Biuletyn Górniczy Nr 1-2 (235-236)

Brak informacji.

Dyskusję o aktywizacji gospodarczej jest niestety o dobre kilkanaście lat spóźniona!
Awantura z początku roku 2015, kiedy przedstawiono plany zamknięcia czterech kopalń Kompanii Węglowej, ma swój pozytywny skutek w postaci dyskusji nad aktywizacją gospodarczą województwa śląskiego i małopolskiego. Rządowy program dla Śląska i Małopolski ma być gotowy na przełomie marca i kwietnia br.

Zapewne wielu – być może nawet większość – górników dobrowolnie odeszłoby z pracy w kopalni, gdyby mieli możliwości zdobycia innej pracy o porównywalnej lub lepszej płacy. Skoro takiej możliwości nie mają, to bronią miejsc pracy w kopalniach, nie chcąc powiększyć grupy osób bezrobotnych.

Plan likwidacji czterech kopalń w naturalny sposób musiał przełożyć się na wzrost bezrobocia. Choć rząd oferował zwalnianym pracownikom kopalń osłony finansowe, to nie były to jednak nowe miejsca pracy. Innym spodziewanym efektem zamknięcia czterech kopalń jest zmniejszenie zatrudnienia także w firmach pracujących na rzecz górnictwa.

Bytom, czyli porażka restrukturyzacji

W miastach gdzie znajdują się kopalnie, które miały zostać zlikwidowane, problem bezrobocia jest zróżnicowany – stosunkowo najmniej jest dotkliwy w Gliwicach a najbardziej w Bytomiu.

Na koniec listopada 2014 r. w województwie śląskim stopa bezrobocia wyniosła 9,6 proc., jako bezrobotni zarejestrowanych było wtedy 176,1 tys. osób. W woj. śląskim największy poziom bezrobocia od dawna utrzymuje się w Bytomiu – na koniec listopada 2014 r. bez pracy – 19,1 proc. (czyli 10 323 osoby) mieszkańców tego miasta.

Kopalnia Sośnica-Makoszowy, która była przeznaczona do likwidacji, leży na terenie Gliwic i Zabrza. Choć są to sąsiednie miasta, to różnią się pod względem wysokości bezrobocia. Na koniec listopada stopa bezrobocia w Gliwicach wyniosła 6,5 proc. (bez pracy było 6773 osoby) podczas gdy w Zabrzu prawie dwa razy więcej, bo 12,3 proc. (choć w liczbach dużej różnicy nie ma, bo w Zabrzu bez pracy było 7254 osoby).

W Rudzie Śląskiej, gdzie znajduje się kopalnia Pokój, stopa bezrobocia wynosiła 7,9 proc. (bez pracy było 3607 osoby).

Na koniec listopada 2014 r. średnia stopa bezrobocia w województwie małopolskim sięgała 9,7 proc. (bez pracy było 136,3 tys. osób) to mniej niż wskaźnik bezrobocia w całym kraju, który był wtedy na poziomie 11,4 proc.

W powiecie oświęcimskim, do którego należą Brzeszcze, bezrobocie było nieco wyższe niż średnia wojewódzka i wyniosło 11,3 proc., czyli niemal tyle samo, co średnia krajowa. Na koniec listopada 2014 r. w tym powiecie oświęcimskim zarejestrowanych było 5665 bezrobotnych.

Z kolei w Jastrzębiu Zdroju bezrobocie wynosi 9,0 proc. a bez pracy jest 3604 osoby (dane na koniec grudnia 2014 r.).

Lokalny rynek pracy jest w tych miejscowościach zróżnicowany. W Brzeszczach kopalnia jest głównym pracodawcą, w powiecie oświęcimskim jest dość sporo przemysłu, ale nie na tyle, aby móc wchłonąć zwalnianych pracowników zakładu wydobywczego. Jeszcze gorzej jest w Bytomiu, które od lat nie umie się podnieść z kryzysu wywołanego likwidacją miejscowego przemysłu. Na przykładzie tego miasta widać, że programy pomocowe i osłonowe dla zwalnianych pracowników przedsiębiorstw z różnych branż nie działają tak jak powinny. W nieco mniejszym stopniu ten problem jest widoczny także w Zabrzu, gdzie bezrobocie, choć mniejsze niż w Bytomiu, jest wyższe niż średnia dla woj. śląskiego.

Stosunkowo szybko po wycofaniu się z pomysłu likwidacji czterech kopalń rozpoczęto dyskusję o aktywizacji gospodarczej województwa śląskiego i małopolskiego. Dyskusja z pewnością jest potrzebna, tylko o dobre kilkanaście lat spóźniona!

Bytom oraz kilka innych miast regionu z wysokim bezrobociem, jak np. Świętochłowice (15 proc. bezrobocia) i Siemianowice Śląskie (13,8 proc. bezrobocia), ale także powiat częstochowski (18,1 proc. bezrobocia) są dowodem, że dotychczasowe próby ożywienia gospodarczego się nie udały. Szukanie recepty na wzmocnienie lokalnego przemysłu i usług nie może być jednak działaniem doraźnym, lecz musi być kompleksowym, długookresowym programem uwzględniającym nie tylko trudną sytuację w górnictwie, ale także w innych sektorach przemysłu.

