Brak spisu treści.
Rozmowa z JANEM FRANKOWSKIM i JOANNĄ MAZURKIEWICZ
z Instytutu Badań Strukturalnych, autorami raportu „Województwo śląskie w punkcie zwrotnym transformacji”
– Czas przyspieszyć zmianę wizerunku regionu postrzeganego przez pryzmat górnictwa. Taki wniosek wyłania się z raportu „Województwo śląskie w punkcie zwrotnym transformacji”. Lokomotywę przemian widzicie w samorządzie regionalnym. To istotna zmiana po 22 latach odgórnej, nieustannej restrukturyzacji górnictwa przez kolejne ekipy rządowe. Ma to być sprawiedliwa transformacja, czyli jaka?
Joanna Mazurkiewicz: – Sprawiedliwa, a zatem planowana nie jako gwałtowne odejście od węgla, ale jako długi, kompleksowy i wspomagany proces zintegrowanego rozwoju regionu. Nie narzucana odgórnie, lecz wypracowywana w regionalnej dyskusji strategia na przyszłość, której celem jest zbudowanie gospodarki zeroemisyjnej, ograniczanie i unikanie kosztów społecznych z nią związanych i stosowanie rozwiązań prośrodowiskowych. Sprawiedliwa transformacja nie oznacza wprowadzania rewolucyjnych zmian tworzonych ad hoc, lecz zmiany ewolucyjne i starannie zaplanowane. Przymiotnik „sprawiedliwa” ma dwa wymiary. Pierwszy obszar – to kwestie zabezpieczenia pracowników zatrudnionych obecnie w górnictwie i energetyce opartej na węglu oraz zminimalizowanie społecznych skutków zamykania kopalń. Drugi – dotyczy uwzględnienia wszystkich stron, które będą objęte skutkami transformacji, a zatem także firm okołogórniczych, społeczności lokalnych i samorządów.
Zmiana dotyczy także finansowego i instytucjonalnego wsparcia nowego etapu transformacji. Dzisiaj wiele regionów w Europie odchodzi od węgla, co buduje dyskusję wokół transformacji. Działania Komisji Europejskiej wspierają możliwość konsultacji międzyregionalnych, wymiany myśli i doświadczeń samorządów, wypracowania rozwiązań na szczeblu lokalnym. Unijny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji w największej jego części trafi do Polski. Jego beneficjentami będą głównie województwa: śląskie, wielkopolskie i dolnośląskie, a dalej: lubelskie, małopolskie i łódzkie.
– Publikacja raportu zbiegła się w czasie z rozpoczętym pod koniec października cyklem siedmiu spotkań mających wypracować Regionalny Plan Sprawiedliwej Transformacji dla woj. śląskiego. Konsultacje w podregionach (gliwickim, bytomskim, katowickim, sosnowieckim, rybnickim, bielskim i tyskim) prowadzi Urząd Marszałkowski Województwa Śląskiego. Ta zbieżność dat nie jest chyba przypadkowa. Jaka jest Państwa rola w tych spotkaniach?
Jan Frankowski: – Ta synchronizacja czasowa z cyklem spotkań nie była zamierzona, ale przyniosła naszej pracy większy rozgłos niż myśleliśmy. Jeśli chodzi o nasz udział w spotkaniach konsultacyjnych, to jesteśmy ich obserwatorami i wsparciem analitycznym, także jako członek Regionalnego Zespołu przy Urzędzie Marszałkowskim. Spotkania prowadzone są on-line z powodu pandemii. Uczestniczą w nich prezydenci miast, wójtowie, prezesi firm i przedstawiciele różnych instytucji. W podregionie gliwickim dyskusja była bardzo burzliwa. W bytomskim zdominowana została problemami wiodącego miasta. O zbieżności lub rozbieżności wniosków ze spotkań i wyników raportu będzie można mówić po zakończeniu konsultacji, które zaplanowano do 19 listopada. Raport, o którym rozmawiamy, nie jest jednak naszą pierwszą pracą dotyczącą Śląska. Od kilku lat prowadzimy badania w regionie – na przykład dwa lata temu analizowaliśmy wynagrodzenia i ewentualną gotowość zmiany profesji górników kopalni ROW.
– Porozumienie z 25 września br. rządu z górniczymi związkami ma terminarz likwidacji kopalń. Przewiduje, że pożegnanie węgla energetycznego będzie trwało 30 lat. W tym dokumencie są zapisy o dotowaniu nierentownych kopalń, gwarancji zatrudnienia dla górników i pracowników przeróbki mechanicznej węgla do czasu nabycia przez nich uprawnień emerytalnych. Tego porozumienia nie uwzględniliście w raporcie będącym bazą do strategii transformacji woj. śląskiego. Co ma większe szanse realizacyjne – porozumienie czy wnioski z Waszego raportu?
J.M.: – Większość naszych analiz i wywiadów przeprowadziliśmy przed 25 września. Nie mieliśmy możliwości szerszego uwzględnienia tego porozumienia w raporcie. Abstrahując od wykonalności jego zapisów, ważny jest konsensus strony rządowej i związkowej dotyczący tego, że transformacja jest konieczna, należy ją zaplanować i ująć w harmonogram. To istotne także dla firm okołogórniczych, które muszą zdywersyfikować swoją działalność z odpowiednim wyprzedzeniem. Ustalenie terminów wygaszania działalności poszczególnych kopalń, pozwoli ograniczać problemy strukturalne, ich kumulację w jednym mieście lub pobliskich miejscowościach.
