśli chociażby uruchomienie Katowickiego Hubu Gamingowo-Technologicznego w miejscu, gdzie do niedawna fedrowała Kopalnia Węgla Kamiennego „Wieczorek”. To jest całkiem nowy obszar technologiczny. Zresztą, zaawansowane technologie zawsze lepiej wdraża się na obszarach, gdzie jest rozwinięta kultura przemysłowa, a to jest dokładnie przypadek Śląska, który wyróżnia się pod tym względem na tle innych polskich regionów.

Więc jeżeli chodzi o przyszłość, jestem dobrej myśli, ale intuicja podpowiada mi, że dokonujących się zmian nie da się sfinalizować zbyt szybko. Kopalnie i elektrownie jeszcze przez jakiś czas muszą nam służyć – są bowiem potrzebne po to, aby transformację całego systemu energetycznego w naszym kraju przeprowadzić skutecznie i w miarę bezpiecznie. I w takim sensie nie zgadzam się z prof. Rzońcą, że węgiel jest tylko przeszłością i balastem dla Śląska.

Wierzę też, że Śląsk może stać się też centrum nowych technologii energetycznych. Mamy w regionie potencjał, zaplecze i kwalifikacje np. do produkcji stalowej komponentów wykorzystywanych w turbinach wiatrowych, tzw. „local content” dla energetyki jądrowej. Łatwiej taką produkcję uruchomić tutaj niż budować od podstaw na Pomorzu. I to jest otwarcie dla Śląska na czas „po węglu”.

Dziękuję za rozmowę.

 

rozmawiał Marcin Hylewski

Jeśli ktoś z Państwa w grudniu zajrzy do czeskiej Pragi, to poza tradycyjną wizytą na rynku, Hradczanach i Złotej Uliczce może też zajrzeć do Ogrodów Wallensteina, bądź na położony w obrębie starówki Kozí Placek. W tym okresie prezentowana będzie tam bowiem wystawa fotografii o znaczącym tytule „Odcházíme… s hlavou vztyčenou!” („Odchodzimy… z podniesioną głową!”). Ekspozycja ta stanowi świadectwo ponad 200 lat historii czeskiego górnictwa węgla kamiennego i związanych z tą gałęzią gospodarki profesji, ale zarazem stanowi hołd dla tysięcy pracowników, którzy przez stulecia wydobywali węgiel w czeskich kopalniach.

Kończy się pewna epoka, ale nie historia. OKD zmienia szyld i jedzie dalej

W pierwszym kwartale przyszłego roku zakończy działalność kopalnia ČSM w czeskiej Stonawie. To ostatnia „gruba”, fedrująca węgiel kamienny w tym kraju. Po zaprzestaniu wydobycia rozpocznie się zaplanowana na trzy lata likwidacja zakładu. Pierwotnie kopalnia miała zostać zamknięta już z końcem roku 2022, ale kilka miesięcy przed tym terminem zdecydowano się przedłużyć działalność zakładu do końca roku 2025 z możliwością przedłużenia do roku 2026.

Górnicy ostatniej czeskiej kopalni kończą wydobycie z podniesioną głową. Zarówno w aspekcie stricte gospodarczym, jak i symbolicznym. Jak podkreśla spółka OKD, właściciel zakładu, tylko w latach 2022–2024 ČSM wydobyła prawie 3,5 miliona ton węgla, co w warunkach kryzysu energetycznego miało niemałe znaczenie dla zapewnienia w kraju płynnych dostaw energii elektrycznej i ciepła. Osiągnęła też zysk operacyjny (EBITDA) w wysokości ponad 8 miliardów koron i zysk netto w wysokości ponad 9 miliardów koron, a za pośrednictwem swojego jedynego akcjonariusza wypłaciła państwu dywidendę w wysokości 3,8 miliarda koron.

– W tym okresie OKD osiągnęła doskonałe wyniki finansowe, dzięki czemu dysponuje obecnie środkami na techniczną likwidację kopalni ČSM, odprawy dla pracowników, likwidację szkód górniczych oraz pokrycie kosztów rekultywacji, a także późniejszych działań poeksploatacyjnych. Państwo nie będzie musiało za nas nic płacić – triumfalnie ogłosił Roman Sikora, prezes zarządu OKD, zapowiadając równocześnie, że marka OKD istnieć będzie nadal, zajmując się m.in. produkcją mieszanek energetycznych, wytwarzaniem i sprzedażą ciepła oraz energii elektrycznej, wynajmem pokopalnianych powierzchni, a także budową centrum danych.

 

Tournée górniczej wystawy: od Karwiny przez Ostrawę do Pragi

To tyle o perspektywie kolejnych kilku lat. Tu i teraz natomiast władze koncernu robią wszystko, by górnicy zeszli „ze sceny” godnie, mając poczucie dobrze wykonanej roboty i ciesząc się szacunkiem nie tylko mieszkańców Zagłębia Karwińskiego, ale też reszty kraju. Temu właśnie służyć ma fotograficzna wystawa „Odcházíme… s hlavou vztyčenou!” („Odchodzimy… z podniesioną głową!”), której wernisaż odbył się podczas tradycyjnych wrześniowych uroczystości z okazji dnia górnika w Karwinie i która następnie prezentowana była właśnie w Karwinie, w październiku i listopadzie w Ostrawie, a od grudnia w Pradze. Jak przekazało biuro prasowe OKD najpierw, począwszy od 1 grudnia, wystawa będzie stać w dobrze znanych turystom Ogrodach Wallensteina, gdzie odbędzie się też spotkanie górników z przedstawicielami czeskiego Senatu dotyczące zakończenia wydobycia węgla kamiennego, a od 8 grudnia na Kozím plácku w rejonie praskiej starówki.