-W woj. śląskim jest kilkanaście miast o monokulturze przemysłowej. Należy do nich np. Jastrzębie, gdzie poza kopalniami Jastrzębskiej Spółki Węglowej działają tylko drobne przedsiębiorstwa i firmy usługowe. Podobnie jest w Bytomiu, gdzie już padły firmy hutnicze i górnicze. Tak samo jest w Brzeszczach w województwie małopolskim, gdzie kopalnia jest jedynym dużym zakładem pracy i zapowiedź jej likwidacji musiała budzić rozpacz mieszkańców. O takich miejscowościach musimy stale pamiętać, musimy wyprzedzać zdarzenia, które kiedyś muszą nastąpić. To jest największy grzech, który popełniamy, czyli grzech zaniechania – mając doświadczenie 25 lat transformacji i ciężkich reform, szczególnie na Śląsku, nie potrafimy pewnych rzeczy wyprzedzić i przeciwdziałać negatywnym skutkom z rozsądnym pakietem rozwiązań – mówi Tadeusz Donocik, prezes Regionalnej Izby Gospodarczej w Katowicach, były wiceminister gospodarki.

Jak podpowiada Tadeusz Donocik, do najbardziej skutecznych rozwiązań mogących doprowadzić do tworzenia nowych miejsc pracy po za sektorem górniczym należy wspieranie lokalnej przedsiębiorczości, zwłaszcza małej i średniej, a także rozszerzenie Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej.

-To pozwoli na wyciągnięcie pracowników z górnictwa do nowych miejsc pracy, a wtedy w sposób naturalny proces odchodzenia od górnictwa będzie mniej uciążliwy i mniej niebezpieczny społecznie – ocenia Tadeusz Donocik.

Pakiet pomocowy dla Śląska i Małopolski

-Pracujemy nad pakietem pomocowym dla Śląska i Małopolski, regionów w których zlokalizowane są kopalnie. Naszym założeniem musi być równowaga, rewitalizacja, a przede wszystkim wysokie technologie i nowe otwarcie dla małych i średnich przedsiębiorstw w tych województwach. Potrzebny jest szybki skok gospodarczy regionów, a więc reindustrializacja i wzrost innowacyjności województw – mówiła Ilona Antoniszyn-Klik, wiceminister gospodarki, która uczestniczyła w Bytomiu w spotkaniu z samorządowcami z województw śląskiego i małopolskiego.

W trakcie spotkania Wojciech Saługa, marszałek województwa śląskiego, zwracał uwagę na atuty Śląska.

-Nasze województwo to motor napędowy polskiej gospodarki. Jesteśmy zapleczem testowania i wdrażania nowych technologii. Tu prężnie rozwija się m.in. sektor usług biznesowych, o czym świadczy np. ulokowanie IBM na Śląsku. Chemiczna przeróbka węgla, czyste technologie, rewitalizacja zdegradowanych terenów, czy szkolnictwo zawodowe dopasowane do potrzeb biznesowych to wyzwania dla Śląska – wyliczał Wojciech Saługa.

Przyznał, że region boryka się z wieloma problemami, takimi jak: depopulacja, niska aktywność zawodowa i wysoki stopień zanieczyszczenia środowiska. W ocenie Wojciecha Saługi korzystne byłoby m.in. nieodpłatne przekazanie niewykorzystanego majątku Skarbu Państwa na rzecz samorządów, aby tereny te znalazły się we władaniu miast. Postulował również o zbudowanie instrumentu umożliwiającego tworzenie wolnych stref miejskich – stref aktywności – zapewniających preferencyjne warunki dla biznesu dla sektora małych i średnich firm. Inną zgłoszoną potrzebą byłyby dodatkowe środki z budżetu państwa, nieobwarowane wymogami Komisji Europejskiej, na uzbrojenie terenów pod inwestycje np. przygotowanie terenów dla dużych firm.

Mowa była również o dodatkowych ulgach dla inwestorów wchodzących na teren specjalnych stref ekonomicznych.

– Chcemy rozwijać przedsiębiorczość i innowacyjność, musimy więc zaproponować więcej zachęt, takich jak np. preferencyjne pożyczki na inwestycje dla firm, które zatrudnią osoby odchodzące z górnictwa z możliwością umorzenia spłat przy utrzymaniu miejsc pracy. Potrzebny jest też specjalny system finansowania dla inkubatorów przedsiębiorczości, start-upów, klastrów, parków przemysłowo-technologicznych ukierunkowanych na innowacje – przekonywał Wojciech Saługa.

Aktywizacja zawodowa

Propozycje władz woj. śląskiego dotyczą także pakietu społecznego, w tym m.in. aktywizacji zawodowej osób zwalnianych w górnictwie i dofinansowania z budżetu państwa działań w zakresie outplacementu (program aktywizacji zawodowej osób zwalnianych z pracy z przyczyn zakładu pracy np. na rzecz pracowników będących w stanie rozwiązania umowy o pracę lub zagrożonych wypowiedzeniem umowy), jak również preferencyjnych pożyczek dla byłych pracowników restrukturyzowanych branż na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej.

