Biuletyn Górniczy 10-12 (326-328)

  1. Rząd apeluje, by nie kupować węgla na zapas. Polacy tymczasem jadą do Czech – 4
  2. Dobre pierwsze półrocze kopalni Bogdanka – 5
  3. Czesi wracają do fedrowania węgla. Także rękoma polskich górników – 6
  4. Biedaszyby: opowieść heroiczna – 10
  5. Boguszów-Gorce bez kopalń, lecz z pamięcią o nich – 12
  6. Rząd wesprze oszczędzających prąd – 14
  7. Niemcy wracają do atomu i węgla – 15
  8. Likwidacja kopalni Olkusz-Pomorzany w ogniu krytyki – 16
  9. Kopalnia Barbara posłuży jako poligon do magazynowania dwutlenku węgla – 19
  10. W Polsce prąd jest jednym z najtańszych w Europie. Ale dla Polaka wciąż jest za drogi – 20
  11. Kopalnia Centrum stanie się pompownią wód dołowych – 21
  12. Pociągiem na szychtę? – 22
  13. Słoneczne farmy rosną w cieniu węglowych elektrowni – 25
  14. Jaskinia Głęboka w Podlesicach z górniczym rodowodem – 28
  15. Potrącanie kar umownych znów możliwe – 29
  16. Czas próby polskiego ciepłownictwa – 31
  17. Związkowcy wymusili gwarancje od ArcelorMittal Polska – 32
  18. UE zainwestuje w wodór olbrzymie pieniądze. To pomysł jak w przyszłości uwolnić się od rosyjskich surowców… – 33
  19. Wraz z partnerami GIPH uczestniczy w realizacji projektu ROPT – 34

Czesi przeprosili się z węglem i chcą go wydobywać dłużej niż jeszcze niedawno planowali. Znów potrzebują więc ludzi do pracy pod ziemią i znów szukają ich za miedzą, w Polsce. Najbardziej pożądani są oczywiście doświadczeni górnicy, ale popyt jest tak wielki, że pracę znajdą nawet „żółtodzioby” bez wcześniejszej znajomości górniczego fachu.

Śląscy górnicy pod własną „grubą” kuszeni są ofertami zza Olzy

– Poszukujemy górników, ślusarzy, pracowników bez kwalifikacji oraz pracowników dozoru (…) Oferujemy zatrudnienie na podstawie umowy o pracę minimalnie do końca roku 2025 oraz dobre warunki pracy i płacy – ogłoszenia o takiej właśnie treści zaczęły się latem pojawiać w sąsiedztwie śląskich kopalń. Zainteresowani mogli „od zaraz” liczyć na zatrudnienie pod ziemią w Republice Czeskiej, w tamtejszym Ostrawsko-Karwińskim Zagłębiu Węglowym, oraz na bezpłatne zakwaterowanie w hotelu po czeskiej stronie granicy (skąd we wspólnych grupach mieliby dojeżdżać na „grubę”). Jak tłumaczyli wówczas przedstawiciele Przedsiębiorstwa Budownictwa Górniczego Alpex (bo to ono w ten właśnie sposób kusiło przed śląskimi kopalniami do pracy za Olzą), na początek w grę wchodziło zatrudnienie kilkudziesięciu osób. Najlepiej górników lub emerytów górniczych, ale osoby spoza sektora wydobywczego również miały szansę na angaż. – Kiedyś mieliśmy piekarza i policjanta – usłyszeliśmy w bytomskim Alpexie, bodaj największej polskiej firmie działającej jako podwykonawca w czeskim sektorze górniczym.

Chętnych do pracy w czeskich kopalniach szukają polscy podwykonawcy, ale oferty składa także samo OKD – państwowy koncern, będący właścicielem kopalni ČSM w Stonawie niedaleko Karwiny, ostatniej już czynnej „grubie” w Republice Czeskiej. Zakres obowiązków ma obejmować wykonywanie prac górniczych przy drążeniu chodników, ustawianie obudowy chodnika, jej okładanie i wypełnianie wyłomów, a także współpracę przy pozostałych robotach podczas drążenia. Wymagania? M.in. praktyka dołowa w ścianie lub drążeniu chodników, podstawowa znajomość języka czeskiego i „doskonały stan zdrowia”. W zamian za to spółka proponuje m.in. pracę na etacie, zarobki rzędu 8000-9300 zł miesięcznie, ubezpieczenie emerytalne w wysokości do 9600 CZK za rok, dodatek na wyżywienie w stołówkach zakładowych, dofinansowanie wypoczynku dla dzieci, a także karnety na zajęcia sportowe, rehabilitację, wypoczynek i kulturę.