Podkreślmy, aby należycie odczytać kontekst tej sytuacji: w grudniu, w okresie, gdy tłumy gości z całego świata przybywają na odbywające się w Pradze bożonarodzeniowe jarmarki, w topowych miejscach na turystycznej mapie czeskiej stolicy stać będą wielkoformatowe zdjęcia pokazujące czeskich górników przy pracy. Brudnych, umorusanych, ale przede wszystkim – jak wyjaśniać będzie oglądającym tytuł wystawy – odchodzących z podniesioną głową. To mniej więcej tak jak gdyby analogiczne fotografie „hajerów” z „Bielszowic”, czy „Bobrka” stanęły w warszawskich Łazienkach, na Wiejskiej, czy w sąsiedztwie Kolumny Zygmunta.

Przygotowana przez OKD we współpracy z regionalnymi fotografami (Lukášem Kaboněm, Borisem Rennerem i Petrem Chodurą) wystawa ma przypominać zarówno o ponad 200-letniej historii górnictwa węgla kamiennego na terenie obecnej Republiki Czeskiej oraz związanych z tą branżą zawodach, ale też być wyrazem hołdu i wdzięczności dla tych, którym nie dane było wrócić z szychty.

– Gdyby nie węgiel, trudno byłoby dziś funkcjonować takim przedsiębiorstwom jak koksownie, huty, walcownie, elektrownie, precyzyjna produkcja maszyn, przemysł chemiczny i cała potężna infrastruktura z tym związana. Węgiel kamienny jest bezsprzecznie wspólnym mianownikiem bogactwa całego regionu. Fakt, że obecnie kończy się jego wydobycie i przechodzimy na inne źródła energii, jest ważnym kamieniem milowym w historii naszego kraju – podkreślał przy okazji wrześniowego wernisażu Roman Sikora, dyrektor generalny OKD.

– Z biegiem czasu odkrywam, jak głęboko zakorzeniony i złożony jest świat górnictwa, nie tylko jako zawód, ale także jako sposób życia, który wpłynął na całe pokolenia – mówił z kolei fotograf Lukáš Kaboň.

 

Polscy pracownicy obecni w czeskiej kopalni do samego końca. Im też przypadnie część honorów

Warto odnotować, że na kilka miesięcy przed rozpoczęciem przez wystawę tournée pod Czechach spółka OKD wydała poświęconą znikającym zawodom górniczym książkę o niemal bliźniaczym tytule („S hlavou vztyčenou”). Wśród ujętych w tej publikacji profesji znalazł się m.in. rębacz, strzałowy, sztygar, czy ratownik górniczy. Opisy poszczególnych zawodów uzupełniają zdjęcia i historie osób, które nadal je wykonują. W przygotowaniu książki brali udział eksperci z OKD, fotografowie Boris Renner i Petr Chodura, pisarz Richard Sklář oraz Vladimír Špok, jeden z pierwszych pracowników kopalni ČSM.

– Znamy już datę, kiedy napiszemy ostatni rozdział historii górnictwa węgla kamiennego w Czechach, wraz z którym zawód nierozerwalnie związany z górnictwem stopniowo zaniknie. Ale odejdziemy z podniesionymi głowami, bo mamy się czym pochwalić – stwierdził dyrektor generalny OKD.

Honory, z jakimi żegnani są odchodzący do historii czescy górnicy, przy okazji stają się także udziałem naszych rodaków, którzy przez lata w niemałej liczbie pracowali w karwińsko- ostrawskich kopalniach (jeszcze z początkiem dekady było ich tam ok. 1800), czasem płacąc najwyższą cenę za wydobywany tam węgiel. Czynili to zresztą do samego końca – OKD informując w czerwcu o zakończeniu drążenia ostatnich chodników w kopalni ČSM zwróciła uwagę, że połowę zaangażowanych do tego zespołów stanowili pracownicy bytomskiej firmy Alpex.

 

Michał Wroński,
dziennikarz gospodarczego serwisu WNP.PL

Kiedyś, gdy było to zabronione, przebierały się za mężczyzn, aby pracować pod ziemią. Dzisiaj bywają właścicielkami czy też zajmują eksponowane stanowiska we władzach spółek górniczych. Rola kobiet w górnictwie wielokrotnie zmieniała się na przestrzeni ostatnich stuleci.

Górnictwo to męski fach. Praca przy eksploatacji złóż kopalin od zawsze wymagała siły mięśni i wytrzymałości organizmu, a więc predestynowała do tego mężczyzn. Wiązała się też z ryzykiem, którego kobiety zazwyczaj wolą unikać. Wykonywały one żmudne prace pomocnicze, bardziej monotonne, wymagające cierpliwości, a nie wielkiej siły. Kobiety wyznaczano do zajęć przewidzianych dla niewykwalifikowanych robotników. Tak wyglądała sytuacja pod koniec XIX wieku i na początku XX wieku.

Czasem zdarzało się, że kobiety stawały się właścicielkami kopalń. Tak było w rodzinach bogatych przemysłowców. Przykładem może być Marie-Anne von Goldschmidt-Rothschild. Gdy 17 lipca 1917 r. zmarł na raka jej ojciec Fritz von Friedlaender-Fuld, została ona jedyną spadkobierczynią jego majątku. A był to majątek spory, jako że ojciec był właścicielem kopalni węgla kamiennego „Eminenz” koło Katowic, jak również kopalń „Emma” (to późniejszy „Marcel”), „Rymer” i „Anna” w Rybnickim Okręgu Węglowym. Oprócz tego za życia był właścicielem firmy Braunkohlen-und Brikett-Industrie AG, prosperującej na terenie Łużyc. Jego interesy sięgały także górnictwa rud metali w Norwegii. Oczywiście Marie-Anne von Goldschmidt-Rothschild nie zajmowała się osobiście sprawami kopalń odziedziczonych po ojcu, gdyż to zadanie należało do zarządców majątku. Kobiet w ten sposób związanych z górnictwem było jednak niewiele.

Kilka lat po tym, jak po pierwszej wojnie światowej Polska odzyskała niepodległość, uregulowano prawnie kwestię zatrudnienia kobiet w górnictwie. Najpierw wprowadzony został zakaz pracy nocnej kobiet, a następnie uchwalona została Ustawa z 2 lipca 1924 r. w przedmiocie pracy kobiet i młodocianych. Znalazł się tam jednoznaczny i pozbawiony jakichkolwiek wyjątków art. 12 ustawy: „Zatrudnienie kobiet w kopalniach pod ziemią jest wzbronione”. Ustawa ta zaczęła obowiązywać 15 grudnia 1924 r.

Warto zauważyć, że nie było wtedy jeszcze ponadpaństwowych uregulowań w tym względzie. Konwencja nr 45 Międzynarodowej Organizacji Pracy dotycząca zatrudniania kobiet przy pracach pod ziemią we wszelkiego rodzaju kopalniach przyjęta została w Genewie 21 czerwca 1935 r., a weszła w życie 30 maja 1937 r. Polska jednak nie ratyfikowała jej za czasów rządów sanacyjnych. Kobiet pracujących w polskim górnictwie było nieco ponad trzy tysiące. Przydzielano im prace na powierzchni.

Zapotrzebowanie na kobiecą pracę wzrosło po drugiej wojnie światowej. Złożyło się na to kilka przyczyn. Kraj był zrujnowany i każda para rąk potrzebna była do odbudowy ojczyzny. Sporo mężczyzn zginęło na wojnie, bądź nie wróciło do kraju z obozów internowania czy obozów pracy. Wiele było wdów i mężatek, które utraciły kontakt ze swoimi mężami. Sytuacja ekonomiczna zmuszała je do podjęcia pracy, w tym w przemyśle i w górnictwie. Przykładowo w Nowej Rudzie, w tamtejszej kopalni węgla kamiennego i łupku ogniotrwałego, w pierwszym półroczu 1947 r. załoga składała się z 452 mężczyzn i 134 kobiet. Panie stanowiły więc ponad 22% załogi, co było wysokim wskaźnikiem. Średnia w polskim górnictwie oscylowała wokół 9%. Kobiety w noworudzkiej kopalni pracowały tylko na powierzchni, w płuczkarni. Zajmowały się oddzielaniem węgla od skały płonnej. W polskich kopalniach kobiety zatrudnione były wtedy także przy wyładunku węgla, w brykietowni czy przy innych pracach na powierzchni. Były to zajęcia trudne i uciążliwe. Górnicy pracujący w podziemnych wyrobiskach bywali przenoszeni do tych zajęć za karę.

Najwyraźniej pracę większej niż wcześniej liczby kobiet w kopalniach traktowano jako nadzwyczajną sytuację przejściową w powojennej rzeczywistości. Nie prowadzono kursów podnoszących kwalifikacje górnicze kobiet. Owszem, działaczki obejmowały stanowiska w związkach zawodowych górników, ale ich troska skierowana była m.in. na to, aby ich córkom zapewnić odpowiednie wyszkolenie. Można tu zacytować charakterystyczny fragment z notatki prasowej, zamieszczonej 11 lipca 1974 r. przez Śląski Dziennik Ludowy: „Obecnie w poszczególnych świetlicach górniczych położono specjalny nacisk na szkolenie córek górników. Przy kop. „Dębieńsko” w ośrodku szkoleniowym, przeszkolono 100 dziewcząt, w zakresie kroju, szycia i gospodarstwa domowego. W oddziale CZZG w Jaworznie, kilkadziesiąt dziewcząt ukończyło kurs szycia”. Jasno z tego wynika, że w ówczesnym społeczeństwie, w tym także w rodzinach górniczych, istniała świadomość podziału na zajęcia typowo męskie i typowo kobiece.

Naturalnie zdarzały się nieliczne wyjątki kobiet, które z różnych przyczyn pragnęły podjąć pracę pod ziemią. W ówczesnym stanie prawnym było to nielegalne, ale – jak się okazuje – nie niemożliwe. Wydawany w Poznaniu dziennik Kurier Wielkopolski przyniósł 23 lutego 1948 r. sensacyjną wzmiankę, zatytułowaną „Górnik okazał się kobietą”. W notatce tej czytamy: „W kopalni „Sośnica” koło Zabrza do pracy przy odbudowie chodnika przydzielono górnikowi Kaczmarskiemu nowego pomocnika, młodego chłopca nazwiskiem Turczyk Gerard. Chłopiec pracował bardzo dobrze, ale mimo upału nigdy nie chciał zdjąć bluzy, jak to robili jego koledzy. Sprawa tajemniczego zachowania się młodzieńca została wkrótce wyjaśnione, gdyż okazało się, że Gerard Turczyk jest Teresą Turczyk z Zabrza”.

Trzy lata później sytuacja uległa diametralnej zmianie, gdy przyjęte zostały Ustawa z 26 lutego 1951 r. o zmianie ustawy w przedmiocie pracy młodocianych i kobiet oraz Rozporządzenie Rady Ministrów z 28 lutego 1951 r. o pracach wzbronionych kobietom. Zniesiono przedwojenny absolutny zakaz zatrudnienia kobiet pod ziemią w kopalniach. Zamiast tego wprowadzono zakaz zatrudniania kobiet przy pracach szczególnie uciążliwych lub szkodliwych dla zdrowia. W kopalniach węgla były to m.in. wszelkie prace na przodku, prace przy głębieniu szybów, przy montowaniu rur, czy przy układaniu rozjazdów. Kobietom zabroniono pracy w chodnikach o wysokości poniżej półtora metra, czy też w temperaturze powyżej 28°C i w stromych upadowych. Co istotne, w pozostałych kopalniach kobiety nadal nie mogły pracować pod ziemią.

Jak się okazuje, pierwsze kobiety w polskim górnictwie węglowym rozpoczęły pracę pod ziemią na krótko przed wejściem w życie wspomnianych przepisów z końca lutego 1951 r., co oznacza, że de facto uczyniono to bezprawnie. Katowicki „Dziennik Zachodni” w numerze z 24 stycznia 1951 r. informował o tym, że dwa dni wcześniej, to znaczy 22 stycznia 1951 r. pierwszy raz kobiety zjechały do pracy pod ziemią w KWK Bolesław Chrobry w Wałbrzychu. Gazeta informowała, że stało się tak na skutek trwających niemal rok starań. Autor tej informacji wymienił z imienia i nazwiska panie, które tamtego dnia o szóstej rano rozpoczęły dzień pracy. W tym gronie znalazły się Małgorzata Aulich, Irena Borowiak, Pelagia Capińska, Hanna Deuze, Zofia Dopierała, Lotta Galasz, Gertruda Kamczyk, Anna Karaś, Zofia Kutyla, Stanisława Siutek, Teresa Szewczykowska oraz Irena Szuplewska. W wałbrzyskiej kopalni kobiety zatrudniono m.in. na podszybiu, przy przewozie węgla, a także w ruchu maszynowym. Powoływano się przy tym na przykład ze Związku Radzieckiego, gdzie kobiety już wcześniej zostały zatrudnione pod ziemią. Wprowadzenie kobiet do pracy pod ziemią w kopalniach węgla miało być jednym z kroków ku realizacji Sześcioletniego Planu Rozwoju Gospodarczego i Budowy Podstaw Socjalizmu, zwanego potocznie Planem Sześcioletnim. Obejmował on lata 1950-1955.

W kolejnych latach toczyły się dyskusje, czy umożliwić kobietom pracę pod ziemią także w kopalniach rud żelaza. W tamtych zakładach warunki pracy były jeszcze trudniejsze, mechanizacja mniejsza, a metody pracy znacznie prymitywniejsze, niż w górnictwie węglowym. Ostatecznie nie pozwolono tam kobietom pracować pod ziemią. Natomiast w kopalniach węgla zazwyczaj jako pierwsze przechodziły do pracy pod ziemią te panie, które dotąd pracowały na powierzchni, np. przy sortowaniu węgla. Praca w warunkach dołowych bywała dla nich nieraz łatwiejsza.

Decyzja o przyjęciu kobiet do pracy w podziemnych wyrobiskach kopalń węgla pociągnęła za sobą nieprzewidziane konsekwencje. Dochodziło do bójek pomiędzy żonami górników a kobietami pracującymi pod ziemią. Bójki te były efektem plotek o niemoralnym zachowaniu się kobiet i mężczyzn pracujących razem pod ziemią. Zamiast wydajnie pracować, niektórzy więcej czasu poświęcali na rozmowy towarzyskie. Prócz tego kobiety jako słabsze od mężczyzn częściej ulegały wypadkom i urazom. Częściej też chorowały, co psuło statystykę oraz przeszkadzało w osiąganiu i przekraczaniu norm pracy.

W 1956 r. zaczęto zwalniać kobiety z pracy dołowej w kopalniach węgla, a 15 czerwca 1957 r. została przez Polskę ratyfikowana konwencja nr 45 Międzynarodowej Organizacji Pracy. Warto przytoczyć jej zapisy. Pierwszy artykuł stanowił, że „Przy stosowaniu niniejszej Konwencji określenie „kopalnie” obejmuje każde przedsiębiorstwo państwowe lub prywatne wydobywające bogactwa położone pod powierzchnią ziemi”, natomiast w drugim artykule zapisano: „Żadna osoba płci żeńskiej bez względu na wiek, nie może być zatrudniona przy pracach pod ziemią w kopalniach”. Trzeci artykuł konwencji pozwalał, aby w ustawodawstwie krajowym wyłączyć spod tego zakazu: „a) osoby zajmujące stanowisko kierownicze, nie wykonujące pracy fizycznej; b) osoby zatrudnione w służbie sanitarnej i społecznej; c) osoby znajdujące się w okresie studiów, skierowane na praktykę do podziemnych części kopalni w ramach szkolenia zawodowego; d) wszelkie inne osoby udające się dorywczo do podziemnych części kopalni dla wykonania zawodu o charakterze niefizycznym”.

Niezależnie od zapisów konwencji, poszczególne kopalnie w regulaminach wprowadzały potem zapisy zakazujące pracy dołowej kobietom. Regulamin pracy Kopalni Arsenu Złoty Stok, zatwierdzony 9 marca 1958 r., przewidywał w paragrafie trzynastym, że kobietom zabronione są wszelkie prace fizyczne pod ziemią, na łamaczu rudy, oraz w ciężkich warunkach naturalnych. Matkom karmiącym przysługiwały dwie przerwy półgodzinne na karmienie dziecka.

Od strony formalnej zakaz pracy podziemnej kobiet w całym polskim górnictwie zaczął obowiązywać od 1 marca 1959 r., to jest od momentu, gdy weszło w życie Rozporządzenie Rady Ministrów z 18 lutego 1959 r. zmieniające rozporządzenie z 28 lutego 1951 r. o pracach wzbronionych kobietom. Taki stan faktyczny obowiązywał przez kolejne pięćdziesiąt lat.

W drugiej połowie XX wieku zwiększył się poziom wykształcenia społeczeństwa. Przybyło zarówno kobiet jak i mężczyzn z wykształceniem średnim i wyższym technicznym. Przybyło również absolwentów studiów, w tym kierunków takich jak górnictwo czy geologia. W ten sposób z biegiem lat zwiększyła się liczba kobiet pracujących w kopalniach na stanowiskach wymagających większych kompetencji. Na początku XXI wieku kobiety można było spotkać już nie tylko w kadrach i księgowości kopalni, lecz np. na stanowisku kierownika stacji geofizyki górniczej.

Po włączeniu Polski do Unii Europejskiej polskie władze stanęły przed koniecznością wypowiedzenie konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy nr 45, zakazującej kobietom pracę pod ziemią w kopalniach. Według stanu na dzień 19 lutego 2007 r. wspomnianą Konwencję ratyfikowało 97 państw, jednak 13 z nich wypowiedziało ją potem. Na taki krok zdecydowały się do tamtego momentu Australia, Chile, Finlandia, Holandia, Irlandia, Luksemburg, Kanada, Nowa Zelandia, Peru, Szwecja, Urugwaj, Wielka Brytania oraz Zambia. Polska postanowiła dołączyć do tego grona, motywując to sentencją wyroku Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości w sprawie C-203/03 Komisja przeciwko Austrii, jako że polskie prawodawstwo w tej kwestii było podobne do austriackiego.

Tak więc na podstawie ustawy z dnia 15 kwietnia 2008 r. o wypowiedzeniu Konwencji Międzynarodowej Organizacji Pracy Nr 45 dotyczącej zatrudniania kobiet przy pracach pod ziemią we wszelkiego rodzaju kopalniach, przyjętej w Genewie dnia 21 czerwca 1935 r., prezydent Rzeczypospolitej Polskiej 28 maja 2008 r. wypowiedział wymienioną wyżej konwencję. Zgodnie z artykułem 7 ustęp 1 konwencji utraciła ona moc obowiązującą dnia 29 maja 2009 r. Otworzyło to drogę do wprowadzenia odpowiednich zmian w polskim prawie, znoszących zakaz pracy kobiet pod ziemią w kopalniach. Ponadto od 25 lipca 2012 r. przestał wiązać Polskę art. 8 ust. 4 pkt b Europejskiej Karty Społecznej, który tak samo stanowił o zakazie pracy kobiet w kopalniach na dole.

Według stanu na 2021 r., w Polskiej Grupie Górniczej pracowało 39 270 osób, w tym 35 491 mężczyzn (90,4%) i 3 779 to kobiet (9,6%). W Jastrzębskiej Spółce Węglowej w 2021 r. na 22 303 zatrudnione osoby było 20 189 mężczyzn (90,5%) i 2 114 kobiet (9,5 %). Zdecydowana większość kobiet w tych dwóch największych spółkach węglowych w Polsce pracowała wtedy na powierzchni, zwłaszcza w biurowości i administracji. W KGHM Polska Miedź według stanu na 2024 r. pracowało około 18 tysięcy osób, w tym 93% mężczyzn i 7 %kobiet. Część z nich spotkać można pod ziemią, np. przy pracach geologicznych czy przy kierowaniu procesami produkcyjnymi.

A jak wygląda sytuacja w kopalniach, które zaprzestały wydobycia i przestawiły się na działalność turystyczną? W Wieliczce, zarówno w Kopalni Soli „Wieliczka” S.A. jak i w spółkach zależnych kobiety stanowią 30% zatrudnionych. I tam w zatrudnieniu pod ziemią udział kobiet jest znikomy. Kobiety w Wieliczce pracują w służbie geologicznej i mierniczej, BHP, jak również w pracach na powierzchni związanych z górnictwem np. w lampowni, są też mechanikami sprzętu górniczego.

Innym przykładem jest PUT Kopalnia Złota sp. z o.o. w Złotym Stoku. Właścicielką kopalni jest Elżbieta Szumska, która zaczynała w niej pracę w 1996 r. jako jedna z dwu przewodniczek oprowadzających turystów po podziemiach. Tam też podział jest tradycyjny. Cięższe prace górnicze, takie jak wymiana obudowy, wykonują mężczyźni. Sporo kobiet jest w gronie przewodników oprowadzających po wyrobiskach.

 

Tomasz Rzeczycki

Doświadczenia gmin zachodniej Małopolski pokazują, że pozostawiona samej sobie woda z nieużytkowanych kopalnianych wyrobisk potrafi wystawić słony rachunek za wszelkie niedopatrzenia i błędne diagnozy. To cenna nauka w kontekście nieuchronnie zbliżającego się końca górnictwa węgla kamiennego na Górnym Śląsku, gdzie dla zabezpieczenia fedrujących kopalń pompuje się setki milionów metrów sześciennych wody rocznie. W jakim zakresie kontynuować ten proces, gdy już działalność zakończy ostatnia „gruba” i gdzie – ze względu na ryzyko wystąpienia podtopień na powierzchni ziemi – potrzebne będą „strefy wiecznego pompowania”? Odpowiedzi na to pytanie może dostarczyć Centrum Informacji i Cyberbezpieczeństwa.

 

Zalania, kłopoty z inwestycjami, dodatkowe koszty dla gmin. Poziom wód rośnie w tempie, którego nie przewidziano

W najbliższych tygodniach miną dokładnie cztery lata od wyłączenia pomp głównego odwadniania, które wcześniej przez ponad 60 lat odprowadzały wodę z eksploatowanych przez ZGH „Bolesław” złóż rud cynku i ołowiu w Bukownie. To, co wówczas mogło się wydawać branżowym newsem dla inżynierów, hydrologów, bądź historyków górnictwa uruchomiło prawdziwą lawinę zdarzeń, których skutki dotykają obecnie tysiące osób mieszkających w zachodniej Małopolsce. Pompowana niegdyś z kopalni woda, która w czasie prowadzonego wydobycia odprowadzana była do rzeki Sztoły i Białej, zaczęła wypełniać (zgodnie zresztą z przewidywaniami) powstały skutkiem eksploatacji lej depresji, przy czym tempo tego procesu okazało się zaskakujące dla wszystkich. To, co wedle prognoz miało zająć naturze kilkadziesiąt lat, zaczęło się gwałtownie dziać „tu i teraz” na oczach skonsternowanej tym lokalnej społeczności.

Raptem trzy miesiące po tym jak wyłączone zostały pompy Kopalni Olkusz-Pomorzany, trzeba było wyłączyć z użytkowania dopiero co oddaną do użytku obwodnicę Bolesławia. Powód? Powstałe w sąsiedztwie drogi zapadlisko. Krótko potem dziura pojawiła się także na samej drodze, a następnie jezdnię zaczęły zalewać podnoszące swój poziom wody podziemne. W lutym 2023 r. drogę „czasowo” zamknięto i tak już pozostało do dziś, a perspektywa, że „podwodnica” – jak kierowcy nazywają zbudowaną kosztem 7,5 mln zł obwodnicę – będzie ponownie przejezdna, wydaje się mało realna. W tym roku pod koniec sierpnia lustro wody sięgnęło już wysokości 308 m n.p.m. i wciąż się podnosiło – wedle prognoz woda ma osiągnąć ok. 310 m n.p.m., a powstałe w ten sposób rozlewisko zająć powierzchnię 22 ha. Niespełna dwa lata od wyłączenia z ruchu obwodnicy Bolesławia zakaz wstępu na część komunalnego cmentarza wprowadziły władze pobliskiego Bukowna. Przyczyna dokładnie taka sama – szybko podnoszący się poziom wód gruntowych. I tu także do dziś dnia sytuacja nie uległa zmianie.

Podtopiona obwodnica Bolesławia i cmentarz w Bukownie to nie jedyne miejsca, gdzie woda, wypełniająca lej depresji dawnej Kopalni Olkusz-Pomorzany komplikuje dziś życie mieszkańcom. Śledząc medialne doniesienia z tej części regionu, co rusz można natknąć się na wzmianki o zalanych lasach, zagrożonych domostwach oraz zapadliskach (w kwietniu b.r. Państwowy Instytut Geologiczny – Państwowy Instytut Badawczy poinformował o zidentyfikowaniu w rejonie gmin Olkusz, Bolesław, Bukowno i Klucze ponad 1200 zapadlisk, z czego ponad 200 w sąsiedztwie terenów zamieszkanych i głównych dróg). Szacuje się, że na terenie mającej 4134 ha gminy Bolesław powstaną zbiorniki o łącznej powierzchni ok. 300 ha.

Pojawiają się też problemy z inwestycjami. Ze względu „na bezpieczeństwo inwestycji”, pod koniec zeszłego roku został unieważniony przetarg na modernizację oczyszczalni ścieków w Bukownie. Okazało się bowiem, że poziom wód gruntowych jest znacznie wyżej niż wtedy, kiedy przygotowywano dokumentację, skutkiem czego konieczne stało się zweryfikowanie dokumentacji projektowej i wykonanie nowej dokumentacji geologiczno-inżynierskiej. Zmieniająca się sytuacja hydrologiczna wymusiła również konieczność dokonania dodatkowych ekspertyz i analiz na etapie przygotowań do największej w historii powiatu olkuskiego inwestycji drogowej (budowy drogi prowadzącej do Strefy Aktywności Gospodarczej w Bukownie), co wymusiło zmiany projektowe w zakresie sposobu odwodnienia drogi i spowodowało zawieszenie procedowania decyzji środowiskowej, a finalnie przełożyło się na wydłużenie czasu jej realizacji.

– Nowe problemy związane z podnoszącym się poziomem wód podziemnych stanowią istotne zagrożenie dla dotychczasowych planów inwestycyjnych gminy. Pojawiła się bowiem konieczność wprowadzenia nowych zadań, które zdecydowanie ograniczą finansowe możliwości inwestycyjne budżetu miasta, a realizacja innych kluczowych dla miasta inwestycji może być zagrożona przez problemy z wodami podziemnymi – przyznał kilka miesięcy temu na łamach „Głosu Bukowna” burmistrz tego miasta Marcin Cockiewicz, a z początkiem października radni Bolesławia przyjęli skierowaną do premiera rezolucję w sprawie udzielenia gminie „pilnej rządowej pomocy” (m.in. w nowelizacji przepisów oraz wskazaniu i zobowiązaniu konkretnych instytucji lub przedsiębiorców do wykonania działań w zakresie ochrony przeciwpowodziowej) celem „minimalizacji skutków zakończenia działalności górniczej” przez ZGH Bolesław ze szczególnym uwzględnieniem negatywnego wpływu podnoszącego się poziomu wód.

 

Wydarzenia w olkuskich gminach jako przestroga dla Górnego Śląska. Czas „wydobyć na powierzchnię” wiedzę ekspertów

I w takim właśnie kontekście należy rozpatrywać informację o Centrum Informacji i Cyberbezpieczeństwa, które w czerwcu zostało uruchomione w ramach Oddziału Górnośląskiego Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego. Ma to być pierwsza w Polsce struktura, która w celu zabezpieczenia procesów transformacyjnych w regionach górniczych łączyć ma wiedzę o zasobach geologicznych, dane pozyskiwane z systemów monitoringu hydrogeologicznego i narzędzia analityki predykcyjnej.

– To nie jest kolejna jednostka badawcza. To operacyjna platforma bezpieczeństwa środowiskowego regionu pracująca w oparciu o modele hydrogeologiczne stworzone przez ekspertów oddziału oraz doświadczenia zdobywane w bezpośredniej współpracy z samorządami – m.in. w gminach Bolesław i Bukowno – tłumaczy Artur Dyczko, dyrektor Oddziału Górnośląskiego PIG–PIB.

Równolegle do prac koncepcyjnych nad Centrum w ramach PIG–PIB został powołany sztab kryzysowy, który rozpoczął współpracę z samorządami oraz służbami z małopolskich gmin borykających się z problemem podnoszących się wód podziemnych. Do końca tego roku powinien zostać opracowany model hydrogeologiczny tego obszaru. Jak zastrzega dyrektor Dyczko monitoring hydrogeologiczny w zachodniej Małopolsce nie został uruchomiony dopiero po tym, jak ujawniły się problemy związane z likwidacją kopalni „Olkusz- Pomorzany” – prowadzony był tam od lat (podobnie jak w wieku innych miejscach kraju). W zasobach Instytutu znajdowały się modele opisujące zachowanie systemów wodnych w obszarach pogórniczych, w tym w rejonie Olkusza i ZGH „Bolesław”, przy czym wyniki tych analiz funkcjonowały w postaci wiedzy eksperckiej w środowisku naukowym. Teraz to ma się zmienić.

– Musimy tę wiedzę wydobyć na powierzchnię i przekształcić ją w narzędzie ochrony ludzi oraz infrastruktury – podkreśla Artur Dyczko.

Nowa strategia Oddziału Górnośląskiego PIG–PIB oraz wynikające z niej powstanie Centrum Informacji i Cyberbezpieczeństwa nie jest odpowiedzią tylko i wyłącznie na bieżące kłopoty zachodniej Małopolski. Prowadzone tam działania to swoisty „poligon” pozwalający z jednej strony uchwycić zachodzące obecnie w tym regionie procesy hydrogeologiczne, z drugiej  umożliwiający dostosowanie do tego metod, narzędzi oraz struktury Instytutu. Wszystko to, by przygotować się do potencjalnych zagrożeń, jakie mogą się ujawnić po rozpisanej na najbliższe ćwierć wieku likwidacji górnictwa węgla kamiennego na Górnym Śląsku.

– Przyglądając się temu, co się dzieje w Olkuszu, Bolesławiu, czy Bukownie, musimy to potraktować także jako przestrogę dla Śląska. Podtopienia w gminach olkuskich nie były zdarzeniem odosobnionym. Z perspektywy hydrologicznej to klasyczny przykład destabilizacji systemów wodnych po zakończonej działalności górniczo-hutniczej. Wraz z zakończeniem eksploatacji złoża nie znika układ sił wodnych, ani naprężeń górotworu – on zaczyna żyć nowym życiem, często niekontrolowanym – tłumaczy Artur Dyczko.

 

Woda pompowana z górnośląskich kopalń w rok zapełniłaby zbiornik Racibórz Dolny

W górnośląskich gminach zaburzone przez działalność górniczą stosunki wodne to nic nowego. Ich świadectwem są tak chętnie odwiedzane przez wędkarzy glinianki, powstałe w miejscu zalanych wodą zapadlisk (taką genezę ma m.in. bytomska „Brantka” – największy w tym mieście staw), podtopione obszary leśne, czy elementy komunalnej infrastruktury (np. w Rudzie Śląskiej z początkiem obecnego stulecia na skutek obniżenia się terenu Potok Bielszowicki zalał oczyszczalnię ścieków i jedną z ważnych dróg w południowej części miasta, uniemożliwiając przejazd nią na kilkanaście lat), bądź po prostu woda zbierająca się podczas ulewnych deszczów w obniżeniach terenu ku utrapieniu kierowców lub mieszkańców pobliskich posesji.

Tym, co czyni jednak zasadniczą różnicę w stosunku do obszaru zachodniej Małopolski, są wciąż pracujące systemy odwadniania kopalń – zarówno tych funkcjonujących, jak też tych już zlikwidowanych. Dość powiedzieć, że 18 pracujących pompowni Centralnego Zakładu Odwadniania Kopalń, które przede wszystkim mają zabezpieczać czynne jeszcze „gruby” w całym Górnośląskim Zagłębiu Węglowym przed wodą napływającą ze zlikwidowanych już zakładów górniczych, co roku wypompowuje jej ok. 100 mln metrów sześciennych, co jest wielkością przekraczającą połowę maksymalnej pojemności zbiornika przeciwpowodziowego Racibórz Dolny! Zasięg terytorialny tego systemu obejmuje 40 gmin. Dodatkowo CZOK obsługuje jeszcze 39 pompowni odwadniających bezodpływowe niecki zlokalizowane na terenie 11 gmin, zabezpieczając w ten sposób powierzchnie terenów, które na skutek działalności górniczej uległy deformacji i osiadaniu, co przy intensywnych opadach deszczu może powodować ich zalewanie.

No i wreszcie do tego bilansu trzeba dopisać wodę pompowaną z dołu przez wciąż jeszcze działające kopalnie (w opracowaniach z początku bieżącej dekady można znaleźć dane wskazujące, że w przypadku PGG, Węglokoksu Kraj i ówczesnego Tauronu Wydobycie, czyli dzisiejszego Południowego Koncernu Węglowego, było to ponad 115 mln m sześc. rocznie).

 

Kto będzie odpowiedzialny za odwadnianie wyrobisk, gdy zamkną ostatnią „grubę”? 

Co jednak kiedy proces likwidacji śląskiego górnictwa dobiegnie końca i po prostu nie będzie już żadnych kopalń do zabezpieczania? I kto miałby ponosić koszty dalszego odwadniania? Już dekadę temu Najwyższa Izba Kontroli wskazywała, że odwadnianie nieczynnych wyrobisk kosztuje budżet państwa ponad 200 mln zł. Wytykała też, że sytuacja, gdy dla ochrony jakiejś kopalni trzeba pompować wodę z kilku z nią sąsiadujących, budzi „wątpliwości zarówno co do opłacalności prowadzonego ten sposób wydobycia, jak i co do zasadności ponoszenia przez budżet państwa kosztów odwadniania”. Trudno sobie wyobrazić, by wobec braku wydobycia takie zastrzeżenia nie przybrały na sile, choć Spółka Restrukturyzacji Kopalń, w ramach której od niemal ćwierć wieku funkcjonuje CZOK, podkreśla, że dzięki inicjowanym przez CZOK zmianom i upraszczaniu odwadniania zlikwidowanych kopalń koszty pompowania uległy zmniejszeniu.

– Zakończenie działalności górniczej w GZW, którego obszar wynosi ponad 3 tys. km. kw., nie wykluczy konieczności dalszego odwadniania oraz upraszczania modeli odwadniania kopalń. Nawet po likwidacji zakładów górniczych i ich zatopieniu do bezpiecznej głębokości, niezbędne będą przygotowanie dołowe i powierzchniowe w zakresie najbardziej racjonalnych sposobów ujmowania i odprowadzania wód kopalnianych oraz możliwości ich odbioru przez cieki powierzchniowe, a także ochrona powierzchni – stwierdza w imieniu SRK jej rzecznik Mariusz Tomalik.

– Sytuacja w Trzebini (była KWK Siersza) i Bolesławiu (zlikwidowana Kopalnia Olkusz-Pomorzany) dowodzi, że działalność prowadzona przez Oddział SRK – CZOK musi być kontynuowana nie tylko do czasu funkcjonowania ostatniej czynnej kopalni, ale również po zakończeniu ich działalności. Wynika to m.in. z konieczności zapewnienia ochrony powierzchni przed zagrożeniem reaktywacji zrobów i powstawaniem zapadlisk – dodaje rzecznik SRK zastrzegając jednak, że dalsza realizacja działań w charakterze pełnionym dotychczas przez Oddział (CZOK) będzie „zależna od decyzji i strategii przyjętej przez organy właścicielskie zakładów górniczych”.

– Tu absolutnie nie może być podejścia, że „jakoś to będzie”. Uważam, że w procesie transformacji powinien być dostrzeżony element bezpieczeństwa. Jeżeli po likwidacji kopalń pozostawimy systemy wodne w stanie niekontrolowanego samoistnego wypełniania, to skutki mogą być dramatyczne: podtopienia, osiadania terenu, uszkodzenia infrastruktury oraz utrata zaufania społecznego do samego procesu transformacyjnego. Transformacja może być bezpieczna tylko wtedy, gdy towarzyszy jej pełne rozpoznanie geologiczne i hydrogeologiczne oraz możliwość przewidywania scenariuszy zmian. Jeżeli chcemy zapewnić stabilność regionu na kolejne dekady, musimy przewidywać zachowania wody i górotworu z takim samym zaangażowaniem, z jakim wcześniej planowano eksploatację złoża – podkreśla Artur Dyczko.

 

Warto wziąć przykład z Niemców i Holendrów. Potrzebne są nam „strefy wiecznego pompowania”

Na razie wątek ten nie wybrzmiewa jednak zbyt głośno. W swym raporcie za rok 2024 PIG-PIB, analizując kwestie monitoringu, metodyki badań i oceny stanu zawodnienia, a także zmian odwadniania czynnych i zlikwidowanych kopalń węgla kamiennego w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym, wprost stwierdził, że Polityka Surowcowa Państwa do 2050 r. nie uwzględnia w wystarczającym stopniu procesów likwidacji i zatapiania kopalń ani zagadnień związanych z bezpieczeństwem powszechnym na terenach pogórniczych. Również samorządowcy z gmin górniczych koncentrują się raczej na społecznym i gospodarczym aspekcie transformacji, pomijając wątek zjawisk hydrogeologicznych, choć mogą one mocno skomplikować planowanie przestrzenne (lub postawić pod znakiem zapytania przyjęte już plany).

Przedstawiciele PIG-PIB wskazują, iż spokój śląskich samorządowców odnośnie przyszłego poziomu wód podziemnych bazuje na dokumentach z początku bieżącego stulecia, którym zdecydowanie przydałaby się aktualizacja. Dlatego podpowiadają, by skorzystać z doświadczeń Holendrów, którzy wobec wyzwań związanych z nadmorskim położeniem swego kraju zbudowali system monitoringu wodnego, wykorzystujący m.in. zaawansowane modele hydrogeologiczne 3D. Zwracają uwagę także na wydarzenia z Zagłębia Ruhry w Niemczech, gdzie krótko po zamknięciu ostatniej kopalni i zaprzestaniu pompowania wód dołowych ujawniły się problemy podobne do tych jakże znanych z naszego, polskiego „podwórka”. W reakcji na to Niemcy, przy pomocy naukowców z Polski (m.in. z Instytutu Mechaniki Górotworu PAN), po analizie danych zweryfikowali wcześniejsze plany, wyznaczając „strefy wiecznego pompowania”, czyli miejsca, gdzie nie wolno wyłączyć pomp.

Zdaniem dyrektora Dyczko także na terenie Górnego Śląska należy wyznaczyć takie „strefy wiecznego pompowania”, określić które pompownie wymagać będą w związku z tym modernizacji, jakie byłyby koszty tych działań, a także w jasny sposób wskazać, kto miałby być operatorem procesu bezpieczeństwa geologicznego transformacji. W jego opinii tym podmiotem powinien być właśnie kierowany przez niego oddział.

– Oddział nie może ograniczać się do pasywnego dostarczania ekspertyz. Podjęliśmy decyzję, że stajemy się instytucją aktywną w procesie transformacji – zdolną do monitorowania, przewidywania i proponowania działań zabezpieczających na poziomie gmin, powiatów i całych obszarów pogórniczych. Mamy ambicję pełnić funkcję stałego partnera dla administracji lokalnej, instytucji państwowych i inwestorów – tłumaczy.

Kluczowym elementem tego nowego modelu ma być Centrum Geoinformacji i Cyberbezpieczeństwa, które z jednej strony stanowiłoby pełną bazę danych o górotworze, wodach i systemach pokopalnianych (zebrane ze spółek górniczych dane podlegałyby cyberochronie jako infrastruktura krytyczna i w kontrolowany sposób byłyby udostępniane samorządom oraz instytucjom państwowym), z drugiej natomiast prowadziłoby modelowanie predykcyjne, wykorzystujące algorytmy do przewidywania zmian na terenach pogórniczych, zarówno w scenariuszach krótkookresowych (np. podtopienia), jak i długookresowych (np. zmiana kierunków przepływu wód czy ryzyko deformacji).

– Centrum ma być nie tylko jednostką badawczą, ale regionalnym węzłem bezpieczeństwa geologicznego. Zdecydowaliśmy, że jego zadaniem jest dostarczanie map ryzyk, modeli dla konkretnych gmin i wsparcia w podejmowaniu decyzji inwestycyjnych w okresie transformacji. Jeżeli mamy mówić o odpowiedzialnej transformacji, to ktoś musi pilnować stabilności geologicznej i hydrogeologicznej środowiska – podsumowuje dyrektor Dyczko.

 

Michał Wroński
dziennikarz gospodarczego serwisu WNP.PL

Zobacz pozostałe numery

Sporo się u nas dzieje.

Bądź zawsze na bieżąco.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Ta witryna jest zarejestrowana na wpml.org jako witryna deweloperska. Przełącz na klucz witryny produkcyjnej, aby remove this banner.