J.F.: – Zajmujemy się również projekcjami struktury zatrudnienia w górnictwie, w tym w odniesieniu do polityki energetycznej. Porównujemy harmonogram porozumienia rządowego ze związkowcami z innymi istotnymi dokumentami. Założenia polityki energetycznej państwa są już znane. Do 2050 r. wygaszenie zatrudnienia w branży przy zamrożeniu przyjęć nowych osób do pracy byłoby możliwe. Jeśli silniej oprzemy naszą energetykę o inne źródła energii, do czego są przesłanki technologiczne i finansowe, proces trzeba będzie znacznie przyspieszyć i potrzebne będą renegocjacja wrześniowego porozumienia oraz instrumenty osłonowe.
– Na Śląsku mamy nabytą drażliwość na reformy górnictwa, które w przemianach ustrojowych było kotwicą inflacyjną dla polskiej gospodarki. Ze sztywnymi cenami węgla, narzucanymi kopalniom w otoczeniu wolnorynkowym, branża musiała popaść w nierentowność. Koszty społeczne likwidacji kopalń były lokalnie dotkliwe. Region po 150 latach mariażu z górnictwem ma budować pomyślną przyszłość mieszkańców bez węgla energetycznego. Co w zamian – znowu bezrobocie i degradacja kolejnych miast?
J.F.: – Górnictwo generuje niespełna 7 proc. wartości dodanej wytwarzanej w woj. śląskim. Mniej niż budownictwo czy handel hurtowy i detaliczny. Ten wskaźnik obrazuje znaczenie branż w tworzeniu PKB. Faktycznie w Rudzie Śląskiej czy powiecie bieruńsko-lędzińskim udział górników wśród ogółu zatrudnionych jest znaczący. Dlatego tak istotne jest zaplanowanie transformacji w odpowiednio długim czasie oraz wsparcie gmin górniczych nie tylko przez samorząd regionalny, który będzie wdrażać unijny Fundusz na rzecz Sprawiedliwej Transformacji. Znacząca w zapobieganiu bezrobociu powinna być polityka inwestycyjna państwa, zwłaszcza w pozyskiwaniu inwestycji dla woj. śląskiego. Planowana lokalizacja produkcji Izery, polskiego samochodu elektrycznego, jest krokiem do zapewnienia liczby miejsc pracy odpowiadającej zatrudnieniu w znacznej kopalni. Budownictwo ma potencjał rozwojowy, także specjalistyczne, inteligentne, podziemne. To obecnie deficytowy i dobrze płatny zawód, który może być atrakcyjny dla osób z branży górniczej czy okołogórniczej. Przemysł przetwórczy, elektromaszynowy, logistyka. Na transformacji może skorzystać także energetyka odnawialna: branża fotowoltaiki, pomp ciepła, ale także urządzeń chłodniczych i systemów wentylacyjnych. W kopalniach jest wielu specjalistów, którzy mogą się w zielonej energetyce odnaleźć. Prognozowany przez nas potencjał i kierunki dywersyfikacji regionu są wypracowane w oparciu o dane źródłowe GUS, urzędów pracy, spółek węglowych, Górniczej Izby Przemysłowo-Handlowej, banków, a także konfrontowane w dyskusjach ze specjalistami i samymi górnikami. Będziemy je jeszcze dopracowywać i pogłębiać w toku prowadzonych obecnie konsultacji. Przykładowo, uwarunkowania ekonomiczno-przestrzenne rozwoju poszczególnych branż i miejsc pracy prognozujemy we współpracy z prof. Robertem Krzysztofikiem z Uniwersytetu Śląskiego.
– Raport obala kilka mitów. Zamiast czterech lub więcej miejsc pracy w otoczeniu górnictwa przypadających na jeden etat w branży węgla kamiennego ustaliliście, że to 1,15 -1,30, a w grupie bezpośrednich dostawców 0,68. Uważaliśmy, że Śląsk słynie z pracowitości mieszkańców. Raport wykazuje, że aktywność zawodową ma najniższą w kraju, a przedsiębiorczością też odstaje od średniej. Tereny pokopalniane miały być atrakcyjne dla inwestorów, a po latach restrukturyzacji górnictwa najbardziej rozkwitły przemysłowo gminy bez kopalnianego dziedzictwa. Czy te ustalenia dla Was też były zaskakujące?
J.M.: – Nie podejmowaliśmy pracy nad raportem z jakąkolwiek tezą. Nie jest też tak, że niska aktywność zawodowa lub mniejsza niż w innych regionach przedsiębiorczość, mierzona liczbą zakładanych firm, wynika z małej pracowitości mieszkańców. Śląskie to ciągle region ze znacznym udziałem ciężkiego przemysłu i systemem emerytalnym w górnictwie, niespotykanym w innych branżach. W miastach z dużymi przedsiębiorstwami jest niższa motywacja podejmowania własnej działalności gospodarczej, co widać po mniejszej liczbie firm.