Z kolei znaczące propozycje działań dla rozwoju województwa małopolskiego, zwłaszcza Małopolski Zachodniej przedstawił wojewoda małopolski Jerzy Miller. Zwrócił uwagę, że do realizacji programu reindustrializacji obu województw potrzebne jest wsparcie dużych firm.

Jerzy Miller wskazywał, że rynek pracy w regionie wymaga dostosowania go do zmieniających się warunków, gdzie receptą ma być szkolnictwo zawodowe, współpraca szkół z przedsiębiorcami i aktywizacja zawodowa. Podkreślił, że wyzwaniem ekonomicznym jest wspieranie badań naukowych oraz wspólny rynek nauki i przemysłu.

Specjalny projekt o nazwie „4 Silesia (4S)” oparty na aktywizacji pod inwestycje terenów należących m.in. do gmin, a zlokalizowanych wzdłuż czterech dróg ekspresowych: A1, DTŚ, S1 i S69 przygotowała Katowicka Specjalna Strefa Ekonomiczna.

Projekt ten miałby zapewnić zrównoważenie rozwoju regionu, w tym m.in. wyrównać szanse rozwojowe w subregionie centralnym, jego aktywizację, dywersyfikację branżową, kreowanie biegunów wzrostu innowacyjności poprzez tworzenie lokalnych parków przemysłowych, czy rozwój inteligentnych specjalizacji.

Zdaniem Piotra Wojaczka, prezesa zarządu KSSE, proponowane w projekcie rozwiązania mogą przynieść wymierne korzyści.

– 900 hektarów nowych terenów inwestycyjnych, w tym ok. 20 proc. terenów zdegradowanych, ok. 3 tys. projektów przemysłowych i usługowych w ramach działalności małych i średnich firm, ok. 50 nowych dużych projektów przemysłowych, ok. 27 tys. nowych miejsc pracy i nakłady inwestycyjne w wysokości 6-10 mld zł – wylicza Piotr Wojaczek.

Minister Ilona Antoniszyn-Klik zapowiadała stworzenie mapy terenów inwestycyjnych zlokalizowanych w pobliżu dróg ekspresowych i autostrad nie tylko dla inwestorów zagranicznych, ale także małych firm rozwijających swoją działalność.

W trakcie dyskusji nad programem dla Śląska i Małopolski będą pojawiać się i inne propozycje, część z nich z pewnością będą budzić zdziwienie i prowokować pytania o realność. W trakcie takiej burzy mózgów i pomysłów nawet pozornie najdziwniejsze propozycje powinny być rozważone, innowacja polega przecież na tym, że robi się coś, czego nikt (lub mało kto) wcześniej nie robił. Ważne jest jednak, żeby z wielu pomysłów jakie padną wybrać te, które będzie można zrealizować.

 

Dariusz Ciepiela
Dziennikarz miesięcznika
Nowy Przemysł i portalu wnp.pl

Początek roku 2015 nie przyniósł optymistycznych wiadomości z rynku węgla energetycznego i koksowego – w przypadku obu surowców ceny spadają i utrzymuje się duża nadpodaż.

Ceny węgla energetycznego od miesięcy utrzymują się na bardzo niskich poziomach – jeszcze jesienią 2011 r. za tonę węgla w ARA płacono ponad 120 dolarów, obecnie ceny oscylują wokół 60 dolarów, co oznacza, że w ciągu prawie 3,5 roku ceny węgla energetycznego w portach ARA potaniały o ok. 50 proc. Warto jednak zauważyć, że w lutym br. doszło do niewielkich – o kilka dolarów na tonie – wzrostów cen.

Przypomnijmy, że miesięczny kontrakt na luty tego roku był 9 stycznia br. wyceniany na 57,30 dolarów za tonę, za kontrakt marcowy płacono 57,45 dolarów a za kontrakty kwietniowy, majowy i czerwcowy płacono 57,55 euro. Od tego czasu ceny węgla wzrosły o kilka dolarów za tonę.

19 lutego br. w portach ARA za kontrakt marcowy płacono 62,45 dolarów za tonę, nieco taniej, bo 61,60 dolarów, płacono za dostawy kwietniowe. Kontrakty na maj i czerwiec wyceniano po 60,85 dolarów a na lipiec, sierpień i wrzesień po 60,90 dolarów. Z kolei za kontrakt październikowy, listopadowy i grudniowy płacono 61,60 dol.

Początek roku 2016 to niewielkie spadki cen – kontrakty na styczeń, luty i marzec 2016 r. wyceniano po 61,35 dolarów, a za miesiące od kwietnia do grudnia 2016 płacono 61,20 dolarów.

Odbicie cen nastąpiło dopiero w kontraktach na rok 2017, którego wszystkie miesiące zgodnie wyceniano po 63,05 dolarów. Trend wzrostowy utrzymał się w kontraktach na rok 2018, którego wszystkie miesiące handlowano po 65,25 dolarów.

