Nie tak to miało wyglądać. Opuszczone przez górników wyrobiska dawnej KWK „Siersza” miała zalać woda, domykając „po cichu” ponad stuletnią historię tej kopalni. Dziś o „Sierszy” i kopalnianych wyrobiskach w Trzebini jest głośno jak chyba nigdy wcześniej. A specjaliści z branży górniczej, naukowcy, a przede wszystkim zwykli mieszkańcy zastanawiają się, co poszło nie tak.
Mieszkańcy w strachu. Do dziury można wpaść obok własnego domu
Od kilkunastu miesięcy w Trzebini systematycznie zapada się ziemia. Głębokie na kilka metrów dziury pojawiają się w północnej części miasta, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie tamtejszym mieszkańcom. Gdzie się nie obrócić, widać tabliczki informujące o zakazie wstępu. Z powodu zapadlisk z użytkowania częściowo wyłączono już ogródki działkowe i miejscowy cmentarz, a także stadion. Wprowadzono ograniczenia w poruszaniu się na drogach. Ba, nawet do pewnych obszarów pobliskiego lasu legalnie nie można się zapuszczać. Szczęśliwie nikomu z ludzi (jeszcze) nic się nie stało, choć w paru przypadkach ziemia zapadła się dosłownie kilka metrów od zabudowań mieszkalnych.
Nastroje wśród mieszkańców są fatalne, czemu trudno się dziwić. Niepewność tego, co może się wydarzyć i strach przed realną możliwością wypadku „za progiem” własnego domu musi męczyć. Zwłaszcza jeśli trwa miesiącami… Podatny grunt znajdują wszelkie, nawet kompletnie niesprawdzone, pogłoski – także takie o ewentualnych przesiedleniach, czy ewakuacji niedawno postawionych bloków. Wśród stałych gości w Trzebini są media (zarówno te regionalne, jak i ogólnopolskie), za sprawą których o sytuacji wie już praktycznie cały kraj.
Miasto ma więc wizerunek mniej więcej taki, jaki w 2011 r. miał Bytom, kiedy ziemia „pożerała” osiedle w dzielnicy Karb, a spanikowani mieszkańcy w świetle telewizyjnych kamer pośpiesznie opuszczali swoje domostwa. Skojarzenie z wydarzeniami na Karbiu jest o tyle uzasadnione, że w obu przypadkach przyczyną sytuacji jest wydobycie węgla. Przy czym w Trzebini żadna kopalnia już dzisiaj nie fedruje. Ostatnia tona z tutejszej KWK „Siersza” wyjechała w październiku 1999 r. (trzy lata później zakończono likwidację kopalni). A mimo tego, skutki prowadzonego przez półtora stulecia wydobycia (początki kopalni „Siersza” sięgają połowy XIX w.) nie dają dziś spokojnie spać mieszkańcom.
Zakończono fedrowanie i wyłączono pompy. Bo po sąsiedzku nie było innej „gruby”
– Wiadomo było, że to się tak musi skończyć. Przecież w tej kopalni zawsze istniało duże zagrożenie wodne – zżymają się dziś dawni górnicy z „Sierszy”, którzy do samego końca byli na stanie załogi i na własne oczy obserwowali jak kończy się historia tego zakładu. Ich zdaniem to, co się obecnie dzieje jest nieuchronną konsekwencją tego, w jaki sposób przeprowadzono likwidację kopalni. Wskazują przede wszystkim na decyzję o wyłączeniu z dniem 1 grudnia 2000 r. pomp odwadniających podziemne wyrobiska.
– Decyzję o samozatopieniu kopalni umożliwiało jej szczególne, odmienne położenie, w porównaniu do większości kopalń w Zagłębiu Górnośląskim. Kopalnia była całkowicie izolowana od innych zakładów górniczych i nie graniczyła z żadną kopalnią czynną lub zamkniętą – czytamy w informacji Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego.
Innymi słowy, uznano, że skoro nie ma ryzyka zatopienia żadnej sąsiedniej „gruby”, to takie rozwiązanie jest dopuszczalne. Woda miała wypełniać pokopalniane wyrobiska (w sumie 112 km) aż do „poziomu ustabilizowania się zwierciadła wód podziemnych”, co – jak wówczas zakładano – miało zająć ok. 6-7 lat.
– Po zatopieniu kopalni i całkowitym wypełnieniu leja depresji (około 2007 r.) dotychczasowa wielkość zasilania (około 14,5 m3/min) powinna być przejęta przez cieki powierzchniowe – stwierdził w lipcu 2003 r., w odpowiedzi na poselską interpelację, ówczesny Minister Środowiska Czesław Śleziak.