Czesi dostrzegli trzy zasadnicze powody, aby fedrować dłużej

Polskich górników na czeskich kopalniach można było spotkać od wielu lat. Bliskie sąsiedztwo, duża podaż wykwalifikowanych fachowców w tej branży po polskiej stronie granicy oraz – jak można było usłyszeć – niewielka ochota samych Czechów do podejmowania pracy pod ziemią sprawiały, że specjalistów z Polski witano tam z otwartymi ramionami. W szczytowym momencie liczba polskich pracowników w czeskich kopalniach węgla kamiennego sięgała 1800 osób. Wraz z wygaszaniem kolejnych zakładów popyt ten jednak siłą rzeczy spadał (pandemiczne zawirowania i czasowe zablokowanie możliwości przekraczania granicy nie ułatwiły sytuacji), a perspektywa mającego nastąpić w połowie roku 2023 ostatecznego rozbratu Czechów z węglem wskazywała, że dni naszych górników za Olzą są już policzone.

Po rosyjskiej agresji na Ukrainę i wywołanej tym eskalacji zawirowań na rynku surowców zaczęto jednak przebąkiwać, że może ów rozbrat nie nastąpi tak szybko jak to początkowo zakładano. Głosy takie zaczęły wiosną tego roku pojawiać się ze strony państwowego koncernu OKD, jak też władz krajowych oraz samorządowych.

– Jeśli gaz i węgiel przestaną płynąć z Rosji i Ukrainy, to chyba czas ponownie rozważyć decyzję o zamknięciu naszych kopalń węgla kamiennego – stwierdził w marcu Jakub Unucka, zastępca hejtmana Kraju Śląsko-Morawskiego, a przedstawiciele OKD poinformowali, że jeszcze przed rosyjską inwazją na Ukrainę spółka rozpoczęła przygotowania do ewentualnego planu przedłużenia wydobycia do 2025 r. (przygotowane dla niej przez PWC i DMT analizy miały pomóc w ustaleniu tego ile węgla koncern ma wydobyć, czy posiada wystarczającą liczbę pracowników i czy istnieje model ekonomiczny, który pozwoli mu kontynuować działalność).

To, co z początkiem roku było zaledwie wariantem godnym rozważenia, kilka miesięcy później stało się pewnikiem. Z końcem czerwca władze OKD oficjalnie poinformowały, że koncern przedłuży wydobycie węgla kamiennego w kopalni ČSM co najmniej do końca roku 2023. Jak tłumaczył Zbyněk Stanjura, minister finansów Republiki Czeskiej, decyzja taka wynikała z trzech zasadniczych przesłanek.

– Po pierwsze ze starań rządu i Ministerstwa Finansów o zapewnienie wystarczającej ilości węgla na co najmniej dwa kolejne sezony grzewcze, po drugie z ogromnego popytu ze strony odbiorców krajowych, spowodowanego dostawami węgla kamiennego ze wschodu w związku z rosyjską agresją w Ukrainie, a po trzecie z odpowiednio wysokich cen węgla kamiennego na światowych rynkach, które utrzymują zysk OKD – wyjaśniał minister Stanjura. Co istotne, przedstawiciel czeskiego rządu ujawnił równocześnie, że z uwzględnieniem bardzo trudnej i niepewnej obecnie sytuacji w całym sektorze energetycznym, prowadzone są rozmowy z kluczowymi klientami OKD na temat możliwości wydobycia do 2025 r.

– O ewentualnej kontynuacji wydobycia w kopalni ČSM chcemy zadecydować najpóźniej w pierwszej połowie przyszłego roku – zapowiedział Roman Sikora, prezes zarządu OKD.