 

Spadek cen na rynku krajowym

Analitycy Domu Maklerskiego mBanku w strategii inwestycyjnej na 2015 r. prognozują, że ceny węgla energetycznego na rynku polskim , na skutek nadpodaży i wysokiego poziomu zapasów, obniżą się jeszcze o 2-3 proc. w roku bieżącym. W roku przyszłym zakładany jest wzrost o 1 proc.

Gdyby ceny węgla energetycznego na krajowym rynku miały w 2015 r. się obniżyć, to byłby to już kolejny spadek cen. Jednym z największych krajowych odbiorców węgla kamiennego jest Polska Grupa Energetyczna (PGE). Średnia cena zakupu węgla kamiennego przez grupę PGE w roku 2014 r. była o 3 proc. niższa w porównaniu z ceną z 2013 r.

W roku 2014 grupa PGE kupiła 6,197 mln t węgla kamiennego za 1,536 mld zł. Dla porównania, w 2013 r. PGE kupiła 6,109 mln t węgla kamiennego za 1,557 mld zł.

Zdaniem analityków DM mBanku w przypadku węgla negatywnie na sentyment dla sektora będzie wpływać tocząca się restrukturyzacja kopalń Kompanii Węglowej, szczególnie w kontekście protestów w Jastrzębskiej Spółce Węglowej. W ostatnich miesiącach doszło do spadków cen wielu surowców, w efekcie czego ceny znalazły się na poziomie, przy którym część produkcji jest nierentowna i stopniowo będzie wyłączana. Istotny wpływ na przecenę surowców ma trend umacniania się amerykańskiego dolara i wycofywanie kapitału z funduszy hedgingowych, które poniosły duże straty – przede wszystkim na spadających cenach ropy.

– Uważamy jednak, że obecne ceny wyznaczają dno cyklu surowcowego – oceniają analitycy DM mBanku.

 

Bez optymizmu na rynku węgla koksowego

Wielkiego optymizmu nie widać również na rynku węgli metalurgicznych. Utrzymująca się nadpodaż oraz spowolnienie popytu na węgiel koksowy są kluczowymi czynnikami spadku cen tego surowca w handlu międzynarodowym.

– W styczniu br. Goldman Sachs ponownie zrewidował w dół prognozę cen węgla koksowego, wg której ceny w roku 2015 mają oscylować wokół 116 dolarów za tonę, a w latach 2016-2017 osiągnąć poziom 125 i 130 dolarów. Podobne prognozy przedstawiają inne instytucje, większość zakłada, że w roku 2015 średnia cena będzie na niższym poziomie w porównaniu z rokiem 2014, w którym wyniosła 125 dolarów za tonę – mówi Urszula Ozga-Blaschke z Zakładu Ekonomiki i Badań Rynku Paliwowo-Energetycznego Instytutu Gospodarki Surowcami Mineralnymi i Energią PAN.

Decydujący wpływ na światowy rynek węgla koksowego mają Chiny, które są jego największym producentem i importerem. Obecnie chińska gospodarka rozwija się w wolniejszym tempie niż kilka lat temu, a przy tym Chiny prowadzą politykę ograniczania importu węgla i ochrony krajowych producentów. Na sytuację na rynku węgla wpływa to, co się dzieje w branży hutniczej, tempo wzrostu światowej produkcji stali spadło a Chiny zanotowały w roku ubiegłym zaledwie 1 proc. wzrost. Ponadto, Chiny coraz głośniej mówią o ograniczeniu degradacji środowiska naturalnego i potrzebie redukcji emisji CO2, ta polityka z pewnością przełoży się na mniejsze zużycie węgla.

Według wstępnych statystyk import węgla koksowego przez Chiny w roku ubiegłym obniżył się o ponad 17 proc.

Urszula Ozga-Blaschke wskazuje, że drugim krajem mającym bardzo duży wpływ na światowy rynek węgla koksującego jest Australia, która jest jego największym eksporterem.

– W roku 2014 Australia znacząco zwiększyła produkcję i eksport węgla metalurgicznego (ze 170 do 184 mln t) a plany do roku 2019 zakładają wzrost wydobycia o ok. 1,2 proc. rocznie. Największy eksporter węgli koksowych australijski koncern BHP zwiększył podaż o ponad 21 proc. do prawie 82 mln t.

Sytuacja rynkowa wymusi-ła na innych eksporterach jak Stany Zjednoczone czy Rosja ograniczenie eksportu, ale te spadki nie zrównoważą wzrostu podaży z Australii.

– Na rynku spot ceny węgla typu hard na bazie FOB Australia obniżyły się ze 110 dolarów za tonę w styczniu 2015 r. do około 103 dolarów w połowie lutego przy ustalonym na I kw. benchmar- ku w wysokości 117 dolarów za tonę. Ceny CFR Chiny obniżyły się do około 112 dolarów. Jeżeli obecna sytuacja będzie się utrzymywała, to benchmark na drugi kwartał 2015 r. może być niższy niż w pierwszym kwartale – dodaje Urszula Ozga-Blaschke.