W tym kontekście zwrócił uwagę na ryzyko podtopień obszarów, na których nie było wówczas cieków wodnych (głównie lasów). Jak dodał, z tego też powodu konieczny jest monitoring zatapianych kopalń węgla kamiennego, co pozwala na korygowanie metod prognozowania czasu zatapiania wyrobisk górniczych oraz śledzenie zmian jakości wody. Odnosząc się do przypadku „Sierszy”, powołał się na opinię specjalistów, wedle których w ostatniej fazie kontroli przebiegu zatapiania kopalni, lecz „nie później niż na rok przed spodziewanym całkowitym wypełnieniem leja depresji, należy rozpocząć obserwacje hydrologiczne i hydrogeologiczne na powierzchni obszaru górniczego”.
Węgiel leżał tu bardzo płytko. A nad nim glina, ił, piasek
Już kilka lat po rozpoczęcia zalewania kopalni zorientowano się, że faktyczne tempo wypełniania się wodą leja depresji odbywa się wolniej, aniżeli to początkowo zakładano. Skorygowano zatem pierwotne założenia, uznając, że proces ten zajmie 11 lat. W dalszym ciągu jednak koncentrowano się na „pojemności wodnej” wyrobisk oraz stopniu infiltracji gruntu przez wody opadowe, ograniczając się do powtórzenia wcześniejszej prognozy o tym, że podnoszący się poziom wody finalnie doprowadzi do uzyskania „równowagi hydrodynamicznej z poziomami wodonośnymi w otaczającym górotworze”.
Owszem, zauważano również, iż KWK „Siersza” charakteryzowała się „niezwykle skomplikowaną i rozbudowaną siecią wyrobisk górniczych rozmieszczonych na różnych poziomach, w różnych pokładach”. Dodajmy, siecią bardzo płytko położoną, co wynikało z zalegania pokładów węgla blisko powierzchni gruntu. Jak zwraca uwagę PIG-PIB, już w XIX w. prowadziło to do eksploatacji, prowadzonej na głębokościach rzędu raptem kilkudziesięciu metrów. Zresztą także sama „Siersza” w czasach już bardziej współczesnych należała do jednej z najpłytszych kopalń w tutejszym zagłębiu węglowym – jej najgłębszy poziom eksploatacyjny znajdował się na głębokości zaledwie 350 m.
– I jeszcze jedno, tu nie fedrowała sama tylko „Siersza”, tu kiedyś działały także różne inne, wcześniejsze szyby. I nimi wybierano węgiel z bardzo płytkich pokładów, choć dziś nie do końca wiadomo, gdzie te wyrobiska się znajdują – zwraca uwagę jeden z byłych górników.
I to właśnie te płytkie wyrobiska, sprawiły, że dziś w Trzebini zapada się ziemia. Bo dostająca się do nich woda (ta właśnie, która miała wypełnić chodniki „Sierszy”) wypłukuje od spodu ziemię. A że od powierzchni gruntu wyrobiska te dzieli niewiele, więc i niewiele trzeba, aby powstało zapadlisko. Zwłaszcza, że w tym konkretnym przypadku nadkład nad eksploatowanymi warstwami węgla stanowiły gliny, iły, a przede wszystkim piaski. Bardzo kiepska bariera dla podchodzącej od dołu wody.
Raport wykazał ponad pół tysiąca zapadlisk. Także poza strefą płytkiej eksploatacji
O ile jeszcze dwa lata temu w Trzebini zanotowano trzy zapadliska, to rok później było ich już kilkanaście, a początek tego roku przyniósł prawdziwy ich wysyp.
– Możemy rozważać to w kategoriach pewnej klęski, bo mamy tutaj do czynienia z pewnym ciągiem zdarzeń, a nie jednorazowym wydarzeniem – stwierdził w trakcie poświęconego sytuacji w mieście posiedzenia sejmowej Komisji ds. Energii, Klimatu i Środowiska wiceminister aktywów państwowych, Marek Wesoły.
Opublikowany pod koniec lipca przez PIG-PIB raport końcowy z przeprowadzonych w Trzebini prac (w ich trakcie prowadzono inwentaryzację w terenie, analizowano także dane satelitarne oraz pochodzące m.in. z lotniczego oraz naziemnego skaningu laserowego) informuje o 527 zinwentaryzowanych zapadliskach, 254 deformacjach nieciągłych typu liniowego (uskoki, progi, szczeliny) oraz 52 obszarach, w których w przeszłości zlikwidowano zapadliska poprzez ich zasypanie.