J.F.: – W województwie śląskim pracuje się krócej niż w innych regionach, ale w cięższych warunkach. Z danych GUS za drugi kwartał br. wynika, że na Śląsku aktywnych zawodowo jest tylko 52 proc. osób w wieku produkcyjnym, to najmniej w kraju. Śląskie potrzebuje większej intensywności w rozwoju. Zajmuje ciągle wysoką pozycję w wytwarzaniu produktu krajowego brutto, ale jego udział maleje, a od 20 lat województwa mazowieckie, wielkopolskie i dolnośląskie zwiększają swój wkład do PKB. Śląskie ma największy (14,5 proc.) regionalny udział w wartości krajowego eksportu, ale silna pozycja eksportu przy wysokim udziale branży samochodowej i słabnącej kondycji pozostałych działów przemysłu zmniejsza odporność regionu na kryzysy gospodarcze.
J.M.: – Natomiast liczbę miejsc pracy w otoczeniu górnictwa szacowaliśmy jako tzw. efekty zaopatrzeniowe, czyli uzależnienia produkcji poszczególnych gałęzi gospodarki od górnictwa. Nie uwzględnialiśmy tzw. efektów dochodowych, czyli miejsc pracy wynikających z wydatkowania górniczych pensji, bo wymagałoby to badania budżetów rodzin górników oraz próby kontrolnej. Założyliśmy, że siła nabywcza dochodów górników podejmujących pracę poza sektorem nie zmieni się drastycznie.
J.F.: – Tereny pogórnicze są dla inwestorów trudniejsze do tworzenia i rozwoju firmy niż tereny bez szkód górniczych, choć sytuacja w tym zakresie się zmienia – co obecnie pokazuje przykład Sosnowca. Jednak ponad połowa wszystkich inwestycji w regionie od lat 90. ulokowała się w czterech miastach: Katowicach, Gliwicach, Bielsku-Białej i Tychach. Tychy nadal w swej strategii jako przewagę miasta wskazują brak szkód górniczych, co jest istotnym elementem promocji obszarów pod inwestycje. A tam, gdzie już pojawił się inwestor, inwestuje dalej lub pojawiają się kolejni.
– Sytuacja firm okołogórniczych w transformacji została zauważona w przygotowanym przez Państwo raporcie. W poprzednich etapach przemian gospodarczych otulano je milczeniem. Jakie szanse i zagrożenia widzicie dla ich dalszego funkcjonowania?
J.M.: – Sprawiedliwa transformacja przenosi ciężar myślenia o tym procesie z branży na region. Stąd perspektywa jest szersza i może łatwiej uchwycić sytuację całego otoczenia, a nie tylko sektora produkcyjnego. Z krótkiego rekonesansu odnośnie firm okołogórniczych – ile ich jest, gdzie są zlokalizowane, czym się zajmują – wyłania się już rozpoczęta dywersyfikacja ich działalności. A mówię o grupie firm, dla których strategicznym, głównym odbiorcą usług lub produktów są kopalnie. To jest ważne, ponieważ transformacja regionu dzieje się nie tylko na skutek odgórnych planów, ale także oddolnie. Z inwencji samych przedsiębiorców obserwujących symptomy zmian na rynku oraz ich przewidywań powstają nowe ścieżki rozwoju. Województwo śląskie, mające przewagi konkurencyjne w przyciąganiu inwestorów przemysłowych, nie zmieni radykalnie charakteru. Zapewne zostanie regionem przemysłowym, ale tradycyjne sektory zastąpią nowoczesne. Firmy okołogórnicze mogą zatem próbować dywersyfikować działalność i kierować ofertę do branż przyszłościowych, o których mówiliśmy. Istotne będą kompetencje w zakresie automatyki, sterowania procesami produkcji, czyli wpisywanie się w rozwój przemysłu 4.0 – wysoko zautomatyzowanego. Dla tych firm potrzebne jest instytucjonalne wsparcie otoczenia biznesu, czyli doradztwo w przebranżowieniu, pomoc w pozyskiwaniu funduszy lub inwestorów, czy znajdowaniu nowych odbiorców produkcji bądź usług.
– W raporcie wspominacie, że instytucjonalne otoczenie biznesu nie jest zbyt liczne. Czy wystarczające do potrzeb, których będzie przybywało?
J.F.: – Stwierdziliśmy, że instytucjonalne otoczenie biznesu ma duże doświadczenie nie tylko w doradztwie, ale również we wsparciu kapitałowym firm w różnych formach, na przykład przy udzielaniu nisko oprocentowanych pożyczek. Uważamy, że w procesie transformacji większa niż obecnie rola powinna przypaść samorządowi wojewódzkiemu. Już powstał Śląski Fundusz Rozwoju. Być może właśnie to powinien być jeden z głównych kanałów przekazywania pieniędzy z Unii Europejskiej do agencji będących blisko przedsiębiorstw. A takie działają w gminach górniczych czy pogórniczych, są m.in. w Sosnowcu czy Rudzie Śląskiej. Otwarte jest pytanie, na co te środki powinny być przekazywane w przyszłości: uruchomienie nowych linii produkcyjnych, utrzymanie płynności, zdobywanie kontrahentów drogą internetową lub na inne cele, które będą dopiero definiowane. Obecnie pierwszą potrzebą są elastyczne narzędzia finansowe, pomocne dla firm w kryzysie, a możliwość szybkiego wprowadzenia takich narzędzi daje własny fundusz rozwoju.
– Górnicy są chętni do zmiany pracy pod warunkiem zachowania dotychczasowych płac i uprawnień socjalnych. Ale na zwalniane przez nich miejsca pracy czeka młodzież ze szkół górniczych. Rozstania nie są łatwe, jakie osłony przewidujecie?