Będzie lepiej, ale jeszcze nie teraz

Nie sprawdziły się więc wcześniejsze prognozy analityków, z których duża część spodziewała się, że odbicie cen węgla koksowego nastąpi już w 2015 r. Obecnie wydaje się, że takiego wzrostu można się będzie spodziewać dopiero w 2016 r.

Optymizmu na rynku węgla koksowego nie dostrzegają także giełdowi analitycy.

– Ceny sprzedaży węgla koksowego w pierwszym półroczu 2015 r. pozostaną na bardzo niskich poziomach, ok. 120 dolarów za tonę. Nieznacznego wzrostu spodziewamy się w drugiej połowie roku – 125 dol. w trzecim kwartale i 130 dolarów w czwartym kwartale – prognozują analitycy Domu Maklerskiego mBanku w strategii inwestycyjnej na 2015 r.

Ich zdaniem w długim okresie ceny powrócą do poziomów 150-160 dolarów za tonę. Jest to poziom, który uzasadnia inwestycje odtworzeniowe w sektorze i utrzymanie produkcji.

W praktyce uzyskiwane ceny mogą być jeszcze niższe. Grupa New World Resources poinformowała w styczniu br., że porozumiała się w sprawie cen węgla na ten rok. Średnia cena za 74 proc. oczekiwanej produkcji węgla koksującego wyniesie 93 euro za tonę, a cena pozostałej części produkcji będzie negocjowana jeszcze w tym roku.

 

Węgiel zależny od dolara

Spadki cen surowców są rekompensowane przez wzrost kursu dolara. Kursy walut tzw. krajów węglowych wobec dolara amerykańskiego, będącego główna walutą w transakcjach na rynkach węglowych mają istotny wpływ na opłacalność eksportu czy importu. Wzrost przelicznika walutowego poprawia opłacalność eksportu, ale pogarsza opłacalność importu. W 2014 r. wszystkie waluty osłabiły się wobec dolara amerykańskiego. W efekcie spadek cen węgla w dolarach na rynkach międzynarodowych był częściowo rekompensowany eksporterom przez wzrost przelicznika waluty krajowej.

 

Dariusz Ciepiela
Dziennikarz miesięcznika Nowy Przemysł
i portalu wnp.pl

Stanowisko Niemiec w sprawie węgla nie może być obojętne dla władz Unii, w której niemal trzecia część elektryczności wytwarzana jest konwencjonalnie z węgla.

Czy po latach prawdziwej histerii w polityce ochrony klimatu, rugowania paliw kopalnych i dotowania OZE Europa trzeźwieje w kryzysie i przeprasza się z węglem? Pewność w tej mierze byłaby jeszcze przedwczesna, jednak sygnały płynące z Unii Europejskiej świadczą niezbicie, że z dyskusji nad przyszłością paliw węglowych zdjęto już w każdym razie odium herezji.

Rynki węgla na świecie i kontynencie nigdy w istocie nie miały wątpliwości, że przyszłość – w wyobrażalnej perspektywie kilkudziesięciu lat – należy do paliw kopalnych z węglem na czele z powodu najniższej ceny, rozpowszechnienia złóż i ich największej porównywalnej obfitości na planecie (niewielka Europa posiada pod ziemią największe na świecie rezerwy złóż tego paliwa, które przy obecnym tempie udostępniania, eksploatacji i zużycia wystarczyłyby na mniej więcej… ćwierć tysiąca lat).

Miarodajnie prognozę taką potwierdzały wielokrotnie coroczne raporty paryskiej Międzynarodowej Agencji Energetycznej ONZ, która analizuje ze szczegółami, na podstawie wiarygodnych danych, dynamikę podaży, popytu i konsumpcji energii w skali globu, kontynentów, regionów i poszczególnych krajów. Udział węgla w miksie monstrualnie rośnie dzięki rozwijającym się gospodarkom Azji (same tylko Chiny spalają połowę wydobytego na świecie węgla a począwszy od 2019 r. jego ilość na rynkach wyniesie już ponad 9 mld t rocznie). W prognozach sprzed roku szefowa MAE ujęła te obserwacje w lakonicznym skrócie: „Czy się to komu podoba, czy nie, węgiel jeszcze na długo pozostanie w grze numerem 1”. Po dwunastu miesiącach, w aktualnym średnioterminowym raporcie za 2014 r. roczny przyrost popytu na węgiel szacuje się na 2,1 proc. a Maria van der Hoeven, dyrektor wykonawcza MAE potwierdza:

– Słyszeliśmy o wielu strategiach i obietnicach ograniczania zmian klimatycznych, ale przez następne pięć lat wzrostu popytu na węgiel zatrzymać im się nie uda – komentowała, przyznając, że nie da się zaprzeczyć wkładowi węgla w bezpieczeństwo energetyczne i zapewnienie dostępu do energii na świecie.