Doświadczeni górnicy na wagę złota. Szkolenie nowicjuszy zajęłoby około roku

W ślad za tymi deklaracjami, czeska spółka natychmiast rozpoczęła zakrojoną na szeroką skalę rekrutację nowych pracowników na kopalnię – górników, elektryków, ślusarzy i innych specjalistów. Mieli oni wypełnić lukę po tych, którzy przeszli w ostatnim czasie na emeryturę, bądź z powodów zdrowotnych odeszli z branży. Odzew był natychmiastowy, co zaskoczyło nawet władze OKD.

– Zaraz po opublikowaniu informacji o rozszerzeniu wydobycia zaczęli zgłaszać się ludzie chcący do nas dołączyć. Niektórzy chcą wrócić, pracowali już u nas, zgłaszają się też nowi – mówił pod koniec sierpnia prezes Roman Sikora. Jak doprecyzowywał, liczba kandydatów szła w dziesiątki, co jednak jak na potrzeby koncernu było poziomem w zupełności satysfakcjonującym. Kolejny raz też potwierdził, że zarząd spółki pracuje nad przedłużeniem zezwolenia na wydobycie węgla na kolejny okres, co „pozwoliłoby zapewnić dostawy dla ważnych odbiorców do 2025 r.” (fakt, że polscy podwykonawcy obiecują nowym pracownikom zatrudnienie minimalnie do końca roku 2025 wydaje się świadczyć o tym, że przekonanie o realności tej daty jest dość powszechne). W sumie, jak w połowie października poinformowały służby prasowe koncernu, zainteresowanie zatrudnieniem w spółce wyraziło ponad 260 osób, z czego ok. jedna czwarta spełniać miała wymagania do pracy pod ziemią. Dzięki temu tylko w tym miesiącu spółka mogła przyjąć na stan załogi ponad 20 górników.

– Doświadczenie kandydatów w pracy pod ziemią jest dla nas bardzo ważne. Szkolenie pracowników bez doświadczenia w górnictwie zajęłoby około roku – podkreślał Radim Tabášek, dyrektor wykonawczy OKD.

Obecnie, dla czeskiej spółki pracuje ok. 3300 osób, wliczając do tego również ok. 700 pracowników firm z nią kooperujących. Władze koncernu szacują, że taka liczba zatrudnionych powinna wystarczyć w razie ewentualnego przedłużenia wydobycia, choć nie oznacza to, że nowych przyjęć już nie będzie.

– Musimy uporać się z naturalnymi odejściami i zastąpić je wykwalifikowanymi pracownikami. To dziesiątki pracowników – zwraca uwagę prezes Roman Sikora podkreślając, że jakiekolwiek rozszerzenie wydobycia w ogromnym stopniu zależy od „wykwalifikowanych i pracowitych ludzi”. Jak ocenia, na razie wygląda jednak na to, że z uzupełnieniem załogi nie powinno być problemu, gdyż chętnych w dalszym ciągu nie brakuje. I wygląda na to, że ma dobre rozeznanie.

– Poszukuje pracy jako górnik, obecnie przebywam w Czechach, lecz pracuje jako pracownik produkcji w firmie Škoda. W przeszłości pracowałem w górnictwie na stanowisku młodszy górnik p/z, moje doświadczenia to praca w przodku (…) mój staż w górnictwie to 8,5 roku. Obecna praca mnie nie satysfakcjonuje, wolałbym kontynuować pracę w górnictwie – maila z takim właśnie „wyznaniem” otrzymał piszący te słowa, kiedy jesienią ponownie zaczął sondować sytuację kadrową w czeskim górnictwie. I choć trudno z odosobnionego przypadku wyciągać daleko idące wnioski, to jednak trudno nie zauważyć korelacji z sygnałami płynącymi z OKD.

Powrót węgla do gry ma sens – ocenia czeski samorządowiec. Ale decyzję podejmie rząd

Tymczasem nie jest wcale powiedziane, że przedłużenia wydobycia w kopalni ČSM, to ostatnie słowo Czechów w rewizji ich stosunku do węgla kamiennego. Z początkiem października czeskie media podały bowiem, że do końca tego właśnie miesiąca powinna zakończyć się analiza dotycząca możliwości wznowienia fedrowania w zamkniętych niedawno kopalniach Darkov i ČSA (ta druga zakończyła działalność zaledwie w lutym 2021 r.). W ich złożach „do wzięcia” miałoby być ok. 14 milionów ton węgla kamiennego, czyli mniej więcej 10 razy tyle, ile rocznie wydobywa kopalnia ČSM,. Decyzję w sprawie ewentualnego ponownego sięgnięcia po nie miałoby podjąć Ministerstwo Przemysłu i Handlu, które przedstawi rządowi stosowną rekomendację.