J.M.: – Potrzebne będą zróżnicowane rozwiązania, dedykowane konkretnym grupom pracowniczym, a także młodzieży obecnie jeszcze uczącej się w klasach górniczych. Najbardziej akceptowalne przez górników są naturalne odejścia z kopalni na emeryturę. O takiej możliwości będzie decydował staż i wiek w momencie zamykania konkretnej kopalni.
J.F: – Dla uniknięcia luk kompetencyjnych w kopalniach warto rozważyć takie zmiany, by na zwalniane stanowiska nie trzeba było przyjmować nikogo spoza grona już zatrudnionych. To wymaga szkolenia obecnych pracowników i przygotowania ich do nowych zadań. Zgodnie z naszymi rozmowami z pracownikami sektora, górnicy nie są entuzjastami alokacji do innych kopalń, ale gdy są położone blisko siebie, to dla zachowania ciągłości zatrudnienia są skłonni przyjąć takie propozycje. Część osób może kontynuować pracę w zakładzie, który dobrze znają, ale już w ramach prac przy likwidacji kopalni, która także jest rozciągnięta w czasie. Młodsi pracownicy mogą jednak nie mieć szansy dopracowania do emerytury. Pomoc dla tej grupy powinna być atrakcyjna, taka jak płatne urlopy szkoleniowe i staże, podczas których będzie można uzyskać certyfikaty potwierdzające nowe umiejętności. Należy pamiętać również o pracownikach powierzchni, zakładów funkcjonujących w ramach spółek węglowych oraz firm okołogórniczych.
– Kończyliście raport, gdy gospodarka miała na plecach oddech drugiej fali pandemii koronawirusa. Czy COVID-19 może zatrzymać na transformację?
J.F.: – Prowadziliśmy analizy i wywiady w sierpniu i wrześniu, gdy mało który z naszych rozmówców przewidywał taką eskalację pandemii jesienią. Teraz sytuacja jest tak dynamiczna, że nie chcemy wróżyć z fusów, by mówić, co się będzie działo. W tym morzu niepewności na pewno nie zmieni się konsekwentne dążenie Unii Europejskiej do wsparcia gospodarki mniej emisyjnej.
J.M.: – Od transformacji odwrotu nie będzie. Mogą się zmienić instrumenty pomocowe, powstaną narzędzia wychodzenia z kryzysu. Firmy województwa śląskiego też będą z nich korzystać. W tej chwili jednak nie wiemy, jak głębokie będą skutki kryzysu i ile firm będzie wymagało wsparcia.
Rozmawiała: Jolanta Talarczyk
Strona rządowa i związki zawodowe wynegocjowały porozumienie dotyczące wygaszania górnictwa w Polsce, ale plan budzi wiele kontrowersji.
Jeszcze wiosną wydawało się, że rozmowy na temat ratowania i restrukturyzacji największej węglowej spółki w kraju, czyli Polskiej Grupy Górniczej nie wykraczają specjalnie poza utarty schemat z poprzednich lat. Od początku było widać, że skala kryzysu, do którego przyczyniła się pandemia, jest znacznie większa, ale optymiści mogli wciąż wierzyć, że i tym razem za cenę likwidacji kilku kopalń największa górnicza spółka, być może już w innej formule i pod inną nazwą, jednak przetrwa.
Szybko okazało się jednak, że koronakryzys bezlitośnie wypunktował skrzętnie skrywane problemy nie tylko górnictwa, ale również energetyki konwencjonalnej. Ostatnie miesiące pokazały, że spadek popytu na energię w pierwszej kolejności uderzył w węgiel, a za sprawą opłat emisyjnych wytwarzanie prądu z tego surowca stało się nieopłacalne. Producenci energii coraz częściej z brutalną szczerością przyznawali, że bardziej opłaca im się importować prąd niż produkować go z węgla.
Potrzebne obydwu stronom
Porozumienie, które 25 września podpisali związkowcy i delegacja rządowa, było potrzebne obydwu stronom. Rząd Prawa i Sprawiedliwości do tej pory nie musiał się mierzyć ze strajkami górniczymi i chciał za wszelką cenę uniknąć eskalacji protestów. Natomiast strona społeczna, podobnie jak cała branża, znalazła się pod ścianą i nie mając wyjścia, musiała podjąć rozmowy o wygaszaniu kopalń. I choć sygnatariusze mówili o gorzkim kompromisie, to jednak dało się wyczuć wyraźne tony triumfalizmu. Mimo, że związkowcy zgodzili się na zamknięcie kopalń, to na bardzo korzystnych zasadach. Cały proces ma być rozłożony na blisko 30 lat, więc jeśli ktoś teraz znajdzie zatrudnienie w górnictwie, to teoretycznie powinien w kopalni spokojnie pracować aż do emerytury, branża ma być dotowana z budżetu państwa, a gwarancje socjalne mają dodatkowo wzmocnić górnicze urlopy i odprawy.
Dlatego okazało się, że kopalnie PGG w swoich kłopotach nie są odosobnione. Dołączyły do nich pozostałe zakłady produkujące węgiel energetyczny w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym, a rozmowy przekształciły się w negocjacje dotyczące tego, jaki ma być horyzont funkcjonowania górnictwa, kiedy zostaną zlikwidowane poszczególne kopalnie i jaka przyszłość ma czekać region, w którym wciąż kilkaset tysięcy osób jest w mniejszym lub większym stopniu związanych zawodowo z górnictwem.