W dyskusji nad węglem, która tradycyjnie koncentruje się na popycie w Chinach, Indiach i krajach Trzeciego Świata zwykle milczeniem pomija się fakt, że drugim na świecie importerem węgla jest Unia Europejska, czyli 28 najbardziej rozwiniętych, nowoczesnych, sprzyjających redukcjom emisji dwutlenku węgla i przyjaznych środowisku państw, które zarazem – na poziomie oficjalnych unijnych dokumentów dotyczących strategii energetyczno-klimatycznej – zgodziły się na dekarbonizację swych gospodarek i ostateczne wyrugowanie węgla z energetyki i (wzorcowy dla całej planety) rozwój technologii pozyskiwania mocy z wiatru, słońca i wody, czyli odnawialnych źródeł energii.

Polityczno-propagandowa krucjata

Akces do grona prymusów w polityce globalnej ochrony klimatu z początkiem drugiej kadencji Baracka Obamy zgłosiły – po gorących sporach wewnętrznych o konkurencyjność amerykańskiej ekonomii – Stany Zjednoczone, których były wiceprezydent Al Gore już na przełomie XX i XXI w. zasłynął z tyleż głośnej co kontrowersyjnej polityczno-propagandowej krucjaty przeciw globalnemu ociepleniu. W 2007 r. Gore, dziennikarz, postępowiec, niedoszły prezydent z ramienia demokratów i sprzymierzeniec ruchów obrońców klimatu (którego wiedzę o świecie ilustruje m.in. osławiony fragment jednej z wysokonakładowych jego książek, gdzie twierdził, że w Polsce „dzieci regularnie zabiera się pod ziemię do głębokich kopalni, by mogły odpocząć od gazów i zanieczyszczeń unoszących się w powietrzu”) uhonorowany został razem z organizacją IPCC (Międzyrządowy Panel do spraw Zmian Klimatu) Pokojową Nagrodą Nobla i moment ten uznać można za kulminację globalnej antywęglowej propagandy politycznej.

Wraz z wybuchem kryzysu światowego w końcu pierwszej dekady XXI w. zaczęła tracić swą siłę rażenia pod naporem warunków ekonomicznych, jednak rozziew między rozpędzoną machiną strategii, pakietów i polityk cenzurujących górnictwo i energetykę węglową a realiami ekonomii i handlu w Europie i na świecie wciąż daje o sobie znać w postaci gospodarczych napięć i bulwersujących opinię publiczną wydarzeń.

Do pierwszych zarachować można częściowo gwałtowny spadek popytu na węgiel kamienny w Chinach, gdzie spowolniony względem wcześniejszych prognoz wzrost gospodarczy nałożyły się też decyzje o rozpoczęciu rządowych programów ograniczania emisji spalin i zwiększenia dywersyfikacji chińskiej energetyki uzależnionej od węgla.

Widownią drugiego zjawiska stała się Australia – najważniejszy dostawca węgla na rynki Azji i państwo, które we wrześniu 2014 r. jako pierwsze na świecie postanowiło otwarcie zerwać z antywęglową poprawnością polityczną. Jesienią rząd Tonyego Abbotta, nowego premiera, definitywnie zlikwidował niepopularny wśród przedsiębiorców i górników podatek od zysków kopalń, nazywając go „głupim i nierozwojowym”.

Areną politycznych przesileń Australia stała się też wkrótce podczas listopadowego szczytu G 20 najbogatszych państw świata w Brisbane, gdy gospodarz publicznie skrytykował prezydenta USA za – nierozsądne jego zdaniem – forsowanie polityki ochrony klimatu kosztem troski o tworzenie milionów nowych miejsc pracy.

Ukraińska lekcja

Impulsem bezpośrednio otwierającym nową dyskusję nad znaczeniem węgla dla bezpieczeństwa energetycznego Europy stała się zeszłoroczna agresja Rosji na Ukrainę, ze skutkiem w postaci zrujnowania w walkach przemysłowej infrastruktury Donbasu, spadkiem wydobycia węgla na Ukrainie o 40-50 proc. i kolejnym szantażem gazowym Rosji w dostawach i tranzycie gazu przez Ukrainę do zachodniej Europy.

W wyścigu o ukraiński rynek węgla (od 1,3 do 1,5 mln t każdego miesiąca) wygrała – jak pokazują dane kijowskiego Ministerstwa Energetyki i Przemysłu Węglowego – Rosja, lecz zaraz po niej uplasowały się USA. Zaskoczeniem okazała się m.in. cena (wynosząca w tych transakcjach średnio 114 dol./t, czyli prawie dwukrotnie drożej od wyznacznika ARA, nawet z korektą uwzględniającą specjalne rodzaje węgli i „narzut korupcyjny”), dowodząc, że w kryzysowych sytuacjach nagłego odcięcia od rodzimych źródeł energii, jej koszt drastycznie rośnie, nawet gdy rynek w otoczeniu wyznacza go (w przypadku węgla oraz ropy) najniżej od lat, na poziomie 5-6-letnich minimów. Okazało się, że węgiel zapewnia zarazem zysk zapobiegliwym dostawcom a pożywić mogą się również mniejsi gracze (np. w Polsce Katowicki Holding Węglowy zdołał wyeksportować na wschód już ćwierć miliona t swego węgla po atrakcyjnej – jak zapewnia zarząd firmy – cenie i ze stuprocentową przedpłatą).