Z dokumentu wynika ponadto, że zapadliska występują także poza granicami udokumentowanej płytkiej eksploatacji złóż węgla kamiennego. Nie jest to dobra wiadomość dla mieszkańców, których kilka miesięcy wcześniej uspokajano, że pod zabudową mieszkaniową nie było wydobycia.
Raport wskazuje poza tym miejsca, w których mogło dochodzić do eksploatacji nieudokumentowanej, czyli takie, gdzie pokłady węgla znajdują się najpłycej, a nie ma dokumentów wskazujących na ich eksploatację.
I jeszcze jedno – autorzy opracowania zwracają uwagę, że z powodów geologicznych (brak izolacji wyrobisk od powierzchni nieprzepuszczalnym nadkładem) od początku istniało „uzasadnione przewidywanie wystąpienia niekorzystnych zjawisk na powierzchni terenu po całkowitym zalaniu wodą wyrobisk kopalnianych”. Czyli poniekąd przyznają rację miejscowym górnikom.
Spółka ostrzega i uspokaja. Na Śląsku udało się ustabilizować grunt
Jakby mało było dotychczasowych kłopotów z zapadliskami, to w nieodległej przyszłości na terenie Trzebini mogą pojawić się kolejne – tym razem związane z zalewiskami. Wypełniająca wyrobiska woda podnosi się bowiem w tempie pół metra na miesiąc.
– Za dwa lata tę wodę będziemy mieli na powierzchni – ostrzegł podczas styczniowej sesji rady miasta w Trzebini Marek Pieszczek, wiceprezes Spółki Restrukturyzacji Kopalń.
To właśnie ona, po wygaszeniu kopalni „Siersza”, została obarczona obowiązkiem monitorowania odbudowującego się zwierciadła wody i to pod jej adresem mieszkańcy gminy i lokalne władze kierują dziś wszystkie swoje pytania, żale oraz obawy. Na zlecenie SRK w Trzebini od kilku miesięcy prowadzone są badania georadarowe i geofizyczne mikrograwimetryczne, a także prace uzdatniające grunt (poprzez zatłaczanie do niego mieszaniny stabilizującej) w wybranych lokalizacjach.
– Mamy doświadczenie z rejonu płytkiej eksploatacji – mówił w trakcie wspomnianej sesji rady miasta wiceprezes Pieszczek.
Przedstawiciele spółki próbują uspokajać mieszkańców, powołując się na pozytywne przykłady z terenu Górnego Śląska. W tym kontekście występujący przed radnymi wiceprezes Pieszczek wskazywał, że budowę kompleksu handlowego Silesia City Center, czy Dębowych Tarasów w Katowicach również przeprowadzono na terenie objętym płytką eksploatacją.
– Zanim przystąpiono do zabudowy, dokonano uzdatnienia tego terenu, polegającego na tym, że wiercono nawet do 80 m i prowadzono zatłaczania różnego rodzaju mieszanin zestalających, które ustabilizowały ten grunt. Ten teren był pierwotnie zaliczony jako niezdatny do zabudowy, ale po wykonanych zabiegach uzdatnianie pozwoliło na zakwalifikowanie go jako zdatnego do zabudowy – wyjaśniał radnym wiceprezes SRK.
Koszty idą w miliony złotych. A ile pochłoną odszkodowania?
Czy także tym razem uda się ustabilizować teren na tyle, że zapadliska przestaną dezorganizować funkcjonowanie dzielnicy? Na razie wynik tej operacji pozostaje sprawą otwartą. Podobnie zresztą jak jej koszty, które już dzisiaj idą w miliony złotych.
Jak podała SRK, łączne koszty podejmowanych przez nią działań związanych z likwidacją zagrożenia w Trzebini w okresie od 2021 r. do sierpnia 2023 r. wyniosły ok. 14,12 mln zł. A to bynajmniej jeszcze nie koniec. Uzdatnienie terenu cmentarza parafialnego pochłonąć ma ok. 14,39 mln zł, zaś analogiczne prace dla obszaru osiedla Trętowiec – ok. 31 mln zł.
Ile trzeba będzie wydać na same odszkodowania za szkody górnicze? To dopiero wyjaśni zlecona latem przez spółkę wycena „nieruchomości i składników majątku”.