Sęk w tym, że całe porozumienie wygląda ładnie tylko na papierze, natomiast może się okazać, że w praktyce nigdy nie wejdzie w życie. Najwięcej wątpliwości budzi kwestia dopłacania do funkcjonowania nierentownych kopalń, czyli subwencjonowanie branży węglowej z budżetu państwa. Jak podkreślają komentatorzy, to w obecnych realiach, kiedy jesteśmy członkiem Unii Europejskiej, raczej nie będzie po prostu możliwe. W porozumieniu ten problem zasygnalizowany jest dosyć lakonicznie i wskazuje jedynie na konieczność aprobaty takiego rozwiązania przez Komisję Europejską. „Porozumienie wchodzi w życie z dniem uzyskania zgody Komisji Europejskiej na pomoc publiczną, w tym na dopłaty do bieżącej produkcji dla sektora górnictwa węgla kamiennego” – napisano w 12 punkcie dokumentu. Brzmi to, jakby to była zwykła formalność, choć uzyskanie takiej zgody będzie niezwykle trudne.
– Byłbym bardzo zaskoczony, gdyby Komisja Europejska, przy tak dużym porozumieniu społecznym, przy zgodzie społecznej na likwidację górnictwa, powiedziała „nie”. Zakładam, że podobnie jak w Niemczech, w Polsce będzie to też możliwe – przekonywał krótko po podpisaniu porozumienia wiceminister finansów Artur Soboń.
Będzie zgoda na dotowanie?
Czy tak się rzeczywiście stanie – czas pokaże, choć dziś trudno wyobrazić sobie, że unijne kraje w momencie, kiedy słyszymy o przyspieszaniu Zielonej Rewolucji i zwiększaniu celu klimatycznego, zgadzają się na dopłacanie do produkcji węgla przez kolejne trzy dekady. Przypomnijmy, że nawet wcześniej dopłacanie do bieżącej produkcji kopalń było możliwe do 2018 r. i dotyczyło jedynie tych zakładów, które w perspektywie najbliższych miesięcy miały zostać zamknięte (chodzi o kopalnie Kazimierz-Juliusz i Makoszowy).
Jest jeszcze druga strona medalu, czyli akceptacja takiego rozwiązania przez polskie społeczeństwo. Biorąc pod uwagę coraz gorszą prasę branży górniczej i coraz bardziej spolaryzowane i skłócone społeczeństwo, trudno sobie wyobrazić, że ludzie zaakceptują wydatki liczone w miliardach, które każdego roku musiałyby płynąć na utrzymywanie kopalń.
– W Polsce nie decydowałbym się na takie rozwiązanie, poza subwencją dla likwidacji kopalń. Można dawać pieniądze, żeby przeżyć albo żeby zamknąć zakład. Wolałbym, aby nie dopłacano nam za przeżywanie, bo atak społeczny w Polsce będzie tak olbrzymi, że ani związkowcy i górnicy, ani rządzący tego nie wytrzymają – uważa b. wiceminister gospodarki Jerzy Markowski.
Harmonogram zamykania
Kolejną wątpliwość budzi perspektywa funkcjonowania górnictwa do 2049 r. W porozumieniu podpisanym pomiędzy stroną rządową i związkami zawodowymi wyznaczono szczegółowy horyzont funkcjonowania kopalń należących do PGG oraz kopalni Bobrek. I tak najwcześniej, bo już w przyszłym roku, ma zostać zamknięta rudzka kopalnia Pokój, gdzie kończy się węgiel. To nie jest zaskoczenie, bo taki termin ustalono już dużo wcześniej. W kolejnych latach kopalnie, w których wyczerpują się złoża, mają zostać połączone z sąsiednimi zakładami – kopalnia Wujek z kopalnią Murcki-Staszic (2021 r.) oraz ruch Bielszowice z ruchem Halemba (2023 r.). W 2028 r. zamknięta ma zostać kopalnia Bolesław Śmiały, a w 2029 r. gliwicka kopalnia Sośnica. Halemba będzie prowadzić wydobycie do 2034 r., ruch Piast do 2035 r., a Ziemowit do 2037. Katowicka kopalnia Murcki-Staszic będzie fedrować do 2039 r., bytomski Bobrek do 2040 r., a kopalnia Mysłowice-Wesoła do 2041 r. Najdłużej wydobycie będą prowadzić kopalnie rybnickie – ruch Rydułtowy do 2043, ruch Marcel do 2046 r., a ruchy Chwałowice i Jankowice do 2049 r.
W porozumieniu nie ma co prawda mowy o pozostałych zakładach wydobywających węgiel energetyczny, ale wiadomo, że również ich będzie dotyczyła ta cezura czasowa. Chodzi o trzy zakłady Taurona Wydobycie. Oprócz tego trzeba pamiętać, że węgiel energetyczny kopie także radząca sobie całkiem dobrze lubelska Bogdanka oraz w niewielkim stopniu (ok. 20-25 proc.) kopalnie Jastrzębskiej Spółki Węglowej. W tych dwóch pierwszych spółkach również rozpoczęły się rozmowy zespołów roboczych, które mają doprecyzować zapisy porozumienia przed podpisaniem 15 grudnia Umowy Społecznej. Natomiast w przypadku JSW zespół roboczy ma opracować plan przestawiania produkcji całkowicie na węgiel koksowy.