– Przygotowujemy analizę w związku z bieżącymi wydarzeniami w sektorze energetycznym, dotyczącą paliw i surowców, w tym konieczności wzmocnienia bezpieczeństwa energetycznego – przekazała czeskiemu serwisowi Idnes.cz Jana Dronská, rzeczniczka państwowego przedsiębiorstwa Diama, które przejęło oba wspomniane zakłady po ich zamknięciu od OKD. Miałaby to być odpowiedź na zapotrzebowanie dużych klientów w regionie, którzy deklarowali zainteresowanie węglem kamiennym przez kolejne pięć lat (w tym kontekście wymieniana jest np. ciepłownia Ostrawie-Třebovicach, która ma zgłaszać zapotrzebowanie na to paliwo co najmniej do roku 2028, kiedy to zostanie do niej doprowadzony gazociąg). Wspomniana analiza miałaby dać odpowiedź na pytanie o to, na jakich warunkach i w jakim czasie możliwe byłoby wznowienie wydobycia w obu wspomnianych kopalniach, i co taka ewentualna decyzja oznaczałaby w kontekście technologicznym, kadrowym i prawnym.

– Biorąc pod uwagę obecną sytuację, powrót węgla do gry zdecydowanie ma sens – stwierdza na swoim profilu w mediach społecznościowych Ivo Vondrák, hejtman (odpowiednik marszałka) Kraju Morawsko-Śląskiego, który zresztą już od wiosny zabiegał o przedłużenie wydobycia w Ostrawsko-Karwińskim Zagłębiu Węglowym.

Do pracy pod ziemią więcej chętnych magazynierów, czy piekarzy niż górników

– Czesi dziś potrzebowaliby z Polski ok. 200-250 górników, którzy potrafią wydobywać węgiel pod ziemią, pracować w ścianach i w przodkach. Potem jeszcze zleciliby roboty udostępniające firmom obcym. I tym potencjałem kadrowym mogliby dojść do poziomu co najmniej 3-3,5 mln ton węgla, który jest im potrzebny – tak skomentował na antenie Radia Piekary sytuację w czeskim górnictwie Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki i zarazem prezes Stowarzyszenia Inżynierów i Techników Górnictwa w Polsce. Podkreślił przy tym, że Czesi zdecydowali się na rewizję swojejj polityki względem węgla kamiennego, mimo że ich energetyka oparta jest przede wszystkim na węglu brunatnym oraz elektrowniach atomowych, a węgiel kamienny w ich miksie energetycznym stanowi raptem kilka procent, co oznacza, że zawirowania na rynku tego paliwa nie mają dla nich ich tak poważnych konsekwencji.

– Dla nich węgiel kamienny nie jest aż tak ważny, a mimo to sięgają po wzrost wydobycia – mówił Markowski. Jak zastrzegł, Czesi mają perspektywę na przedłużenie fedrowania w swoich kopalniach pod warunkiem wszakże, iż znajdą dość ludzi do pracy pod ziemią.

– Bo oni też zastosowali mechanizm silnej redukcji zatrudnienia poprzez różnego rodzaju odprawy i dzisiaj naprawdę nie mają kim pracować. I stąd oferta skierowana do polskich górników – stwierdził Markowski.

Co ciekawe, o ile sygnały płynące bezpośrednio z OKD wskazują na to, że problemu ze zgromadzeniem chętnych do pracy pod ziemią nie ma, to już polscy podwykonawcy widzą sprawę zdecydowanie mniej optymistycznie. Wedle ich narracji, nawet w sercu Górnego Śląska znalezienie dziś osób z górniczymi kwalifikacjami bynajmniej nie jest łatwe.

