Nagły wystrzał cen gazu, sygnały o niedostatecznej podaży surowca na rynku biomasy, wolne tempo i niepewność towarzysząca projektom geotermalnym, a także społeczne kontrowersje wokół budowy spalarni odpadów wskazują, że dekarbonizację sektora ciepłowniczego trudno będzie przeprowadzić w formie rewolucji. Raczej trzeba nastawić się na to, że będzie to proces długotrwały i wymagający możliwie szerokiej dywersyfikacji miksu. Bycie zaś w awangardzie zmian może się wiązać z koniecznością stawienia czoła wielu niespodziewanym sytuacjom.
Raptem pół roku temu pisałem na tych łamach o nieuchronnie czekającym branżę ciepłowniczą (i wyraźnie widocznym już dzisiaj) odejściu od węgla kamiennego jako podstawowego surowca na rzecz innych paliw (np. biomasy, czy odpadów). Trend ten napędzają z jednej strony rosnące ceny uprawnień do emisji CO2, mocno uderzające w finanse sektora i przekładające się na rosnące opłaty za ciepło dla odbiorców, z drugiej niska sprawność konwencjonalnego ciepłownictwa, z trzeciej zaś strumień publicznych środków inwestowanych w technologie wykorzystujące alternatywne paliwa.
Żadna z trzech wymienionych powyżej okoliczności na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy nie zniknęła. Dalej kształtują dekarbonizacyjny trend w sektorze ciepłowniczym, czego najlepszym potwierdzeniem są doniesienia o trudnej sytuacji finansowej wielu przedsiębiorstw ciepłowniczych opierających swą działalność o paliwo węglowe. Tempo tego procesu nie jest jednak bynajmniej równomierne, sytuacja na rynku ostatnio jest (mówiąc eufemistycznie) bardzo „dynamiczna”, a przyjęte założenia nieustannie weryfikowane są przez rzeczywistość i weryfikacja ta nie zawsze w pełnej rozciągłości potwierdza wyjściowe założenia. Czasem okazuje się, że nawet w dobie dekarbonizacji dobrze mieć w swoim miksie węgiel, gdyż w razie zawirowań z innymi rodzajami paliw stanowić może on swoistą rezerwę stabilizującą produkcję.
Bez węgla może się zrobić nerwowo. I bardzo chłodno zarazem
– Przy węglu nie zdarzyły mi się takie emocje, że w zimie obawiałem się o ciągłość produkcji ciepła, a przy biomasie takie sytuacje na przestrzeni lat niestety się zdarzały – szczerze i bez „owijania w bawełnę” wyznał Janusz Fic, prezes Miejskiego Przedsiębiorstwa Gospodarki Komunalnej – Krośnieńskiego Holdingu Komunalnego. Wyznanie to padło przy okazji organizowanego przez Związek Miast Polskich w ramach Forum Rozwoju Lokalnego wrześniowego seminarium na temat transformacji energetycznej polskich miast.
Jak zwykle przy okazji tego typu wydarzeń wiele można było usłyszeć o konieczności dekarbonizacji i pod tym względem prezes krośnieńskiej spółki komunalnej nie powiedział niczego przeciwnego „oficjalnej” wykładni. Kierowany przez niego Holding sam zresztą systematycznie wciela ten schemat w życie, ograniczając udział węgla kamiennego w miksie, by od roku 2024 definitywnie przestać go stosować (dla porównania, jeszcze w roku 2012 całe ciepło wytwarzane przez spółkę pochodziło właśnie ze spalania węgla). KHK od blisko dekady konsekwentnie stawia na biomasę, a nowy „zielony” miks będą uzupełniać odpady komunalne, które mają trafiać do budowanej właśnie instalacji (spalarnia ma powstać do roku 2024 kosztem 135 mln zł) z blisko 30 gmin Podkarpacia. Mimo tych wszystkich poczynań, prezes Fic nie jest wielkim fanem biomasy, którą określa mianem mało „wdzięcznego” paliwa i jednym tchem wymienia jej mankamenty: kłopoty ze składowaniem, konieczność posiadania odpowiednio dużego magazynu, czy utratę parametrów przy dłuższym okresie przechowywania (to wszystko zaś przekłada się na problem ze zgromadzeniem poważniejszych zapasów). Główne wyzwanie stanowi jednak płytki i niestabilny rynek, który sprawia, że pochodząca jeszcze z lat 80-tych minionego wieku ciepłownia węglowa, mająca teoretycznie stanowić wyłącznie „źródło szczytowe” nagle urasta do rangi strategicznej rezerwy.
– Ostatniej zimy tartaki w zasadzie wstrzymały produkcję i produkowaliśmy ciepło z magazynu. Doszliśmy do takiego momentu, że wspomagaliśmy się kotłownią węglową, bo po prostu nie mieliśmy biomasy. Nie było możliwe jej pozyskanie. Na szczęście wszystko odblokowało się w ostatnim momencie, więc kocioł ORC jeszcze był w stanie funkcjonować – opowiadał uczestniczącym w seminarium samorządowcom prezes krośnieńskiej spółki.
Z jego dalszych wyjaśnień wynikało, że cała ta sytuacja nie była incydentalnym „wypadkiem przy pracy”, ale logicznym następstwem układu sił na rynku. Ten bowiem – wedle Fica – jest zdecydowanie niekorzystny dla odbiorców biomasy. Warunki dyktują na nim producenci, których jest relatywnie niewielu względem podmiotów zainteresowanych ich ofertą, co sprawia, że nie ma ani pola do jakiś poważniejszych negocjacji cen, ani do wymuszenia czegokolwiek wizją kar.
– Nie mamy tak mocnej pozycji w relacjach z naszymi dostawcami jak mieliśmy w węglu. Nie zabezpieczają nas żadne kary umowne. To, co mamy w umowach, to jest jakaś groźba ostateczna, której na przestrzeni lat użyliśmy raz i to do straszenia, a nie egzekwowania – przyznał prezes Fic. Jak dodał potencjalnych dostawców biomasy jest na tyle mało, że ewentualne konfliktowanie się z nimi nie miałoby zresztą w dłuższej perspektywie większego sensu, gdyż nawet w razie wygrania tych sporów można po prostu zostać bez paliwa w przyszłości.
– Nasze doświadczenia są w pewnym sensie przestrogą – stwierdził Janusz Fic odnosząc się do kolejnych, realizowanych właśnie lub planowanych w całej Polsce, inwestycji w kotłownie biomasowe.
Na ile zarysowana przez przedstawiciela krośnieńskiej spółki sytuacja jest reprezentatywna dla całego sektora? Instalacja ta jest jedną z najdłużej działających w kraju, więc zarządzający nią mieli dość czasu, aby rozeznać rynek, a i samo Podkarpacie nie należy do regionów, które by można akurat podejrzewać o brak leśnej biomasy. Lektura branżowych mediów wskazuje, że rosnące ceny surowca, podobnie jak i popyt ze strony energetyki zawodowej oraz ciepłownictwa jest faktem. Z drugiej strony opublikowany pod koniec września raport Instytutu Jagiellońskiego i Amerykańskiego Stowarzyszenia Wytwórców Pelletu USIPA przekonuje, że to właśnie biomasa może stanowić dobre uzupełnienie miksu paliw w ciepłownictwie, będąc „skalowanym źródłem energii odnawialnej”. Raport zachęca wręcz do konwersji dużych europejskich elektrowni i elektrociepłowni na to paliwo argumentując, że zamiana „węgla jeden do jednego na biomasę pozwala na wykorzystanie istniejących aktywów, które w alternatywnym scenariuszu musiałyby zostać wyłączone”.
Francuski koncern jeszcze poczeka z gazem. Ceny błękitnego paliwa szybują
Również jesienią wiadomości o nagłym „ociepleniu” notowań węgla napłynęły z Olsztyna. Aby była pełna jasność – stolica Warmii od lat konsekwentnie realizuje politykę ograniczania tego paliwa w swoim systemie ciepłowniczym chcąc uciec przed rosnącymi kosztami jego użytkowania (tylko w tym roku lokalny MPEC dwa razy podnosił ceny ciepła). Dwa lata temu oddano do użytku kotłownię biomasową, do końca tego roku ma zostać ukończona budowa kotłowni olejowo-gazowej, zaś w roku 2023 do kaloryferów ma popłynąć ciepło ze stawianej właśnie spalarni odpadów. Równocześnie jednak przedsiębiorstwo modernizuje kotły węglowe, co oznacza, że definitywnie z paliwa węglowego rezygnować nie zamierza.
Co najmniej przez jeszcze jeden sezon grzewczy na rozbrat z węglem nie zdecyduje się również olsztyńska fabryka koncernu Michalin. To o tyle istotna wiadomość, że zakładowa kotłownia Michalin zaopatruje w ciepło ok. 30 proc. mieszkańców ponad 170-tysięcznego Olsztyna. Równo dekadę temu przedstawiciele francuskiej firmy zapowiedzieli, że w roku 2021 zakończy ona wykorzystywanie paliwa węglowego, które zastąpić miał gaz – zmiana ta oznaczać miała zarazem koniec sprzedaży ciepła miastu, co było jednym z czynników motywujących stronę samorządową do rozwoju własnych źródeł ciepła. Pod koniec września okazało się jednak, że plany te nagle uległy rewizji i strony porozumiały się w sprawie przedłużenia o rok wzajemnej współpracy.
– Michalin przedłuża na kolejny rok możliwość sprzedaży energii cieplnej dla Olsztyna. Podpisaliśmy z nimi roczną umowę na dostawy ciepła do mocy 30 MW. Będzie to istotne uzupełnienie systemu, którego zapotrzebowanie przekracza w sumie 250 MW – wyjaśniał w rozmowie z PortalSamorzadowy.pl prezydent Olsztyna Piotr Grzymowicz.
Jak można było nieoficjalnie usłyszeć, argumentem przemawiającym za taką decyzją były rosnące w szaleńczym tempie ceny gazu, które sprawiły, że drożejący i obciążony opłatami za emisje węgiel kamienny zaczął się jawić jako rozwiązanie (choćby tymczasowo) finansowo przystępniejsze aniżeli „błękitne paliwo”.
Samorządowcy namawiali do ekologicznych źródeł ogrzewania. Teraz boją się o swoją wiarygodność
Sytuacja na rynku gazu dała zresztą wiele do myślenia włodarzom również w innych regionach Polski. Bodaj najgłośniejszy alarm z tego powodu podnieśli samorządowcy z części gmin Wielkopolski, którzy – podobnie jak ich mieszkańcy – w październiku ujrzeli na rachunkach kwoty o 100 proc. wyższe od tych, które widniały na nich jeszcze kilka tygodni wcześniej (gwoli ścisłości, sama cena gazu poszła w górę o ok. 170 proc., co przy utrzymaniu opłat stałych i dystrybucyjnych na niezmienionym poziomie, finalnie dało dwukrotny wzrost rachunków). Dostawca tłumaczył się wzrostem hurtowych cen gazu ziemnego i koniecznością dostosowania swoich stawek do warunków rynkowych, a także wskazywał, że u konkurencji stawki też nie stoją w miejscu, lecz nikogo tym specjalnie nie uspokoił.
– Będziemy musieli liczyć się z większymi kosztami utrzymania szkół, obiektów publicznych, itp. w naszej gminie, a planując przyszłoroczny budżet ten spory wydatek trzeba będzie uwzględnić, nie mówiąc jeszcze o skorygowaniu tegorocznego budżetu – wskazywał Paweł Adam, burmistrz miasta i gminy Buk (pow. poznański). Ostrzegał, że w konsekwencji tak znaczącej podwyżki cen, mieszkańcy – kosztem opłacenia rachunków za gaz – nie będą mieli pieniędzy na inne podstawowe potrzeby. Zwracał też uwagę na środowiskowy aspekt całej tej sytuacji.
– Namawialiśmy mieszkańców do wymiany źródeł ogrzewania – aby stare „kopciuchy” zamienić na ekologiczne źródła ogrzewania, na gaz i co teraz? W ten sposób tracimy wiarygodność i zaufanie naszych mieszkańców – skarżył się burmistrz, który wraz grupą kilkudziesięciu samorządowców reprezentujących gminy Wielkopolski, zachodniego Pomorza, Dolnego Śląska, województwa pomorskiego i kujawsko-pomorskiego zawiązał komitet protestacyjny i podjął interwencję m.in. w URE, UOKiK-u czy na szczeblu ministerstw, chcąc w ten sposób wyjaśnić, czy w tym przypadku dostarczyciel gazu nie wykorzystuje swojej monopolistycznej pozycji na rynku (do chwili ukończenia niniejszego materiału nic się w tej sprawie jednak nie zmieniło, co każe sądzić, że skończy się na medialnej wrzawie, a wyższe rachunki i tak trzeba będzie zapłacić).
Notowania węgla wzrosły też w skali „makro”
Pojawiający się w skali lokalnej zwrot od gazu do węgla sygnalizowały w skali „makro” także podmioty zajmujące się analizą rynku energii. Już w czerwcu eksperci szwajcarskiego Axpo Solutions zwracali uwagę, że zużycie węgla w Europie podskoczyło w tym roku o 10-15 proc., gdyż chłodniejsza i dłuższa niż zazwyczaj zima doprowadziła do wyczerpania się zapasów gazu, a rosnące po pandemicznym dołku zapotrzebowania na energię musi zostać w jakiś sposób zaspokojone (tymczasem o gaz Rosji Europa musi konkurować z Azją). Analitycy podkreślali, że chociaż stawki za emisję CO2 osiągnęły rekordowe poziomy, to często zabezpiecza się je na stałym poziomie z wieloletnim wyprzedzeniem, a to sprawia, że stosowanie węgla, choć drogie, wciąż jeszcze może być opłacalne. Tego typu doniesienia mnożyły się również w kolejnych miesiącach, w miarę jak ceny gazu pięły się w górę. Te zaś z początkiem października przebiły poziom 1300 dolarów za 1000 metrów sześciennych, co oznaczało, że od początku roku wzrosły o 550 procent!
Michał Wroński, dziennikarz w PortalSamorzadowy.pl
Wydobycie węgla na skalę przemysłową w Wielkiej Brytanii rozpoczęło się około XVI wieku. Już w 1600 r., północno-wschodnie angielskie zagłębia węglowe Northumberland i Durham dostarczały ponad 250 000 t/r węgla, głównie do południowej Anglii.
W roku 1912 brytyjski przemysł węglowy osiągnął szczyt swojego rozwoju i zatrudniał 1 100 000 pracowników, produkując rekordową ilość 287 mln ton, z czego jedną trzecią eksportowano. W tym czasie działało w górnictwie około 1 400 spółek a czynnych kopalń było 2 600. W roku 1947 przemysł znacjonalizowano i wtedy zatrudniał on 718 tys. pracowników w 958 kopalniach.
Chociaż węgiel pozostawał głównym, pierwotnym paliwem kraju przez kolejną dekadę, malejący popyt od końca lat pięćdziesiątych spowodował, że National Coal Board (NCB) – państwowe przedsiębiorstwo węglowe zamykało średnio 34 kopalnie rocznie w okresie pomiędzy 1958 a 1973 r. W roku 1975 pozostało czynnych już tylko 241 kopalń. Pod koniec 1985 r. liczba ta spadła do 133, a w roku 1992 czynnych było już tylko 50 kopalń zatrudniających 43 800 ludzi.
Mówiąc o restrukturyzacji górnictwa węgla kamiennego w tym kraju należy wyraźnie rozróżnić dwa okresy.
Pierwszy to okres od roku 1947 do końca lat siedemdziesiątych. Był to okres spadającego popytu krajowego na węgiel i rosnącej konkurencji ze strony innych nośników energii. W tym też okresie faktycznie jedynym instrumentem łagodzenia skutków redukcji zatrudnienia było przemieszczanie robotników z jednej kopalni do drugiej.
Drugi okres w latach 1980-1995 napędzany był przede wszystkim polityką prywatyzacji ówczesnego rządu. Podczas gdy poprzednie zamknięcia kopalń często kojarzyły się z wyczerpaniem zasobów lub olbrzymimi problemami geologicznymi, późniejsza restrukturyzacja wynikała bezpośrednio z wymogów rządu, aby NCB osiągnęła finansową niezależność bez potrzeby korzystania z dotacji państwowych. Poza tym istniał też aspekt polityczny. Celem polityki rządu konserwatywnego było przełamanie siły krajowego związku górników i wystawienie przemysłu na działanie sił rynkowych jako wstęp do ostatecznej prywatyzacji. Kiedy rząd konserwatywny odzyskał władzę w roku 1979, rozpoczął faktyczną prywatyzację wszystkich przemysłów, które do tej pory były państwowe. Wśród nich było również górnictwo węgla kamiennego.
Trwający przez 10 miesięcy strajk w przemyśle węglowym w latach 1984-1985 okazał się fatalny w skutkach dla przemysłu. Rozpoczęto go w obronie 20 tys. miejsc pracy
w dwudziestu kopalniach, a zakończono rozłamem w Krajowym Związku Górników. Koszt tych strajków oszacowano na 1 750 mln funtów dla NCB plus dalsze 1 500 mln dla rządu i głównych odbiorców brytyjskiego węgla. Pomimo przyspieszonego programu zamykania nierentownych kopalń w połowie lat osiemdziesiątych NCB, która w roku 1987 zmieniła nazwę na British Coal Corporation (BCC), ciągle była w stanie czynić znaczące inwestycje w kopalniach, dla których widziała pewną przyszłość, chociaż zasadnicza część tych inwestycji to inwestycje w technologie, a nie w zasoby ludzkie. Pod koniec roku 1992 rząd ogłosił, że zamierza zamknąć 27 kopalń z pozostających jeszcze czynnych 50, a kolejne cztery zachować na zasadzie utrzymania dostępu do zasobów.
Przemysł węglowy, który powrócił do sektora prywatnego na początku 1995 r. składał się z 31 kopalń głębinowych,
z których część została zachowana w stanie „uśpienia” .Zatrudniał wtedy mniej niż 9 tys. ludzi. Do początku roku 2000 czynnych pozostało 17 kopalń głębinowych zapewniających zatrudnienie dla 9 400 ludzi, z czego 8 100 górników pracowało w Anglii, 700 w Szkocji i 600 w południowej Walii.
Podejście rządu do odnowy gospodarczej obszarów dotkniętych przez restrukturyzację przemysłu węglowego było w dużej mierze realizowane w skali regionalnej. Działo się tak jednak dopiero od końca lat dziewięćdziesiątych, kiedy pojawiła się polityka regionalna w programach rządowych. Wcześniej to rząd centralny brał odpowiedzialność za wszystkie sprawy. Wyjątkami była tu Walia i Szkocja, dla których centralny rząd Zjednoczonego Królestwa stworzył specjalne departamenty: walijski i szkocki. Tak więc odpowiedzialność za przyciąganie nowych inwestycji do starych zagłębi węglowych w okresie lat 1980-1990 ciążyła często na barkach istniejących organizacji, które miały szerszy zakres działania niż jedynie przemysł węglowy. Główny ciężar wysiłków British Coal w celu przygotowania swoich byłych pracowników do alternatywnego zatrudnienia wzięła na siebie jej siostrzana firma British Coal Enterprice (BCE).
BCE została stworzona pod koniec 1984 r. w celu wsparcia procesu tworzenia alternatywnych możliwości zatrudnienia na terenach górniczych. Była to inicjatywa podjęta przez British Coal i rząd centralny (w tamtym czasie Departament Energii), bez zaangażowania się jakiegokolwiek związku zawodowego. Zastała ona utworzona jako spółka będąca całkowitą własnością BCC. Rozpoczęła działalność na skromną skalę z ograniczonym budżetem w wysokości 5 000 000 funtów. Na początku lat dziewięćdziesiątych jej kapitał wynosił już 60 mln funtów (100 mln USD).
Charakter i wyniki działalności BCE wykazały, że długoterminowa działalność rzeczywiście powinna być realizowana w celu stworzenia nowych miejsc pracy w miejsce tych, które zlikwidowano w przemyśle węglowym.
Podstawowym celem British Coal Enterprise było wspieranie odbudowy i dywersyfikacji gospodarczej zagłębi węglowych w Zjednoczonym Królestwie, a przede wszystkim tworzenie miejsc pracy poza sektorem węglowym, ale na terenach zagłębia węglowego.
Jej usługi związane ze zmianą miejsca pracy dla byłych górników były bezpłatne dla pracowników BCC. Spółka ta oferowała również usługi na warunkach komercyjnych dla innych firm, zarówno na terenie zagłębi węglowych jak i poza nimi. Została zorganizowana na bazie regionalnej odpowiadającej siedmiu obszarom górniczym BCC,
z których każdy był w innym zagłębiu.
BCE postawiła sobie za cel stworzenie nowych miejsc pracy poprzez przyciąganie nowej działalności gospodarczej na tereny górnicze oraz poprzez udzielanie wsparcia nowym jednostkom gospodarczym i zachęcanie tym samym do zmiany miejsca ich działalności na tereny górnicze lub rozszerzanie zakresu ich działalności. Realizowała to poprzez:
Pomoc finansowa była dostępna dla każdej nowo rozpoczynanej działalności gospodarczej, rozszerzającej swój zakres działania lub przemieszczającej się na tereny górnicze, która tworzyła nowe, stałe miejsca pracy, a która nie likwidowała miejsc pracy istniejących w innych przedsiębiorstwach na tym terenie.
Oferta pomocy finansowej uzależniona była od tworzenia miejsc pracy, a wysokość kredytu zależna była bezpośrednio od liczby stworzonych miejsc pracy. Za każde przewidywane nowe miejsce pracy BCE mogła zapewnić do 5 000 funtów, czyli do 25% niezbędnych funduszy do prowadzenia działalności. Warunki, jakie te jednostki gospodarcze musiały spełniać by się zakwalifikować do korzystania ze środków BCE przedstawiały się następująco:
Rola finansowa BCE okazała się bardzo cenna do rozpoczynania działalności gospodarczej, ponieważ kiedy już taka jednostka uzyskała wsparcie BCE często łatwiej jej było uzyskać dalszą pomoc finansową z innych źródeł komercyjnych.
Do roku 1994 BCE zainwestowała w sumie 85 mln funtów w rozwój około 4 300 projektów, których ogólna kwota finansowania osiągnęła poziom 718 mln funtów odzwierciedlając zasadę, że 1 funt finansowany przez BCE przyciągał dalsze 7,50 funta
z innych źródeł. W sumie do 1993 BCE anulowała 9% swoich kredytów jako nieściągalne, dalsze 22% było w firmach, które przeżywały „trudności finansowe”.
BCE, w ramach swojego programu działalności i troski o ogólną sytuację gospodarki lokalnej uwzględniającej promocję tworzenia nowych miejsc pracy, nawiązywała aktywne związki z różnymi agencjami, które starały się stymulować regenerację terenów górniczych. Agencje te to np. samorządy lokalne, regionalne biura departamentów rządu krajowego, izby handlowe, rady ds. szkolenia i przedsiębiorstw.
Z punktu widzenia BCE najważniejszymi z nich były Agencje Lokalnej Przedsiębiorczości. Były to partnerstwa nienastawione na tworzenie zysku, w których, wraz z bankami, dużymi miejscowymi firmami, BCE odgrywała bezpośrednią rolę w procesie restrukturyzacji i dzięki którym zapewniała pomoc finansową. Agencje te zapewniały doradców z zakresu prowadzenia działalności gospodarczej dla firm, które zamierzały rozpocząć działalność na terenach górniczych lub też ją rozwijały. W latach 1985-1993 BCE wyasygnowała ponad 6 mln funtów na tę działalność.
BCE angażowała się w tworzenie i wspieranie zarządzanych przez siebie warsztatów
i małych jednostek gospodarczych mając dostęp do ogromnych zasobów budynków kopalnianych, a w niektórych przypadkach do budynków należących do innych firm, które można było wykorzystać do tego celu. Na terenie tych budynków powoływano małe jednostki gospodarcze. BCE angażowało się również, często z innymi agencjami, w budowę nowych obiektów. Pomoc tego rodzaju oznaczała, że nowi przedsiębiorcy nie byli od razu narażeni na wysokie nakłady kapitałowe, a korzystanie z podstawowych usług biurowych nie zmuszało ich do dodatkowego angażowania kapitału na zagwarantowanie sobie własnych urządzeń. Do połowy roku 1994 BCE planowało posiadanie 790 takich jednostek w 41 lokalizacjach, angażując na to roczne inwestycje rzędu 15-17 mln funtów.
Poza zapewnianiem nisko oprocentowanych kredytów dla nowych lub rozwijających się firm na terenach zagłębi węglowych, BCE również wspierało inne inicjatywy finansowania oraz zapewniało kierowane warsztaty i infrastrukturę przemysłową, na bazie której mogły powstawać nowe spółki. BCE wzięło również odpowiedzialność za realizację programu zmiany pracy i kariery zawodowej zwanego British Coal’s Job and Career Change Scheme (JACCS), który zapewniał doradztwo i szkolenie dla byłych górników. W okresie lat 1987-1993, realizując program BBC dotyczący zmiany zawodu i kariery zawodowej (JACCS), spółka BCE założyła 2 000 „warsztatów pracy” (biur doradztwa zawodowego).
Usługi jakie świadczono w tych „warsztatach” to doradztwo zawodowe, metody poszukiwania pracy, przygotowywanie życiorysów zawodowych, techniki przeprowadzania wywiadów związanych z ubieganiem się o zatrudnienie oraz doradztwo w zakresie przeszkalania.
Zdołano stworzyć ponad 106 000 „możliwości pracy” po koszcie wahającym się od 440 funtów (700 USD) za zapewnienie jednego stanowiska do pracy do 1 180 funtów (1 900 USD) za każde zatrudnienie na nowym miejscu pracy obejmujące wszystkie koszty plus 1570 funtów (2 500 USD) za usługi kredytowe BCE. W tamtym czasie BCE przypisywała sobie znalezienie 46 000 miejsc pracy w obszarze działalności jednostek, które BCE wspierała, 13 600 w tzw. obszarze, gdzie BCE mogła udostępniać lokale w budynkach po byłych kopalniach i 46 000 miejsc pracy w ramach programu zmiany pracy i kariery zawodowej (JACCS).
Program JACCS koncentrował się przede wszystkim na dopasowywaniu wolnych miejsc pracy do posiadanych umiejętności przez byłych górników. Należy tu zwrócić uwagę, ze poziom wyszkolenia górników był niski. Ze szkolenia korzystano wtedy, gdy rokowało to szanse na znalezienie nowego miejsca pracy lub gdy takie szkolenie gwarantował „w trakcie zdobywania praktyki” nowy pracodawca. Niektórych byłych pracowników British Coal, zachęcano do prowadzenia własnej działalności gospodarczej. Gwarantowano wtedy przygotowanie biznes planów i uzyskanie pomocy finansowej. W niektórych przypadkach wnioski o pomoc finansową składano bezpośrednio do BCE.
Twierdzi się, iż dzięki BCE stworzono od 7 000 do 24 000 miejsc pracy, ale najczęściej wymienia się średnią szacunkową ilość to jest 16 000 miejsc pracy. Przyjmując tę szacunkową ilość, ponownie dokonano analizy kosztu utworzenia jednego nowego miejsca pracy, który wyniósł w granicach od 4 300 funtów za zapewnienie fizycznego stanowiska do pracy (6900 USD) do 16 600 funtów (26 550 USD) za faktyczne zapewnienie nowej pracy na wspominanym stanowisku, łącznie z przeszkoleniem. Koszty te, jak twierdzono, dobrze odpowiadały relacjom kosztów tworzenia nowych miejsc pracy przez inne agencje.
Po prywatyzacji sektora węglowego na początku 1995 r. organizacje takie jak BCE były albo sprzedawane oddzielnie do prywatnego sektora albo kończyły działalność. Odpowiedzialność za byłe miejsca pokopalniane w Anglii, które nadawały się do rekultywacji i potencjalnego zagospodarowania przekazano innej państwowej agencji zwanej English Partnerships, która przejęła 56 terenów o różnej wielkości mając na celu ich rekultywację
i zwrot pod najbardziej odpowiednie wykorzystanie. W roku 1998 utworzono Agencje Rozwoju Regionalnego (Regional Development Agencies). Ich zadanie polegało na koordynowaniu napływających inwestycji, podnoszeniu kwalifikacji siły roboczej, poprawie konkurencyjności gospodarki i ogólnej rewitalizacji obszarów, za które ta agencja odpowiadała. Poza tym, rząd powołał fundusz rewitalizacji zagłębi węglowych (Coalfields Regeneration Trust), którego zadaniem było wspieranie inicjatyw ludności lokalnej, takich jak zakładanie małych warsztatów i tworzenie związków kredytowych. Inicjatywa ta początkowo planowana tylko na Anglię zaistniała również w Szkocji i Walii.
Dostęp Wielkiej Brytanii do funduszy Unii Europejskiej stał się możliwy dopiero w roku jej przystąpienia do Wspólnoty Europejskiej (1975). W okresie do połowy lat dziewięćdziesiątych byłe zagłębia węglowe Zjednoczonego Królestwa były objęte sferą działania Europejskich Strukturalnych Funduszy Regionalnych. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych dołączyły do tego dwa zagłębia – południowe Yorkshire i południowa Walia.
Jednak zmieniające się priorytety w ramach Unii doprowadziły do zmniejszenia pomocy dla niektórych zagłębi Zjednoczonego Królestwa, a niektóre nawet utraciły do nich dostęp. Zjednoczone Królestwo było również jednym z głównych biorców funduszy Unii Europejskiej w ramach programu RECHAR, z których uzyskało około 300 mln funtów (470 mln USD). Fundusze z EWWiS dla British Coal na pokrycie kosztów przeszkalania zgodnie
z art. 56 traktatu wyniosły 53 mln funtów (85 mln USD) w okresie lat 1985-1994, podczas gdy granty EWWiS dla rządu brytyjskiego wyniosły w sumie 212 mln ECU (235 mln USD).
W latach 1950-1980, problemy redukcji zatrudnienia związane z zamykaniem kopalń rozwiązywano za pomocą przedsięwzięć uwzględniających dobrowolne odejścia, wcześniejsze emerytury, oraz wewnętrzne transfery w ramach NCB. Około 60-70% pracowników skorzystało ze zwolnień, a reszta wolała przejść do innej kopalni. Zwykle oferowano alternatywne zatrudnienie w kopalniach na obszarze tego samego zagłębia, a tam gdzie nie było takich możliwości górnikom oferowano prace w innych częściach Zjednoczonego Królestwa.
Górnikom przenoszonym do innej kopalni udzielano pomocy w postaci jednorazowej odprawy wypłacanej po podjęciu zatrudnienia i kolejnych wypłat realizowanych po sześciu, dwunastu i dwudziestu czterech miesiącach pracy w nowej kopalni. Maksymalna suma w tym przypadku wynosiła 5 000 funtów. Dalsze płatności mogły być realizowane w postaci zasiłków związanych z ponoszeniem kosztów takich jak: przeprowadzka, sprzedaż domu. wzrost czynszu w nowym miejscu pracy, czy też wynajem mieszkania. Te formy finansowej pomocy odegrały ważną rolę w zapewnieniu współpracy górników przy realizacji procesu restrukturyzacji. Dla tych, którzy skorzystali z odpraw w wyniku utraty zatrudnienia (znaczna większość), a nie z przejścia do innej kopalni, środki te złagodziły skutki bezrobocia, chociaż nie uczyniono nic aby z ich pomocą stworzyć alternatywne zatrudnienie.
Program dobrowolnego przechodzenia na wcześniejszą emeryturę, proponowany przez BCC i działający do 1990 r., oferował górnikom w wieku 60 lat lub więcej, możliwość otrzymania jednorazowej odprawy i korzystania z zasiłków dla bezrobotnych do okresu uzyskania normalnej emerytury w wieku 65 lat. Następnie wiek ten zmniejszono do 50 lat, a potem program ten został zaniechany przez BCC, ponieważ wprowadzono pakiet rezygnacji z pracy, którego warunki były bardziej korzystne. Całkowity koszt wypłat z tytułu wcześniejszych emerytur w okresie lat 1967-1987 wyniósł 2 600 mln funtów plus koszty obsługi tego programu w wysokości 60 mln funtów rocznie. Całkowity koszt wszystkich wcześniejszych emerytur i płatności z tytułu odejścia z pracy w okresie lat 1985-1995 osiągnął wielkość prawie 6 600 mln funtów, z czego prawie 160 mln funtów pochodziło
z EWWiS.
Przez wiele lat górnicy korzystali z możliwości programu wypłat dla zwalnianych robotników (Redundant Mineworkers’ Payment Scheme – RPMS), który był bardzo hojny, jeżeli porównamy go z programami dostępnymi w innych sektorach. Warunki tego programu zostały jednak zmienione pod koniec lat osiemdziesiątych. Od 1 stycznia 1990 r. pracownik uzyskiwał odprawę w wysokości trzech tygodniowych zarobków za przepracowany rok pracy, przy czym przyjmowano maksymalną stawkę za te 3 tygodnie w wysokości 300 funtów, przy maksymalnym stażu pracy wynoszącym 30 lat. Zgodnie z wspomniani warunkami (obejmującymi wszelkie statutowe uprawnienia) maksymalna wypłata wynosiła 27 000 funtów. Poza tym wypłacana była jeszcze związana z wiekiem jednorazowa kwota wahająca się od 2 500 funtów (jeżeli pracownik miał 21 lat) do 10 000 (dla tych, którzy ukończyli 30 lat). Istniały również uprawnienia związane z deputatem węglowym (lub opcja wzięcia jednorazowej wypłaty za deputat) dla tych, którzy ukończyli 50 lat.
Po prywatyzacji przemysłu węglowego Zjednoczonego Królestwa, części BCE będące
w różnych zagłębiach również sprzedano do sektora prywatnego.
W przypadkach, gdy pod nową działalność gospodarczą wykorzystywano zrekultywowane tereny górnicze należące poprzednio do BCC, do rozwoju nowych miejsc pracy na takich terenach uzyskiwano również pomoc z funduszy UE na rewitalizację gospodarczą terenów zdegradowanych w wyniku działalności przemysłu do wysokości 40% kosztów przystosowania takich miejsc pracy pod nową działalność gospodarczą.
W roku 1997 rząd Partii Pracy wyznaczył Grupę Zadaniową Do Spraw Zagłębi Węglowych (Coalfields Task Force), aby ta składała raporty na temat sytuacji społeczno-ekonomicznej na terenach zagłębi węglowych Zjednoczonego Królestwa, i formułowała praktyczne programy działań w celu niesienia pomocy społecznościom dotkniętym zamykaniem kopalń. Informacje zdobyte przez grupę zostały opublikowane w połowie roku 1998 i na podstawie tych informacji rząd zaprezentował 10-letni program odbudowy społeczności górniczych. Środki przewidziane w tym rządowym programie obejmowały:
Zgodnie z decyzjami Komisji Europejskiej, w 2000 r. na pokrycie strat operacyjnych istniejących wówczas kopalń udzielono pomocy publicznej w wysokości 86 942 000 funtów, a w roku 2001 na te same cele 46 350 500 funtów. W roku 2002 przemysł węglowy Zjednoczonego Królestwa uzyskał pomoc publiczną, zatwierdzoną przez Komisję Europejską, w wysokości 81 087 810 funtów, z czego 10 mln funtów na pomoc socjalną dla górników odchodzących z kopalń należących do kompleksu Selby, a 60 mln funtów na projekty inwestycyjne w kopalniach rokujących przyszłą rentowną działalność. Również w latach 2003-2008 udzielono 173.1 mln funtów pomocy publicznej dla sektora węglowego.
W roku 1994 na mocy Ustawy o Przemyśle Węglowym powołano Urząd ds. Węgla (Coal Authority). Urząd ten przejął zarządzanie odziedziczonymi skutkami przeszłego wydobycia węgla, w tym roszczeniami z tytułu szkód związanych z osiadaniem terenów, za które nie odpowiadają licencjonowani operatorzy byłych kopalń węgla. Zajmuje się również sprawami wód kopalnianych, jak i innymi problemami pozostawionymi po działalności kopalń. Jest również (w imieniu kraju) właścicielem większości zasobów węgla w Wielkiej Brytanii i ma uprawnienia do udzielania licencji na wydobycie węgla .
Wnioski, jakie można wyciągnąć z doświadczeń restrukturyzacji przemysłu węglowego w Wielkiej Brytanii są następujące:
Zygmunt Borkowski
Blisko, coraz bliżej? Porozumienie w sprawie kopalni Turów jest na wyciągnięcie ręki. Ale prawda jest też taka, że nowy rząd formowany w Czechach wcale nie musi iść na rękę Polsce. W tle nasze bezpieczeństwo energetyczne, praca dla tysięcy Polaków i ogromne interesy.
Czesi chcą więcej?
Anna Moskwa, nowa minister klimatu, to szansa na nowe otwarcie w sporze o Turów. Bo jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo, że chodzi o pieniądze.
Ogromne, znacznie większe, niż kara jaką TSUE nałożyło na Polskę za dalsze wydobycie w kopalni Turów. Przypomnijmy, to 500 tysięcy euro za każdy dzień pracy kopalni.
Polska strona w pierwszej połowie listopada otrzymała nowe propozycje ze strony Czechów.
Umówiliśmy się z czeskim rządem, że na tym etapie rozmów chcemy rozmawiać bezpośrednio pomiędzy sobą, a nie przez media – informuje Aleksander Brzózka, rzecznik resortu klimatu i środowiska.
W tle mamy kilkanaście tur spotkań i rozmów, które jak dotąd stoją w martwym punkcie. Punkcie dotyczącym tego, jak długo umowa ma obowiązywać.
Czesi wychodzą z założenia, że umowa powinna obowiązywać nawet po tym, jak kopalnia z różnych przyczyn zostanie zamknięta. To może być nawet połowa tego wieku.
Jest też jeszcze jedna kwestia, o której mówią m.in. związkowcy. Czesi domagać się mają wprowadzenia na teren polskiej kopalni niezależnych obserwatorów, którzy będą mieć dostęp i możliwość sprawdzenia wpływu funkcjonowania kopalni na środowisko.
Przypomnijmy, skąd wziął się problem
W ubiegłym roku Michał Kurtyka, ówczesny minister klimatu i środowiska, przedłużył koncesję na wydobywanie w Turowie węgla brunatnego na kolejne sześć lat, do 2026 r.
Czesi od dawna skarżący się na – fatalne jakoby – oddziaływanie kopalni na środowisko, postanowili działać. Wnieśli skargę do Trybunału Sprawiedliwości UE (TSUE). Wnioskowali o nakazanie – w ramach środka tymczasowego – wstrzymania wydobycia w kopalni. Skargę skierowano w związku z rozbudową kopalni, która – jak twierdzi cały czas strona czeska – zagraża dostępowi do wody mieszkańców okolicznych gmin. Skarżą się oni także na hałas i pył związany z wydobyciem węgla brunatnego.
TSUE nakazał natychmiastowe wstrzymanie wydobycia węgla w Turowie w maju tego roku. A we wrześniu ogłosił, że w związku z niewykonaniem decyzji, Polska będzie codziennie płacić karę 500 tys. Euro.
Bijemy się o prawdę
Twierdzenia strony czeskiej o braku wody wynikającym z eksploatacji złóż węgla w Turowie są bezzasadne – przekonuje wiceminister klimatu i środowiska Piotr Dziadzio.
Polska złożyła skargę na decyzję TSUE do tej samej instytucji.
Podczas niedawnej rozprawy Dziadzio przekonywał: – Mamy szereg analiz, szereg badań, które wskazują, że argumenty te są zbyt wyprzedzające stan faktyczny – podkreślał wiceminister.
Nieoficjalnie polscy negocjatorzy przyznają, że Polska popełniła błąd lekceważąc problem rozmów ze stroną Czeską.
Mamy więc kłopot, ale jak przyznają, jeśli sprawa Turowa będzie się nadal toczyć bez porozumienia – Polska może złożyć skargę podobną do tej czeskiej. Chodzi o negatywne oddziaływanie na środowisko po polskiej stronie ze strony jednej z kopalń w Niemczech. Należącej do… czeskiego właściciela.
O sprawie informował portal money.pl. Chodzi o kopalnię Jänschwalde należącą obecnie do czeskiego koncernu EPH. Odkrywka zajmuje teren 80 km kwadratowych. Węgiel z niej trafia do elektrowni Jänschwalde. Kopalnia Turów zajmuje ok. 24 km kwadratowych.
Podobnych kopalń węgla brunatnego w regionie w którym wydobywa Turów jest znacznie więcej. A ich zdecydowana większość działa na terenie… Czech i Niemiec.
Nikt nie chce usztywnienia stanowiska i braku porozumienia – ale jeśli Czesi będą się upierać, my będziemy działać – mówią nieoficjalnie polscy politycy.
Morawiecki twardo
Trudno żebyśmy zmienili naszą decyzję i zamknęli 4-7 proc. naszego systemu elektroenergetycznego – mówił nie tak dawno premier Mateusz Morawiecki, komentując fakt decyzji w sprawie zamknięcia Turowa.
– Są granice rozsądnych decyzji, które można i należy brać pod uwagę, ale niektóre decyzje po prostu wykraczają poza jakąkolwiek zdolność, możliwość akceptacji z punktu widzenia społecznego, gospodarczego, a w tym przypadku także z punku widzenia bezpieczeństwa energetycznego – podkreśla Morawiecki.
– Pytam Trybunał Sprawiedliwości w Luksemburgu: czy chcecie państwo, żeby ludzie marzli w zimie, żeby zostali pozbawieni prądu w miesiącach zimowych. Ja, jako premier rządu, na pewno się na coś takiego nie mogę się zgodzić – mówi z naciskiem polski premier.
Jak przekonuje polska strona – decyzja ministra przedłużająca koncesję na wydobycie węgla brunatnego w Turowie, o co ma pretensje strona czeska, została wydana na podstawie przepisu zwalniającego z wymogu uzyskania decyzji środowiskowej.
Decyzja środowiskowa była wydana przez odpowiedni RDOŚ przed przedłużeniem koncesji, zarówno do 2026 r., jak i późniejszym przedłużeniem do 2044 r. – podkreśla ministerstwo klimatu i środowiska.
Dlaczego nie można zamknąć Turowa?
Kopalnia dostarcza paliwo do pobliskiej elektrowni należącej do PGE. Gdyby nie jej wydobycie, energetycy nie mogliby produkować energii.
Można oczywiście węgiel brunatny importować. Ale od razu pojawia się pytanie o koszt. Nie tylko samego paliwa.
Kopalnia i elektrownia to tysiące miejsc pracy. To stabilność dla regionu. To także, a może przede wszystkim, bezpieczeństwo energetyczne dużej części Polski.
W teorii właśnie ze względu na bezpieczeństwo energetyczne jednoosobowa TSUE decyzja nie powinna zapaść. Tyle teoria. Praktyka pokazała, że jest inaczej.
Uważamy że działania TSUE w tej sprawie nie mają podstawy prawnej w traktatach. Uważamy, że jest to działanie z przekroczeniem kompetencji Trybunału i taka argumentacja prawna jest i będzie przez nas konsekwentnie podnoszona po to, aby żadne tego typu środki w stosunku do Polski stosowane być nie mogły – mówił w listopadzie wiceminister spraw zagranicznych Paweł Jabłoński.
Kopalnia i elektrownia Turów należą do spółki PGE Górnictwo i Energetyka Konwencjonalna, będącej częścią PGE Polskiej Grupy Energetycznej.
Jarosław Adamski