Przypadek Ukrainy pokazuje też, że istnieje przyzwolenie polityczne Komisji Europejskiej na transfery kapitałowe w energetykę węglową, czego przykładem jest choćby nagłe uruchomienie przez polski rząd 10-letniej linii kredytowej w wysokości 100 mln euro, które mają być przeznaczone m.in. na przestawienie systemów spalania elektrowni ukraińskich z antracytu na węgiel energetyczny m.in. z Polski.

Casus ukraiński ożywił też rozważania o planie reindustrializacji gospodarek UE, w który wpisuje się polityczna inicjatywa odbudowy przy udziale partnerów z Zachodu zniszczonej infrastruktury wydobywczej w ukraińskim górnictwie, o której wspomniała niedawno podczas spotkania roboczego z przedsiębiorcami Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej w Katowicach wiceminister gospodarki Ilona Antoniszyn-Klik, podkreślając, że polska stumilionowa transza z pewnością nie wyczerpuje możliwego strumienia inwestycyjnego, który popłynie w przyszłości na węglowy wschód z Unii Europejskiej.

 

Deklaracje sobie, praktyka sobie

W rzeczywistości strumień ten – w postaci eksportu technologii węglowych – płynie szeroko nie od dziś do najróżniejszych rozwijających się gospodarek świata. W lutym brukselscy reporterzy agencji Reutera dotarli do poufnego dokumentu Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD), z którego wynika, że od 2003 do 2013 r. 34 najbardziej rozwinięte państwa wydały ok. 15 mld dol. na finansowanie eksportu swoich elektrowni węglowych i technologii wydobycia węgla. Wbrew zbulwersowanym tymi doniesieniami obrońcom klimatu, którzy mają za złe sprzeczność faktów z deklaracjami, z jednej strony UE postanawia przerwać do 2018 r. wszelkie dotacje rządów do własnych elektrowni węglowych, z drugiej strony w Brukseli unijni eksperci techniczni omawiają jednocześnie (na zamkniętym posiedzeniu w lutym) perspektywy udzielania dalszych kredytów eksportowych i pożyczek z gwarancjami rządowymi do inwestycji węglowych w biedniejszych częściach świata. Prym w eksporcie energetyki węglowej wiodą Korea Południowa (4 mld dol.), Japonia (2 mld dol.) i USA (1,7 mld dol.), ale w UE nie ociągają się ze wspieraniem swego przemysłu wokół węgla Francja i Niemcy, które w tym celu wydały co najmniej 1,8 mld dol. Aż 60 proc. tej sumy Niemcy wpompowali w kredyty na technologie wydobycia węgla w Rosji, która – jak utrzymuje Reuters – jest największym beneficjentem UE w zakresie węgla, choć od niedawna obłożona została embargiem na eksport zaawansowanych technologii naftowych i pozostaje w ostrym oficjalnym konflikcie politycznym z UE.

Francuscy producenci usprawiedliwiają się przed krytyką obrońców klimatu tym, że ich celem jest dalekosiężne ograniczenie emisji dwutlenku węgla w Trzecim Świecie, bo elektrownie węglowe budowane tam według zachodnich standardów mają większą sprawność. Okazuje się jednak, że w ciągu 10 lat ani jeden z projektów eksportowych nie dotyczył najwydajniejszej z trzech nowoczesnych technologii spalania węgla (typu super nadkrytycznego).

Niemcy uznali, że z eksportu nie muszą tłumaczyć się wcale a w dodatku konsekwentnie kontynuują u siebie na terenach byłej NRD budowę nowych kopalń odkrywkowych węgla brunatnego, łamiąc skutecznie opór rodzimych obrońców środowiska i Zielonych.

„Niemcy postanowiły ocalić to, co najlepsze z dwóch pojęć: ograniczenia zanieczyszczeń powietrza z jednoczesnym utrzymaniem produkcji prądu z węgla” – ocenia Alexandru Zegrza, analityk firmy konsultingowej Pflüger International GmbH w najnowszym raporcie CEEP (Central Europe Energy Partners w Brukseli), śledząc wewnątrzniemieckie plany rozwoju energetyki. Do opinii publicznej w Niemczech dociera fakt, że mimo iż w 2020 r. odnawialne źródła energii osiągną już 47 proc. udziału w miksie, to cały ciężar produkcji prądu oraz obowiązek stabilizowania sieci spoczywać musi ciągle na elektrowniach konwencjonalnych, z których największe znaczenie będą miały te, spalające węgiel brunatny. Są nieodzowne, by przeciwdziałać blackoutom, wtórnym obiegom prądu i awaryjnym odcięciom zasilania, czyli utrapieniom energetyki zdominowanej przez kapryśne i niestabilne dostawy prądu z turbin wiatrowych i elektrowni solarnych. Energetycy niemieccy nie mają żadnych złudzeń, że niemożliwe z technicznego punktu widzenia byłoby zrezygnowanie w najbliższych latach jednocześnie z elektrowni jądrowych i węglowych (czego niefrasobliwie żądają Zieloni). Ponieważ po katastrofie jądrowej w japońskiej Fukushimie rząd Angeli Merkel ostatecznie przesądził o wygaszeniu siłowni nuklearnych w Niemczech, tym co zostanie w dyspozycji u naszych zachodnich sąsiadów będą elektrownie opalane węglem i to brunatnym.