Pierwsze (i zapewne nie ostatnie) umowy w sprawie wypłaty odszkodowań za uszkodzone nagrobki na cmentarzu w Trzebini-Gaju SRK już podpisała. Spółka prowadzi też procedurę zmierzającą do wypłaty odszkodowań za szkody górnicze, które wystąpiły w obrębie ogródków działkowych (równolegle zaoferowała gminie inny teren na wymianę za ten, który nie może być już użytkowany przez działkowiczów). Ponadto przekazać ma gminie tytułem darowizny działki o łącznej powierzchni ponad 32 tys. m kw. Przedstawiciele spółki ujawnili również, że dostali dyspozycję, aby przygotować mieszkania zastępcze możliwie blisko Trzebini.
Na tym się jednak może nie skończyć. W trakcie posiedzenia sejmowej Komisji ds. Energii, Klimatu i Środowiska, burmistrz Trzebini, Jarosław Okoczuk, nalegał na wskazanie przez SRK terenów, które należy wyłączyć z zabudowy mieszkaniowej i które należy pozbawić dotychczasowej funkcji (wcześniej takie sygnały popłynęły zresztą z małopolskiego urzędu wojewódzkiego).
– Pamiętajmy jednak, z czym się to wiąże. Dla samorządu rodzi to odpowiedzialność natury finansowej, wypłaty odszkodowań. Samorząd gminy Trzebinia z całą pewnością nie jest w stanie tego udźwignąć. Nie może ponosić z tego tytułu odpowiedzialności natury obciążeń finansowej. Nie ma takiej opcji – stwierdził kategorycznie burmistrz.
Jest narzędzie i jest porozumienie z gminą. Barierą… interpretacja przepisów
Paradoksalnie jednak to nie pieniądze wydają się być w obecnej sytuacji największym bieżącym problemem (bieżącym, gdyż „historycznym” problemem jest wybór takiej, a nie innej metody likwidacji kopalni). Więcej kłopotów sprawiają mało elastyczne przepisy, przez które podejmowane działania wciąż mają typowo reaktywny charakter.
Kiedy w maju na zlecenie SRK w zagrożonej części Trzebini uruchomiono pompy głębinowe, mające za zadanie wypompowywanie wód gruntowych i zatrzymanie poziomu lustra wody na obecnym poziomie przedstawiciele spółki deklarowali, że to powinno utrzymać dotychczasowy jej poziom.
– Jest to rozwiązanie nieostateczne. To jest rozwiązanie tymczasowe. Tymczasowe po to, żeby mieć czas na regulacje stosunków wodnych w tym rejonie – wyraźnie zaznaczył w trakcie obrad sejmowej Komisji ds. Energii, Klimatu i Aktywów Państwowych wiceprezes Marek Pieszczek.
Przyznał zarazem, że spółka bezskutecznie próbuje zmierzyć się z tym tematem od ponad dekady! Barierą okazuje się niezgoda kilkudziesięciu właścicieli działek na udostępnienie należących do nich gruntów, co z kolei blokuje możliwość uzyskania pozwolenia na budowę. Efekt jest taki, że już dwie wyłonione przez spółkę firmy projektowe odstąpiły od realizacji przedsięwzięcia.
– Zgodnie z planem budowlanym, żeby uzyskać pozwolenie na budowę, trzeba mieć ustalone warunki zabudowy. W przypadku tej inwestycji trzeba mieć też ustaloną lokalizację inwestycji celu publicznego. W świetle obowiązujących ustaw, mam tu w szczególności na myśli ustawę o gospodarce nieruchomościami, jest to droga przez mękę, tym bardziej że w większości tych nieruchomości jest nieuregulowany stan prawny – mówił wiceprezes SRK.
– W końcówce ubiegłego roku stwierdziliśmy, że instrumentami, które pozwoliłby nam na szybką realizację tej inwestycji, są instrumenty zawarte w specustawie przeciwpowodziowej z 2010 r. – dodał.
Wspomniana ustawa pozwala na szybkie procedowanie kwestii związanych z uzyskaniem pozwoleń na wejście w teren. Tyle, że SRK nie jest w tym dokumencie wymieniona jako podmiot mogący skorzystać z jego zapisów. Konieczne stało się zatem porozumienie z gminą. I to jednak nie otworzyło drogi do regulacji stosunków wodnych. Pojawiła się bowiem rozbieżna interpretacja tego, co jest, a co nie jest budowlą przeciwpowodziową. Zdaniem Ministerstwa Infrastruktury proponowanych przez SRK obiektów nie można w ten sposób określić.