– Kiedyś byli ludzie po szkołach górniczych, a dziś do górnictwa mało kto się garnie. Efekt jest taki, że – mówiąc nieco obrazowo – mamy więcej magazynierów, czy piekarzy niż górników. Ale nawet ich bierzemy, bo w Czechach droga do pracy pod ziemią jest łatwiejsza niż w Polsce. Tam wszystko w górnictwie odbywa się w oparciu o kursy, u nas natomiast przede wszystkim liczą się szkoły – słyszymy w bytomskim Alpexie.

– W każdym miesiącu mamy dwie daty wprowadzenia, kiedy odbywają się szeroko zakrojone szkolenia nowych pracowników. Muszą przejść jedno lub trzydniowe szkolenie wstępne, zgodnie z obowiązującymi przepisami – wyjaśnia ten mechanizm Radomír Štix, dyrektor HR OKD.

Ostatnia czeska „gruba” fedruje od ponad półwiecza

Pod koniec roku 2023 kopalnia ČSM w Stonawie, ostatnia (przynajmniej na dziś) „gruba” w Republice Czeskiej skończy 55 lat działalności. Pierwszy urobek wyjechał w grudniu 1968 r. z głębokości 570 m pod ziemią. Dzięki przeprowadzonej w latach 90-tych XX w. i pierwszej dekadzie XXI stulecia rozbudowie zakładu, jego żywotność została znacznie wydłużona w stosunku do pierwotnych założeń. Najgłębszy z szybów kopalni ma ponad 1100 m. Tegoroczne wydobycie ma sięgnąć ok. 1,3 mln ton (eksploatowane przez tą kopalnie złoża sąsiadują z tymi, z których przed laty fedrowała węgiel nieistniejąca już KWK Morcinek). Większość z tego wykorzystywana jest na rynku czeskim, reszta trafia do klientów w ościennych krajach. W grudniu 2018 r. w kopalni tej doszło do wybuchu metanu, wskutek czego śmierć poniosło 13 górników (12 Polaków i jeden Czech).

Na urlopie górniczym „u Czecha” pracować nie można. Ale po wzięciu odprawy – owszem

Czy w czeskim górnictwie mogą pracować polscy górnicy, którzy odeszli z likwidowanych kopalń w Polsce? To zależy na jakich warunkach z nich odeszli. W przypadku skorzystaniu z jednorazowej odprawy pieniężnej zapisy Ustawy (z dnia 7 września 2007 r.) o funkcjonowaniu górnictwa węgla kamiennego w żaden sposób nie ograniczają możliwości podjęcia pracy pod ziemią. Inaczej to już jednak wygląda w przypadku osób, które skorzystały z urlopu górniczego i w ten sposób odeszły z kopalni. Zgodnie ze wskazaną powyżej ustawą, osoba korzystająca z urlopu górniczego lub urlopu dla pracowników zakładu przeróbki mechanicznej węgla traci to uprawnienie m.in. w sytuacji, gdy w czasie korzystania z niego „podjęła zatrudnienie na podstawie stosunku pracy lub umowy cywilnoprawnej na powierzchni w przedsiębiorstwie górniczym albo pod ziemią”. Co istotne, skutek taki pojawia się nie tylko w razie podjęcia pracy pod ziemią w Polsce. – Uzasadnione jest też stanowisko, że osoba przebywająca na urlopie górniczym traci uprawnienie do tego świadczenia, podejmując zatrudnienie pod ziemią w kopalniach poza granicami RP – ocenia Spółka Restrukturyzacji Kopalń.

Michał Wroński, dziennikarz serwisu SlaZag.pl

Belgia, Holandia, Francja a nawet Niemcy – tam ceny prądu są niższe niż w Polsce. Ale poza tym, nie mamy na co narzekać. Tak przynajmniej przekonują nas politycy. Patrząc na mapę Europy i stawki, jakie trzeba zapłacić za megawatogodzinę, Polska wciąż nie powinna mieć powodów do zmartwień. Jest jedno „ale” . Ceny wzrosły w Polsce drastycznie. A te kraje, które postawiły na OZE jak Hiszpania, dziś mogą spać spokojnie.