Surowca może być za dużo
Harmonogram zamykania kopalń nie wygląda jednak zbyt wiarygodnie, a biorąc pod uwagę rozpędzającą się transformację energetyczną już za kilka lat może się okazać, że węgla energetycznego na rynku może być za dużo. W 2019 r. energetyka zawodowa w Polsce zużyła niewiele ponad 36 mln t węgla, ale już w 2040 r. (zgodnie z prognozą zwartą w kolejnym projekcie Polityki Energetycznej Polski 2040) zmniejszy się o ponad dwie trzecie. W praktyce oznaczałoby to, że na rynku już za 20 lat nie będzie miejsca dla żadnej kopalni PGG. Porozumienie zapowiada co prawda, że „ostateczny kształt Polityki Energetycznej Polski uzależniony będzie m.in. od treści Umowy Społecznej regulującej funkcjonowanie sektora górnictwa węgla kamiennego”. To oznaczałoby, że czeka nas kolejny już zaktualizowany projekt PEP stworzony w oparciu o umowę wypracowaną ze stroną związkową. Jednak ostatnie kilka lat pokazało, że rządowe plany, strategie i prognozy to jedno, a rzeczywistość całkiem co innego. Rozpędzona transformacja energetyczna jest faktem i ały czas dokonuje się równolegle i po cichu wbrew rządowym deklaracjom, a głównym regulatorem jest tutaj rynek kształtowany przez opłaty emisyjne.
Porozumienie zakłada także inwestycje w niskoemisyjne technologie węglowe, obejmujące m.in. zgazowanie węgla i wychwytywanie CO2. To bardzo ambitne plany, ale zagraniczne doświadczenia raczej nie napawają optymizmem w przypadku wielkoskalowych i komercyjnych instalacji. Niezwykle ciężko będzie również pozyskać na nie finansowanie, bo coraz więcej instytucji finansowych nie chce mieć nic wspólnego z węglem.
Tak nieoczekiwany i na chybcika przygotowany węglowy stół budzi jeszcze wątpliwości odnośnie samych aktorów, którzy przy nim zasiadają. W rozmowach dotyczących wygaszania branży węglowej uczestniczą przedstawiciele rządu, ewentualnie politycy koalicji rządowej oraz górniczy związkowcy. Jednak coraz częściej słychać, że skoro wypracowane porozumienie ma dotyczyć przyszłości całego regionu, a subwencjonowanie górnictwa przez prawie trzy dekady pochłonie znaczne kwoty, to węglowy stół powinien być bardziej okrągły i dopuścić do rozmów również przedstawicieli innych grup i środowisk.
Apele o poszerzenie formuły
O szerszą formułę rozmów zaapelowali najpierw politycy opozycji oraz związkowcy z branży energetycznej, a ostatnio również w liście skierowanym do premiera Mateusza Morawieckiego naukowcy z Uniwersytetu Śląskiego. 51 sygnatariuszy listu apeluje nie tylko o szybsze wygaszenie kopalń węglowych, ale również o włączenie do rozmowy o przyszłości branży i regionu innych środowisk poza górniczymi związkowcami.
„W naszej ocenie, w najlepiej rozumianym interesie Górnego Śląska, jest możliwie szybkie odejście od wydobycia węgla kamiennego na warunkach uzgodnionych nie tylko pomiędzy rządem i związkami zawodowymi, ale także pozostałymi interesariuszami środowiskami regionalnymi, w warunkach znacznie szerszego konsensu społecznego. Wydłużanie horyzontu zmian gospodarczego i technologicznego profilu regionu nie jest odpowiedzią na rzeczywiste potrzeby mieszkańców Górnego Śląska i Zagłębia, w szczególności młodszych i przyszłych pokoleń, oczekujących koncentracji wsparcia publicznego nie na subsydiowaniu przemysłów schodzących, lecz głębokiej modernizacji gospodarczej i technologicznej regionu, zdecydowanej poprawy jakości życia i budowy nowych szans rozwojowych związanych z Europejskim Zielonym Ładem” – czytamy w liście.
– Żywimy nadzieję, że listem tym zwrócimy uwagę Pana Premiera na potrzeby inwestycyjne związane z rewitalizacją obszarów pogórniczych oraz przekształceniami gospodarki, które wymagają dużych nakładów. Środki, które mają zostać przeznaczone na wydłużenie horyzontu działania górnictwa węgla kamiennego, mogłyby zostać przeznaczone na sprostanie tym wyzwaniom i uniknięcie zmarnowania szans rozwojowych regionu. Jednocześnie pragniemy podkreślić, iż Uniwersytet Śląski i społeczność naukowa stanowią istotny zasób kapitału wiedzy, który może zostać zaangażowany w procesie przemian. Możemy służyć radą władzom wszystkich szczebli i jesteśmy gotowi oraz otwarci na współpracę w ważnych dla Śląska procesach. Jest to bowiem region, który jest drogi naszym sercom – zaznaczył w imieniu sygnatariuszy listu dr Łukasz Trembaczowski, Koordynator Naukowy Grupy Badawczej Sprawiedliwej Transformacji.
Na razie jednak apele innych środowisk domagających się partycypacji w węglowych negocjacjach pozostały raczej bez echa.
Jacek Madeja
Publicysta tygodnika Trybuna Górnicza
portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie
Europejskie plany ograniczania emisji metanu mogą zagrozić górnictwu.