– My uważamy, że jest wręcz przeciwnie, bo jest spełniony cel – nasze działania zmierzają do tego, żeby uchronić ten teren od powodzi – i uważamy, że ukształtowanie terenu i wszelkie uwarunkowania predestynują ten teren jako teren zagrożony powodzią. Również to, co projektujemy, mieści się w katalogu przedmiotowym tejże ustawy, m.in. są tam poldery przeciwpowodziowe, zbiorniki przeciwpowodziowe, są jeszcze budowle regulacyjne i wszystkie inne budowle funkcjonalnie i technicznie powiązane z tym – argumentował wiceprezes SRK.
Przypomnijmy, mówił to w połowie kwietnia. Kilka miesięcy temu i… kilka powstałych zapadlisk temu. Bo tak właśnie w Trzebini można odmierzać upływający czas.
Michał Wroński, dziennikarz regionalnego serwisu SlaZag.pl
Państwowy instytut badawczy, tzw. PIB to specjalny statusu nadawany polskim instytutom naukowo-badawczym realizującym zadania szczególnie ważne dla planowania i realizacji polityki państwa, których wykonanie jest niezbędne dla zapewnienia obronności i bezpieczeństwa publicznego. Zadania te dotyczą opracowywania i opiniowania standardów m.in. w zakresie gospodarki bogactwami i zasobami naturalnymi, ochrony środowiska czy bezpieczeństwa technicznego i energetycznego. Drugi obszar stanowią zadania publiczne dotyczące monitoringu i zapobiegania skutkom zjawisk i wydarzeń mogących stwarzać zagrożenie publiczne, w tym zapobiegania skutkom katastrof naturalnych lub technicznych.
Status PIB może być nadany instytutowi na wniosek ministra nadzorującego, po uzgodnieniu z ministrem właściwym do spraw szkolnictwa wyższego i nauki oraz ministrem właściwym do spraw finansów publicznych.
25 sierpnia 2023 r. status państwowego instytutu badawczego uzyskał Główny Instytut Górnictwa (GIG) i od tego dnia właściwa nazwa to: Główny Instytut Górnictwa – Państwowy Instytut Badawczy.
Zmianę wprowadza Rozporządzenie Rady Ministrów z dnia 24 lipca 2023 r. w sprawie nadania Głównemu Instytutowi Górnictwa statusu państwowego instytutu badawczego (Dz. U. z 2023 r. poz. 1579). Zgodnie z rozporządzeniem do zadań Instytutu szczególnie ważnych dla planowania i realizacji polityki państwa należy monitorowanie zagrożeń geodynamicznych i hydrogeologicznych na terenach górniczych i pogórniczych w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym oraz zagrożeń radiacyjnych, w tym:
GIG jest jedynym PIBem spośród instytutów nadzorowanych przez Ministra Aktywów Państwowych. Co ważne, dla klientów i partnerów GIG-PIB zmiana nazwy nie wywołuje skutku w postaci zmiany podmiotu, który był i nadal pozostaje stroną zawartych już umów, oraz nie powoduje żadnych modyfikacji w zakresie zaciągniętych przez Instytut zobowiązań, czy też wzajemnych praw i obowiązków wynikających z zawartych przez Instytut umów.
Podstawowym przedmiotem działalności Instytutu jest w dalszym ciągu prowadzenie badań naukowych i prac rozwojowych dotyczących: bezpieczeństwa w przemyśle; ochrony załóg i środowiska pracy; technologii eksploatacji, wzbogacania i przetwórstwa kopalin oraz poprawy efektywności przemysłu wydobywczego; czystych technologii węglowych; efektywnego wytwarzania i wykorzystywania energii; ochrony środowiska; rozwijania i wdrażania technologii i urządzeń ochrony środowiska; materiałów i wyrobów specjalnych zastosowań; gospodarki zasobami kopalin, wodami powierzchniowymi i podziemnymi oraz odpadami; budownictwa podziemnego, lądowego i hydrotechnicznego; rozwoju lokalnego i regionalnego, z uwzględnieniem problemów wynikających ze społecznych, ekonomicznych i gospodarczych skutków restrukturyzacji przemysłu; wychwytywania i wykorzystania metanu uwalnianego i ujmowanego przy dołowych robotach górniczych w czynnych, likwidowanych lub zlikwidowanych kopalniach węgla kamiennego. Inne obszary dotyczą przystosowywania wyników badań naukowych i prac rozwojowych do potrzeb praktyki oraz wdrażania wyników badań naukowych i prac rozwojowych w dziedzinach nauk: inżynieryjno-technicznych, ścisłych i przyrodniczych oraz humanistycznych i społecznych.