Tyle teoria. Praktyka jest jednak taka, że Polacy płacąc obecnie około 130 Euro za MWh, przy swojej przeciętnej pensji nie mogą się równać ani z Niemcami – gdzie cena jednej kilowatogodziny wynosi 121 Euro, ani nawet z Francją, gdzie cena dobiła do 110 Euro – to dane z 26 października tego roku podawane przez portal EnergyinEu.

Rok temu ceny na polskiej giełdzie były najwyższe w Europie. To się jednak zmieniło. Jesteśmy obecnie średniakiem. Problem w tym, że cena jaką musi zapłacić Kowalski albo przedsiębiorca mocno ogranicza nasze możliwości, zwłaszcza jeśli mamy konkurować na rynku z innymi przedsiębiorcami. Co nie mniej ważne – ceny energii skutecznie napędzają inflację w Polsce.

Dlaczego jest tak drogo?

Nie tylko z powodu wojny Rosji z Ukrainą. Przede wszystkim z powodu cen emisji CO2. Polskie elektrownie przez ostatnie lata mało inwestowały w OZE. Wciąż opieramy nasze moce na węglu. Brunatnym i kamiennym.

I wciąż polskie elektrownie muszą płacić olbrzymie kwoty za uprawnienia do emisji dwutlenku węgla.

1 megawatogodzina to mniej więcej jedna tona dwutlenku węgla wyemitowana do atmosfery. Jeśli spojrzeć na to, ile koncerny energetyczne muszą płacić za uprawnienia do emisji CO2 – obecnie ponad 65 Euro za tonę, już widać, że prąd w Polsce tani być nie może.

I nie będzie. Unia Europejska, mimo zawirowań na rynku gazu i surowców, nie zmienia swojej polityki klimatycznej. Rząd mimo, że zarabia na sprzedaży praw do emisji CO2, wciąż za mało stymuluje inwestycje w OZE.

Na dodatek, ceny węgla poszybowały do nie notowanych od lat wartości. Efekt? Koncerny energetyczne, które dzięki długoterminowym umowom nie płacą jeszcze za węgiel tak dużo, jakby mogły, muszą dopłacać sporo z tytułu emisji CO2. Wytworzenie prądu z węgla kosztuje dziś coraz więcej.

Co prawda chcemy budować elektrownie atomowe, ale to wciąż odległa perspektywa. Z kolei małe elektrownie atomowe, w które chcą inwestować m.in. KGHM czy PKN Orlen będą służyć przede wszystkim samym koncernom.

Polska ma i tak szczęście, bo nasze elektrownie węgiel zamawiały i kupowały po znacznie niższych cenach, niż wynika to z obecnych notowań na rynku. Branża nie płaci za tonę węgla 3 tys. złotych, lecz kilkaset złotych. To zasadnicza różnica.

Kłopot w Polsce zacznie się wtedy, gdy zabraknie węgla. Naszego krajowego i tego, który jesteśmy w stanie zaimportować.

To dlatego premier Mateusz Morawiecki zachęca do oszczędności gospodarstwa domowe, i dlatego nakazuje administracji i samorządom ograniczenie zużycia prądu o 10 procent.

Bez tych poświęceń, w Polsce zabraknie prądu. Znów w ostatnich miesiącach staliśmy się importerem energii netto.

Ratunkiem może być już wspomniane OZE. Z miesiąca na miesiąc rośnie udział prądu w naszych gniazdkach właśnie z OZE. Nie, nie zainwestowaliśmy tak szybko i tak dużo w OZE.

Zaczęło mocniej wiać! Dosłownie.

Jesień i zima w Polsce mimo zawirowań powinny być, mimo wszystko, w miarę spokojne. Odbiorcę domowego będą ratować przed drastycznym wzrostem cen prądu wprowadzone przez rząd rozwiązania. To nie oznacza, że będzie tanio i że cena prądu nie wzrośnie. Nie oznacza to też, że nie odbije się to na naszych portfelach.

Oznacza jednak, że przetrwamy najbliższe miesiące. Choć mniej będziemy świecić. I może też częściej korzystać ze świec.

Jarosław Adamski

Polskie ciepłownictwo stoi na środku skrzyżowania.

Nadchodząca zima będzie wielkim testem dla polskiego ciepłownictwa. W Polsce ok. 68 proc. ciepła wytwarza się z węgla. Duże firmy ciepłownicze poradzą sobie z dostępnością surowca, mniejsze mogą mieć problem.

Polskie ciepłownictwo stoi przed strategicznym wyborem. Obecna sytuacja na rynku węgla, w tym wyzwania związane z dostępnością i cenami tego surowca, skłoni z pewnością część firm ciepłowniczych do rozejrzenia się za alternatywnymi paliwami.

Coraz mniej węgla w polskim ciepłownictwie

Udział węgla jako paliwa w sektorze ciepłowniczym nieznacznie, ale systematycznie, maleje od lat. W polskim ciepłownictwie dominują w dalszym ciągu paliwa węglowe, których udział w 2020 r. stanowił 68,9 proc. paliw zużywanych w źródłach ciepła (jest to niemal w całości węgiel kamienny). Dla porównania, w 2019 r. było 71 proc., w 2018 r. − 72,5 proc., a w 2017 r. − 74 proc.

Łącznie, jak podaje Urząd Regulacji Energetyki (URE), od 2002 r. udział węgla obniżył się o 12,8 punktu procentowego. W tym samym czasie zaobserwowano natomiast wzrost udziału paliw gazowych (o 6,9 punktu procentowego) i źródeł odnawialnych (o 7,2 punktu procentowego).

Z wyliczeń URE wynika, że w 2020 r. wytwarzaniem ciepła zajmowało się w Polsce blisko 370 przedsiębiorstw ciepłowniczych. Wytworzyły one, łącznie z ciepłem odzyskanym w procesach technologicznych (odzysk ciepła), 393,8 tys. TJ ciepła, co oznacza spadek o 1,6 proc. w stosunku do roku wcześniejszego.

W 2020 r. udział ciepła z kogeneracji wynosił 65,2 proc. produkcji ciepła ogółem, podobnie jak w 2019 r. Jeśli chodzi o udział liczby przedsiębiorstw wytwarzających ciepło w kogeneracji, mamy również do czynienia z sytuacją bliską stabilizacji. Spośród 370 przedsiębiorstw wytwarzających ciepło, 128 z nich wytwarza ciepło również w kogeneracji (34,6 proc.). Udział przedsiębiorstw wytwarzających ciepło w kogeneracji w 2019 r. wynosił 33,3 proc.

Drogie CO2 prowadzi do strat

Duża część firm produkujących ciepło jest w bardzo trudnej sytuacji, co widać na przykładzie jednego z największych niezależnych przedsiębiorstw, czyli Elektrociepłowni Będzin. Strata z działalności operacyjnej wyniosła w pierwszym półroczu 2022 r. ok. 105,9 mln zł w porównaniu do straty w wysokości ok. 35,4 mln zł w pierwszym półroczu 2021 r. Strata netto w pierwszym półroczu 2022 r. wyniosła ok. 112,1 mln zł w porównaniu do straty netto w pierwszym półroczu 2021 r. w wysokości ok. 44,7 mln zł.

EC Będzin wskazuje, że kluczowym czynnikiem wpływającym na wynik operacyjny oraz netto była konieczność zaksięgowania wzrostu cen uprawnień do emisji CO2 z poziomu 74,57 euro na koniec 2021 r. do poziomu 84,54 euro na koniec pierwszego półrocza 2022 r. Wielomilionowe opłaty za CO2 ponoszą także inne firmy ciepłownicze. Z zestawienia przygotowanego przez Portal Samorządowy wynika, że Zakład Energetyki Cieplnej w Bolesławcu w 2020 r. wydał na zakup uprawnień do emisji dwutlenku węgla 3,8 mln zł. W tym roku przewiduje, że będzie to już 10,5 mln zł. To więcej niż wyda na zakup węgla. 10 mln zł na ten cel będzie musiał przeznaczyć w 2022 r. Miejski Zakład Energetyki Cieplnej w Kole. W większych miastach będą to jednak dużo większe kwoty. Np. w tarnowskim MPEC ma być to 29,2 mln zł (choć jeszcze w 2020 r. było to 5,5 mln, a w 2018 r. – 2,8 mln zł), a w Siedlcach – 50 mln zł.

Reformy ETS szybko nie będzie

Te sumy robią jeszcze większe wrażenie, gdy poda się procentowy udział opłat za emisję CO2 w kosztach produkcji ciepła. W tarnowskim Miejskim Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej stanowił on w 2018 r. tylko 9 proc., w 2020 r. – 15 proc., a w tym roku ma sięgnąć 43,3 proc. W PEC Gliwice w roku obrotowym 2020/2021 było to 16,3 proc., a plan na rok obrotowy 2022/2023 to 32 proc.

W Przedsiębiorstwie Energetyki Cieplnej w Ciechanowie koszty związane z zakupem uprawnień do emisji dwutlenku węgla jeszcze w 2018 r. odpowiadały 9 proc. jego przychodów, w 2020 r. – 18 proc., w 2021 r. – 32 proc., a w tym roku może to być nawet 40 proc.

Jeszcze bardziej dramatycznie to wygląda, jeśli spojrzy się na udział tych wydatków w kosztach zmiennych ciechanowskiego PEC. Cztery lata temu było to 30 proc., w zeszłym roku już 47,7 proc., a w 2022 r. aż 48,8 proc. – tyle samo, ile stanowi udział w tych kosztach zakupu paliwa.

Polski rząd postulował reformę europejskiego systemu handlu emisjami CO2 (EU ETS), w tym m.in. zamrożenie cen uprawnień do emisji CO2 na poziomie 30 euro za tonę, ale te pomysły nie zdobyły wielkiego poparcia i na razie nie zanosi się na to, żeby jakieś poważniejsze zmiany miano tu wprowadzić.

Ucieczka do przodu

Dlatego firmy ciepłownicze szukają różnych dróg ucieczki do przodu. Sporo z nich buduje, lub planuje budowę, spalarni odpadów. Takie plany ma np. EC Będzin, która we wrześniu 2022 r. zapowiedziała, że w ciągu pięciu lat wybuduje nowy blok energetyczny zasilany paliwami alternatywnymi. Jego nominalna moc cieplna ma wynieść 23,7 MW. Inwestycja jest na etapie procedury dokumentacyjnej i projektowej.

– Energia będzie mogła być produkowana z odpadów komunalnych, które nie nadają się do recyklingu. To, czego nie będzie można ponownie wykorzystać, zamiast zostawiać na składowiskach i zanieczyszczać środowisko, zostanie przerobione na energię cieplną i elektryczną – wyjaśnia spółka. Rocznie, w nowej jednostce ma być spalane do 100 tys. ton odpadów.

Obecnie w Polsce trwa budowa spalarni odpadów w Olsztynie. Instalacja będzie wyposażona w turbozespół o mocy 12 MW elektrycznych i ok. 27 MW termicznych. Przepustowość instalacji wyniesie ok. 110 tys. ton paliwa RDF rocznie. Przekazanie obiektu do eksploatacji zaplanowano na lipiec 2023 r.

Trwa także budowa spalarni w Gdańsku, o przepustowości 160 ton odpadów rocznie, Przekazanie instalacji do użytkowania zaplanowane jest na koniec 2023 r.

Inne firmy stawiają z kolei na biomasę. Tak zrobiła np. grupa ZE PAK, która w czerwcu 2022 r. uruchomiła blok na biomasę o mocy 50 MW w Elektrowni Konin. To druga taka jednostka grupy, bo od kilku lat działa tam inny blok biomasowy, także o mocy 50 MW.

Obecna sytuacja międzynarodowa (w tym wojna na Ukrainie i turbulencje na rynkach paliw) sprawia, że plany i prognozy sprzed kilku miesięcy, jak np. duże zwiększenie wykorzystania gazu ziemnego w ciepłownictwie, są już nieaktualne. Trzeba więc wypracować nowe rozwiązania, które uwzględniłaby obecną sytuację.

Dariusz Ciepiela
Autor jest dziennikarzem portalu WNP.PL i magazynu Nowy Przemysł

Zobacz pozostałe numery

Sporo się u nas dzieje.

Bądź zawsze na bieżąco.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Ta witryna jest zarejestrowana na wpml.org jako witryna deweloperska. Przełącz na klucz witryny produkcyjnej, aby remove this banner.