W połowie października Komisja Europejska przedstawiła strategię, która ma ograniczyć emisję metanu. W ramach tych działań ma m.in. zostać opracowany ustandaryzowany system pomiarów oraz obserwatorium emisji metanu. Jednoznacznych rozstrzygnięć dotyczących opłat za jego emisję na razie nie ma, ale wszystko wskazuje, że w niedalekiej perspektywie tak się stanie.
Wszystko dlatego, że metan to o wiele groźniejszy od dwutlenku węgla gaz cieplarniany, który przyczynia się do zmian klimatu. Dlatego KE, przywołując postulat neutralności klimatycznej w 2050 r., postanowiła przygotować plan redukcji emisji metanu. To może jednak oznaczać spore problemy dla branż, które są głównymi emitentami metanu – energetyki, przemysłu hodowlanego czy rolnictwa, ale również i górnictwa węglowego.
Przelicznik rośnie
Dr Janusz Jureczka, dyr. Oddziału Górnośląskiego Państwowego Instytutu Geologicznego – Państwowego Instytutu Badawczego przypomina, że przy ocenie wpływu metanu na globalne ocieplenie stosuje się współczynnik GWP (Global Warming Potential), wg którego potencjał cieplarniany metanu jest ponad dwudziestokrotnie większy od potencjału dwutlenku węgla.
– Ten przelicznik przez lata wynosił 21, ale kilka lat temu został zwiększony i obecnie w USA oraz krajach Unii Europejskiej jest przyjmowane, że metan ma 25 razy większy wpływ na globalne ocieplenie niż dwutlenek węgla. Jest jednak wiele organizacji, w tym m.in. IPCC, czyli Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu, które podają, że ten przelicznik powinien wynieść od 28 do 34. Biorąc jednak pod uwagę fakt, że wszystko zmierza do tego, żeby na wzór opłat za uprawnienia do emisji dwutlenku węgla analogicznymi opłatami objąć emitentów metanu, to tak naprawdę ma jednak drugorzędne znaczenie, czy to będzie 25 czy 28. Z całą pewnością to będą bardzo wysokie kwoty – zaznacza naukowiec.
– Z przepisów górniczych wynika, że w kopalnianej atmosferze, a dokładniej w szybach, ze względów bezpieczeństwa stężenie metanu nie może przekroczyć 0,75 proc., a zwykle utrzymuje się na średnim poziomie 0,3–0,5 proc. Fakt, że te wartości są przez cały czas monitorowane i mierzone sprawi, że tym łatwiej będzie można wielkość emisji przełożyć na konkretne opłaty – podkreśla dr Jureczka.
Jak dodaje, pomysł drastycznego podwyższenia opłat w Polsce za emisję metanu pojawił się już w 2008 r. jednak pod naciskiem środowisk górniczych rząd wycofał się z tej podwyżki.
– Należy też dodać, że w następnych latach rząd polski mocno lobbował za tym, żeby metan nie był ujęty w unijnym systemie opłat. Jednak należy pamiętać, że mocną przesłanką, aby tak się stało, jest nasze krajowe prawo, a dokładnie chodzi tutaj o ustawę o systemie handlu uprawnieniami do emisji gazów cieplarnianych. W tej ustawie jest również wskazany metan jako gaz cieplarniany. Do tej pory jednak opłaty za emisje metanu w Polsce są bardzo niskie, obecnie 30 groszy za tonę, co w rezultacie daje łączną roczną opłatę dla całego górnictwa węgla kamiennego w wysokości ok. stu kilkudziesięciu tys. złotych – wylicza naukowiec.
Metan z uwagi na dużą wybuchowość w górnictwie przez lata był postrzegany jako ogromne zagrożenie, a ostatnio również jako cenny surowiec, który po ujęciu można wykorzystać.
Ogromne zagrożenie
W ostatnich latach kopalnie ujmują ok. 300 mln m sześc. metanu rocznie, z czego ok. 200 mln m sześc. jest zagospodarowywanych. Pozostała cześć jest wraz z powietrzem dołowym emitowana do atmosfery. W ostatnich latach było to na ogół ok. 700 mln m sześc. rocznie. Trzeba tutaj zastrzec, że poziom emisji jest bardzo różny w przypadku poszczególnych kopalń. Prym wiodą tutaj kopalnie Jastrzębskiej Spółki Węglowej.
– Jeśli chodzi o ostatni rok, to dane WUG są trochę bardziej optymistyczne, bo emisja wyniosła ok. 600 mln m sześc. Choć uczciwie trzeba powiedzieć, że było to spowodowane w znacznej mierze dość znacznym spadkiem wydobycia, wielkość ujętego i zagospodarowanego metanu się nie zmieniła. Zagospodarowanie i ograniczenie emisji metanu z powietrza kopalnianego jest obecnie największym wyzwaniem. Problemem nie jest fakt, że nie mamy pomysłu, co zrobić z tym metanem z wentylacji. Są dostępne różne rozwiązania i one są możliwe również do zastosowania w Polsce. Niestety w Polsce są one w fazie badawczej i demonstracyjnej, a nie w fazie przemysłowego zastosowania. Głównym problemem są tutaj przede wszystkim bardzo wysokie koszty utylizacji metanu z powietrza wentylacyjnego – mówi dr Jureczka.