 

Zmiana akcentów

Stanowisko Niemiec w sprawie węgla nie może być obojętne dla władz Unii, w której niemal trzecia część elektryczności (29 proc.) wytwarzana jest konwencjonalnie z węgla, stąd być może sygnały docierające na progu kadencji ze strony nowych dygnitarzy Komisji Europejskiej zadziwiają takim sposobem formułowania problemu, który jeszcze rok czy dwa lata temu, niechybnie wywołałby w Brukseli poprawnościowy skandal.

Oto w ostatnich dniach stycznia na otwarciu pierwszego w nowej kadencji Eu ropejskiego Stołu Węglowego w Parlamencie Europejskim pojawił się prof. Klaus-Dieter Borchardt, kierujący w KE wewnętrznym rynkiem energetycznym, i oznajmił:

– Utarte powiedzenie, że węgiel to już przeszłość, okazało się fałszywe. Węgiel powraca i zwiększa swój udział w produkcji energii, oferując Europie elastyczność i bezpieczeństwo.

Borchardt nie omieszkał dodać, że jakkolwiek widzimy ogromną ekspansję OZE, to jednak nie są one tak oszczędne, jak się spodziewano. Dlatego też KE chciałaby, aby producenci odnawialnych źródeł energii jak najszybciej zintegrowali się z rynkiem, na którym ponosić będą równoważną odpowiedzialność i płacić odpowiednie opłaty zamiast korzystać bez końca z uprzywilejowanych dopłat taryfowych. Dyrektor KE wezwał producentów branży węglowej do większej aktywności na ścieżce wdrażania wychwytu i sekwestracji dwutlenku węgla (CCS), na której Europa zaczyna niebezpiecznie odstawać od innych regionów pod względem braku projektów demonstracyjnych instalacji na dużą skalę.

Z udziałem przemysłu i przy koordynacji przez Euracoal (Europejskie Stowarzyszenie Węgla Kamiennego i Brunatnego) Komisja Europejska ma opracować fundamentalny dla energetyki węglowej w UE dokument pod nazwą „Master Plan for Coal”, który położy jeszcze większy nacisk (a więc i fundusze) na programy badawcze i rozwój branży.

Nic dziwnego, że tym razem już z błogosławieństwem Komisji Europejskiej, Euracoal mógł wydać w Brukseli raport pt. „Węgiel paliwem XXI w.”, który dowodzi, że najtańsze po geotermii paliwo Europy sprostać może wyżyłowanym standardom ochrony powietrza, gdyż sprawność elektrowni węglowych, wynosząca dziś w UE średnio ok. 38 proc. a w próbach nawet 45 proc. od 2020 r. powinna przekraczać już 50 proc. w technologiach turbin parowych z temperaturą 700 stopni Celsjusza. Poziom redukcji dwutlenku węgla, który wynosi dziś między 13 a 27 proc. w stosunku do naturalnego spalania węgla, po udanym wdrożeniu CCS wynosiłby ponad 90 proc., kończąc raz na zawsze dyskusję z rzecznikami dekarbonizacji.

 

Poszerzanie prowęglowego wyłomu

Polska (z udziałem węgla w produkcji prądu na poziomie 84 proc. wobec unijnej średniej 28,4 proc.) jeszcze bardziej niż Niemcy ma do spełnienia arcyważną misję w poszerzaniu prowęglowego wyłomu w unijnym murze niechęci wobec węgla. Na razie nie sprzyjają nam zarówno najgłębszy od wielu lat kryzys polskich spółek węglowych jak i bieżący stan prawodawstwa UE. Na tym tle rząd skierował do KE do zaakceptowania plan ratunkowy dla kopalń, który w formalnej warstwie kompletnie rozmija się z formalnymi ramami Decyzji 787 UE, czyli dokumentu dyktującego, że jedynym dopuszczalnym sposobem pomagania przez władze publiczne kopalniom węgla kamiennego, jest ich trwałe i skuteczne likwidowanie przy pomocy pieniędzy z budżetu. Polska, klucząc w gąszczu unijnego prawa, próbuje uzyskać zgodę na hybrydową konstrukcję programu pomocy, który osłania likwidację absolutnie nieperspektywicznych zakładów, lecz większość próbuje jednak, przez przywrócenie konkurencyjności, uratować i przedłużyć życie.

Reakcja Brukseli na polskie propozycje, które o tyle kłócą się z martwą (?) literą prawa co idą w zgodzie z duchem czasu, stanie się papierkiem lakmusowym rzeczywistych zmian w polityce energetycznej Unii Europejskiej.

 

Witold Gałązka
Publicysta tygodnika Trybuna Górnicza
i portalu górniczego nettg.pl
Współpraca: Zygmunt Borkowski

Zobacz pozostałe numery

Sporo się u nas dzieje.

Bądź zawsze na bieżąco.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Ta witryna jest zarejestrowana na wpml.org jako witryna deweloperska. Przełącz na klucz witryny produkcyjnej, aby remove this banner.