W strukturach GIG-PIB funkcjonują centra kompetencji m.in. Inżynierii Środowiska (CIS), a poligon doświadczalny Kopalni Doświadczalnej „Barbara” to jedyny ośrodek w Europie, w którym można przeprowadzać badania wybuchów gazów i pyłów w warunkach rzeczywistych oraz testować maszyny i urządzenia przeznaczone do pracy w atmosferze zagrożonej wybuchem. Od 2004 r. Instytut jest jednostką notyfikowaną Unii Europejskiej i posiada uprawnienia jednostki certyfikującej w ramach światowego schematu IECEx. Jako jeden z nielicznych instytutów badawczych, posiada pełne uprawnienia akademickie do nadawania stopni doktora i doktora habilitowanego w dyscyplinie górnictwo i geologia inżynierska już prawie 60 lat.
Historia instytutów badawczych w niepodległej Polsce sięga początków XX wieku –
21 listopada 1918 r. jako pierwszy został powołany przez Rząd Polski Państwowy Centralny Zakład Epidemiologiczny, przemianowany rozporządzeniem Rady Ministrów z dnia 7 września 1923 r. na Państwowy Zakład Higieny, a w 1925 r. utworzona została Kopalnia Doświadczalna Barbara, która po wojnie weszła w skład GIG. Pierwsze instytuty badawcze miały służyć uporządkowaniu wielu obszarów działalności kraju po zaborach i realizacji zadań służących rozwojowi społeczno-gospodarczemu.
Jak wynika z danych GUS, w Polsce wzrasta ilość podmiotów zaangażowanych w działalność B+R. W 2021 r. zaangażowanych było 7370 podmiotów, to jest o 15,5% więcej niż w roku poprzednim. Blisko połowa (48%) nakładów poniesionych na prowadzenie działalności badawczej i rozwojowej była związana z naukami inżynieryjnymi i technicznymi. Obecnie w kraju funkcjonuje prawie 120 instytutów badawczych, zatrudniających kilkanaście tysięcy osób na stanowiskach związanych z działalnością badawczo-rozwojową. Instytuty badawcze są nieodłączną częścią Narodowego Systemu Innowacji w Polsce, który stanowią instytucje odpowiedzialne za wspieranie rozwoju innowacyjności, takie jak instytuty, uczelnie oraz organizacje i podmioty odpowiadające za politykę innowacyjną, oraz komercjalizację innowacyjnych rozwiązań.
Sylwia Jarosławska-Sobór
Sukces zwykle ma wielu ojców, natomiast porażka zawsze bywa sierotą – ten znany cytat idealnie pasuje do sytuacji związanej z polską batalią o kształt unijnego rozporządzenia metanowego. Można oczywiście dyskutować, czy zakończyła się ona zwycięstwem. Wielu specjalistów w tej dziedzinie zauważa bowiem, że najważniejsze postulaty zgłaszane przez stronę polską zostały odrzucone.
Faktem jest, że w trudnym dla branży momencie udało się (szkoda, że za pięć dwunasta, a może nawet pięć po dwunastej) zbudować ponadpartyjną koalicję. I choć nie brak opinii, że po prawdzie niewiele ona osiągnęła, to wystarczyło, aby wiele piersi dumnie wypięło się do orderów. Z drugiej jednak strony, owa głośna, szeroko relacjonowana w mediach szarża boleśnie kontrastuje z ciszą, jaka panowała wokół tej sprawy mimo alarmistycznych sygnałów na długo wcześniej wysyłanych przez Górniczą Izbę Przemysłowo-Handlową.
Dość powiedzieć, że już w grudniu 2021 r. (czyli w tym samym miesiącu, kiedy oficjalnie ukazał się projekt rozporządzenia) GIPH wystąpiła do Kadri Simson, unijnej Komisarz ds. Energii wskazując, że wdrożenie tego aktu prawnego wywoła kryzys społeczno-ekonomiczny, upadek wielu firm i utratę tysięcy miejsc pracy. Miesiąc później – w styczniu 2022 r. – Izba oficjalnie zwróciła się do premiera RP z wnioskiem o podjęcie „szybkich i zdecydowanych” działań, mających na celu niedopuszczenie do wprowadzenia w życie niektórych przepisów projektowanego rozporządzenia.
W piśmie tym wprost stwierdzono, że wejście w życie unijnej propozycji doprowadzi do przedwczesnego zamknięcia większości działających w Polsce podziemnych kopalń węgla. Zwrócono uwagę, że na 21 działających w naszym kraju kopalń aż 16 stanowią kopalnie metanowe, z których żadna nie spełnia przewidzianych w projekcie wymogów. Wyjaśniono z jakich powodów kopalnie zmuszone są do odprowadzania tego gazu ze swoich wyrobisk i dlaczego nie jest możliwe wykorzystanie całości jego ujmowanego wolumenu przez systemy odmetanowania, co skutkuje koniecznością jego spalania lub wypuszczania do atmosfery. Wskazano, że wprowadzenie nowych sposobów zagospodarowania metanu wymaga czasu (i nie ma szans, by zdążyć z tym do roku 2025) oraz olbrzymich inwestycji, na które z kolei nie ma w okresie transformacji źródeł finansowania. Ponadto wreszcie zwrócono uwagę na brak wdrożonych technologii umożliwiających gospodarcze wykorzystanie metanu o niskich stężeniach w szybach wentylacyjnych oraz na fakt, że proponowane regulacje w kontekście zamkniętych i opuszczonych kopalń oparte są o niewiarygodne dane dotyczące m.in. wielkości emisji metanu, co sprawia, że „koszty postępowania z metanem z takich kopalń są nieznane i mogą stać się dużym obciążeniem ekonomicznym dla takich państw jak Polska”.
– Omawiany projekt spowoduje ograniczenie konkurencyjności unijnych przedsiębiorców górniczych, gdyż traktowani będą oni gorzej niż ci spoza tego obszaru, których jedynie zachęca się do wdrażania odpowiednich standardów, a energetyka w takich krajach jak Polska zostanie oparta wyłącznie na węglu z importu, co z oczywistych względów spowoduje poważne obniżenie bezpieczeństwa energetycznego. Izba ostrzegała, że prawdziwym celem tego aktu prawnego nie jest ograniczenie emisji metanu, ale przyspieszenie likwidacji polskich kopalni węgla kamiennego.
Pismo to, dodajmy, otrzymali także m.in. Ministrowie Aktywów Państwowych oraz Klimatu i Środowiska, ówczesny pełnomocnik Rządu do spraw transformacji spółek energetycznych i górnictwa węglowego, a także przewodniczący kilku istotnych dla sektora węglowego, sejmowych komisji. Izba powiadomiła też o sprawie wszystkich polskich eurodeputowanych. Zaalarmowane zostały związki zawodowe i zarządy spółek górniczych. Jeszcze w listopadzie 2021 r. (kiedy treść projektu rozporządzenia była znana głównie z przecieków) Izba powołała zespół roboczy dla zajęcia się tym tematem, w skład którego weszli przedstawiciele spółek węglowych, Spółki Restrukturyzacji Kopalń oraz Głównego Instytutu Górnictwa.
Nie była to bynajmniej jednostkowa inicjatywa Izby. Wracała ona do tego tematu także w kolejnych miesiącach 2022 r. Prezes Janusz Olszowski, jako współprzewodniczący Zespołu Trójstronnego ds. Bezpieczeństwa Socjalnego Górników, dwukrotnie na jego posiedzeniach (w lipcu i listopadzie 2022 r.) zwracał się do przedstawicieli strony rządowej z prośbą o przedstawienie stronie społecznej oficjalnego stanowiska rządu polskiego wobec projektu rozporządzenia metanowego. Reakcją było milczenie.
– Nie dostaliśmy kompletnie żadnej odpowiedzi. Do dnia dzisiejszego nie widzieliśmy oficjalnego stanowiska polskiego rządu w tej sprawie – tak w kwietniu, kiedy wciąż jeszcze ważyły się losy owego dokumentu, mówił w rozmowie z regionalnym portalem SlaZag.pl prezes Olszowski.
– Również spośród wszystkich polskich eurodeputowanych ani jedna osoba nam nie odpowiedziała. Nikt się w ogóle merytorycznie nie ustosunkował do naszego wystąpienia. Jedyna odpowiedź, jaką otrzymaliśmy, to pismo z Kancelarii Prezesa Rady Ministrów, że sprawa została przekazana do Ministerstwa Aktywów Państwowych, po czym z MAP-u otrzymaliśmy podziękowanie za zwrócenie uwagi i obietnicę, że nasze sugestie zostaną wzięte pod uwagę. I na tym się skończyło – przyznał prezes Izby.
Jak podkreślał Janusz Olszowski, żadnej reakcji nie wywołało nawet przedstawione w marcu 2022 r. sprawozdanie z prac powołanego przez prezesa Wyższego Urzędu Górniczego zespołu do spraw analizy wybranych zagadnień związanych z ograniczeniem emisji metanu w energetyce. Sprawozdanie to w pełni potwierdziło wcześniejsze sygnały Izby ostrzegającej, że niemal żadna z polskich kopalń nie spełnia proponowanych przez Komisję Europejską wymogów.
Jeszcze przed posiedzeniem Rady Unii Europejskiej w grudniu 2022 r. za pośrednictwem Europejskiego Stowarzyszenia Węgla Kamiennego i Brunatnego EURACOAL Izba wystąpiła z prośbą do górniczych organizacji w 12 państwach UE o stworzenie wspólnego frontu przeciwko projektowanemu rozporządzeniu. Ostatecznie sojuszników udało się znaleźć tylko w Czechach i Słowenii, co jest o tyle zrozumiałe, że dla pozostałych krajów Wspólnoty temat kopalnianego metanu jest kompletnie nieistotny w kategoriach gospodarczych z uwagi na fakt, że po prostu nie mają już sektora górnictwa węgla kamiennego.
– Oczekiwaliśmy, że w ramach inicjatywy rządowej również polskie władze spróbują z innymi państwami stworzyć jakąś koalicję mającą ten projekt zablokować na poziomie Rady UE, ale ani eurodeputowani, ani przedstawiciele rządu polskiego nie zrobili w tym zakresie nic – jeszcze raz zacytujmy wypowiedź prezesa GIPH dla portalu SlaZag.pl.
Oceniając dziś kształt przyjętego 9 maja 2023 r. rozporządzenia metanowego, przedstawiciele Izby dalecy są od entuzjazmu. Zwracają uwagę, że wszystkie przyjęte przepisy w dalszym ciągu są bardzo niekorzystne dla polskiego górnictwa. Jak chociażby ten mówiący o zakazie spalania kopalnianego metanu w pochodni w przypadku projektowej skuteczności niszczenia i usuwania poniżej 99 proc. oraz uwalniania metanu do atmosfery z systemu. Jak wskazuje Izba, oznacza to, że „nadal obowiązuje zakaz uwalniania metanu do atmosfery z systemu odmetanowania, jak i zakaz spalania metanu w pochodniach, bowiem spalanie ze skutecznością 99 proc. obecnie jest niemożliwe do osiągnięcia”. Izba argumentuje ponadto, że przyjęty już w grudniu 2022 r. w ramach prac w Radzie UE limit 5 ton metanu na 1000 ton wydobytego węgla, który ma wejść w życie od 1 stycznia 2027 r., jest niewystarczający dla polskich kopalni, zaś mająca obowiązywać od 1 stycznia 2031 r. wartość 3 ton metanu na 1000 ton wydobytego węgla będzie wskaźnikiem katastrofalnym, bowiem niemożliwym do spełnienia. W tym kontekście GIPH przypomina, że w tym czasie kilku polskich eurodeputowanych wnosiło o ustalenie tego limitu na poziomie 8 ton metanu na 1000 ton węgla, ale nie udało im się tego przeforsować, gdyż działali w osamotnieniu. Zdaniem Izby, duże wątpliwości budzi też stwierdzenie, że progi stosuje się „na kopalnię i na operatora”, gdyż wynika z niego, że progi te powinno się stosować w odniesieniu zarówno do kopalni, jak i spółki węglowej, która posiada kilka kopalń. Jak oceniono, żadnym sukcesem nie jest również wprowadzony przepis rozporządzenia odnoszący się do możliwości stworzenia przez państwa członkowskie UE specjalnego systemu zachęt do redukcji emisji metanu, do którego miałyby trafiać pieniądze pobierane za naruszanie przepisów rozporządzenia.
– W dotychczasowym stanie prawnym nic nie stało na przeszkodzie, aby środki publiczne, w tym również pochodzące od spółek węglowych, kierować na przedsięwzięcia związane z ograniczaniem emisji metanu czy na gospodarcze wykorzystanie tego gazu – wskazuje w swej analizie Izba.
– Mając na uwadze powyższe, mówienie o tym, że osiągnięto zwycięstwo w postaci tzw. kompromisu metanowego i nagłaśnianie tego wszem i wobec, jest po prostu śmieszne. Gdyby przedstawiciele polskiego rządu, eurodeputowani i niektórzy związkowi liderzy podjęli odpowiednie działania co najmniej rok wcześniej, mogłyby one okazać się skuteczne i wówczas nie byłoby potrzeby organizować wielkiej akcji PR-owej, aby przekuć porażkę w sukces – komentują władze GIPH.
Michał Wroński, dziennikarz regionalnego serwisu SlaZag.pl