Mierzą się z problemem
Jak z ujmowaniem metanu radzi sobie Jastrzębska Spółka Węglowa? Artur Dyczko, wiceprezes spółki, przypomniał w rozmowie z portalem netTG.pl, że od roku w strukturach JSW działa Biuro Odmetanowania i Zarządzania Mediami Energetycznymi, a we wszystkich kopalniach utworzone zostały oddziały odmetanowania. W ten sposób przejęto od firm zewnętrznych obsługę i serwis stacji odmetanowania oraz kontrolę nad siecią głównych rurociągów metanowych. Pracę w strukturach odmetanowania znalazło ponad 200 specjalistów, a spółka prowadzi również szkolenia, odbudowując kompetencje w tym zakresie, zgodnie z polityką przyjętą w ub.r.
– Wyposażamy te oddziały w sprzęt wiertniczy. Planujemy przejąć od firm zewnętrznych część najbardziej newralgicznych z naszego punktu widzenia prac. Realizujemy projekt budowy infrastruktury dla gospodarczego wykorzystania metanu w kopalniach Knurów-Szczygłowice i Budryk. Obejmuje on budowę nie tylko układów kogeneracyjnych, których łączna moc wyniesie 48 MWe, ale również całej infrastruktury towarzyszącej. W tym budowę i modernizację stacji odmetanowania, rozdzielni elektrycznych, rurociągów powierzchniowych i dołowych, estakad rurowo-kablowych. Łączny koszt inwestycji to ponad 300 mln zł. W ostatnim roku oddano do eksploatacji trzy układy kogeneracyjne o mocy 12 MWe w Ruchu Knurów oraz jeden o mocy 2 MWe w kopalni Budryk. Pracujemy nad tym, aby układy kogeneracyjne, podobnie jak stacje odmetanowania, obsługiwane i serwisowane były przez nasze służby i mówię tu zarówno o ujęciu metanu w wyrobiskach dołowych, jego przesył na powierzchnię aż po produkcję energii elektrycznej ciepła i chłodu z metanu – argumentował Dyczko.
Przyznał, że wychwycenie metanu znajdującego się w powietrzu kopalnianym jest obecnie największym problemem. Podczas ostatniej Szkoły Eksploatacji Podziemnej przedstawił też szacunki dotyczące tego, z jakimi kwotami mogłoby się wiązać objęciem metanu systemem opłat.
– W powietrzu wentylacyjnym mamy 245 mln m sześc. metanu, a zagospodarowujemy 54 mln m sześc. Przeliczając koszty jego emisji po aktualnych cenach ETS, opłata wynosiłaby 637 mln zł rocznie. Dlatego już w strategii w 2017 r. mocno założyliśmy, że musimy sobie poradzić z metanem. Wszystkie pomysły na zagospodarowanie metanu z powietrza, które wielokrotnie w naszych kopalniach były uznawane za „odjechane”, bezsensowne i nieopłacalne, przy tej kwocie znów należy rozważyć. Albo wymyślimy, co zrobimy z metanem, albo będziemy mieli bardzo duży problem – wyliczał Dyczko.
Jak dodał, JSW przez cały czas współpracuje z jednostkami naukowo-badawczymi nad stworzeniem optymalnego sposobu utylizacji metanu z powietrza wentylacyjnego.
– Jest to bardzo trudne, ponieważ stężenie metanu wynosi tam średnio 0,25 proc. Nie ma obecnie metody, która pozwoliłaby w sposób ekonomicznie uzasadniony gospodarczo wykorzystywać ten metan. Prace jednak trwają, bądźmy dobrej myśli – wyjaśniał Dyczko.
Uproszczenie i przyśpieszenie
Na problem możliwego objęcia emisji metanu opłatami zwrócił także uwagę na łamach portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie dr Zygmunt Łukaszczyk, b. wojewoda śląski i szef Katowickiego Holdingu Węglowego, a obecnie dyrektor Centrum Kształcenia Ustawicznego Politechniki Śląskiej.
– W takim przypadku opłaty z tego tytułu znacząco podniosłyby koszty wydobycia węgla kamiennego, a tym samym spowodowałyby wyeliminowanie w pierwszej kolejności eksploatacji węgla w kopalniach wysokometanowych. W skrajnym hipotetycznym przypadku mógłby to być koszt z tytułu praw do emisji sięgający ponad 1 mld zł. Mając to na uwadze, warto zrobić wszystko, wszelkimi możliwymi sposobami, aby maksymalnie ograniczyć emisję metanu do atmosfery i nie potęgować zmian klimatycznych. Wobec uzasadnionej, rosnącej presji na maksymalne ograniczenie emisji do atmosfery gazów cieplarnianych oraz położenie nacisku na efektywność energetyczną, wykorzystanie metanu z pokładów węgla staje się w pełni uzasadnione – wskazał Łukaszczyk.
Jak przekonuje Łukaszczyk, sytuację mogłaby poprawić nowelizacja Prawa geologicznego i górniczego – w zakresie dalszego uproszczenia procedury „open door” na pozyskiwanie przez przedsiębiorców koncesji na poszukiwanie, rozpoznanie i eksploatację metanu z pokładów węgla w celu uproszczenia i przyśpieszenia procesu koncesyjnego realizowanego w Ministerstwie Środowiska. Ponadto, przedsiębiorstwa górnicze powinny uruchomić przemysłowe instalacje wytwarzania sprężonego gazu ziemnego – metanu pokładu węgla (CNG – MPW), niewykorzystanego w wyniku odmetanowania kopalń do komunikacji i lokalnej energetyki.
Jacek Madeja
Publicysta tygodnika Trybuna Górnicza
portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie