Biuletyn Górniczy Nr 3-4 (201-202)

Brak informacji.

DYLEMATY

Lęki zdefiniować, potem ograniczać

 

Jeśli nie zostaną zrealizowane niezbędne inwestycje w polskim górnictwie, to za dziesięć lat stanie się ono schyłkowe i głównie będziemy się posiłkować węglem z importu.

Do pozyskania niezbędnych środków na inwestycje może się przyczynić prywatyzacja sektora węglowego. Jednak przygotowaniom do prywatyzacji poprzez giełdę musi towarzyszyć rzetelny dialog zarządów spółek z górniczymi związkami zawodowymi.

Jeżeli komuś wydaje się, że można związkowców pominąć, to jest w błędzie. Takie pominięcie będzie bowiem owocować protestami, które przysporzyłyby tylko strat. A zatem ten dialog jest niezbędny. Strona społeczna, jak sama podkreśla, musi również mieć czytelne gwarancje, że państwo zachowa kontrolę nad spółkami węglowymi.

Prywatyzacja poprzez giełdę nie może być celem samym w sobie – ona ma umożliwić pozyskanie środków na realizację przyszłościowych inwestycji, które wpłyną na przedłużenie żywotności kopalń.

O tym, że prywatyzacja poprzez giełdę może zakończyć się sukcesem świadczy przykład Lubelskiego Węgla Bogdanka. 25 czerwca 2009 roku Lubelski Węgiel Bogdanka zadebiutował na Giełdzie Papierów Wartościowych.

Spółka sprzedała akcje za przeszło pół miliarda złotych, rozwija się i śmiało myśli o umacnianiu rynkowej pozycji. W transzy inwestorów instytucjonalnych inwestorom finansowym przydzielono wszystkie 9 mln akcji. Łącznie Bogdanka przydzieliła 11 mln akcji, czyli wszystkie nowo emitowane papiery.

Cena emisyjna akcji wynosiła 48 zł, stąd wartość oferty wyniosła 528 mln zł. Środki z oferty przeznaczono na budowę nowej oraz modernizację istniejącej infrastruktury technicznej w ramach Pola Stefanów, co pozwoli spółce podwoić produkcję węgla od 2014 roku.

Bogdanka posiada ok. sześcioprocentowy udział w krajowym rynku węgla kamiennego. Dzięki środkom z prywatyzacji Bogdanka będzie mogła z dobrej kopalni stać się kopalnią jeszcze lepszą i bardziej nowoczesną.

– Prywatyzacja Bogdanki to dowód na to, że spółki z solidnymi fundamentami oraz jasno wytyczonymi celami mogą znaleźć nabywców na swoje akcje nawet i w trudniejszych czasach – ocenia prezes zarządu Lubelskiego Węgla Bogdanka Mirosław Taras– Bogdanka jest zdecydowanie jednym z najlepszych przedsiębiorstw działających w sektorze wydobywczym w Polsce. Środki uzyskane z emisji umożliwiły nam tę pozycję umocnić, a także, co najważniejsze, realizować ambitny plan inwestycyjny.

Na Bogdankę z zazdrością spoglądają szefowie śląskich kopalń, gospodarcza perełka Lubelszczyzny od lat osiąga bowiem dobre wyniki. Odbiorcami spółki są przede wszystkim firmy przemysłowe z sektora elektroenergetycznego ulokowane we wschodniej i północno-wschodniej Polsce.

– Bogdanka to dobra firma, która nie miała kłopotów finansowych – ocenia prof. Andrzej Barczak z katowickiego Uniwersytetu Ekonomicznego. – Oby drogą Bogdanki podążały inne górnicze przedsiębiorstwa.

Dzięki środkom z giełdy Bogdanka chce zwiększyć od 2014 roku moce wydobywcze do 11,1 mln ton węgla rocznie.

– O prywatyzacji polskiego górnictwa słyszę już od ponad dwudziestu lat, jednak do tej pory sprywatyzowano tylko Lubelski Węgiel Bogdankę oraz Jastrzębską Spółkę Węglową – mówi prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Trzeba się do prywatyzacji odpowiednio przygotować, potrzebne jest poszukiwanie kompromisu w drodze dialogu na linii zarządy spółek węglowych – strona społeczna. Widać to szczególnie po prywatyzacji JSW, gdzie był konflikt zarządu ze związkami i konieczne były rozmowy w ramach Wojewódzkiej Komisji Dialogu Społecznego. Nie tak to powinno wyglądać. Prywatyzacja powinna się przyczynić do zwiększenia konkurencyjności polskiego górnictwa. Środki z prywatyzacji powinny iść na realizację niezbędnych inwestycji w danej spółce, a nie na zapychanie luki budżetowej – ocenia prof. Szczepański.

I zaznacza, że zmiana, jaką oznacza prywatyzacja, nadal budzi bojaźń u wielu ludzi, w tym także w górniczym establishmencie.

– Ta bojaźń musi zostać przezwyciężona, by nie hamowała niezbędnych zmian – mówi prof. Szczepański. – Potrzebny jest rzeczowy dialog. Trzeba bowiem ten lęk zdefiniować, a potem go ograniczać.

Jan Macieja, kierownik Pracowni Monitoringu Przedsiębiorstw PAN, także stoi na stanowisku, że nie ma innej drogi, jak prywatyzacja sektora węglowego. Jego zdaniem spółki węglowe potrzebują inwestorów strategicznych.

– Inwestor strategiczny oznaczałby darmowe know-how w zakresie wydobycia i sprzedaży węgla – mówi Macieja. – Potrzebne są spółkom węglowym pieniądze na inwestycje oraz wiedza.

Jednak obecnie nie ma raczej mowy o prywatyzacji górnictwa poprzez inwestorów strategicznych. Jeżeli już, to możliwa będzie prywatyzacja poprzez giełdę. Taki scenariusz możliwy jest w przypadku Kompanii Węglowej, która chce być gotowa do debiutu w 2014 roku.

Spółki muszą inwestować, by wydłużyć żywotność swych kopalń, a co za tym idzie, by zapewnić ludziom miejsca pracy w bardziej odległej perspektywie niż najbliższe dziesięć, piętnaście lat.

W Katowickim Holdingu Węglowym borykają się z problemami z wydobyciem. W 2011 roku, po raz pierwszy od pięciu lat, Katowicki Holding Węglowy zahamował spadek wydobycia węgla. Kopalnie spółki wydobyły 12,6 mln ton tego surowca, a zatem o 200 tys. ton więcej niż rok wcześniej. Nie wiadomo jednak, czy w 2012 uda się utrzymać wydobycie na takim poziomie.

Utrzymanie ubiegłorocznej wielkości wydobycia w tym roku zależeć będzie głównie od tego, jaka będzie przyszłość katowickiej kopalni Wujek. Właśnie tam ze względu na zagrożenie pożarowe w styczniu wyłączono z eksploatacji dwie ściany wydobywcze, co skutkuje ubytkiem ok. 300 tys. ton węgla.

Zarząd KHW analizuje warianty dalszej działalności kopalni, bądź wygaszenia wydobycia w niej, co już spotkało się z negatywną oceną związków zawodowych. Negatywnie na wydobycie w holdingu skutkował też pożar, do jakiego doszło w kopalni Murcki-Staszic.
Co niepokoi – w 2011 roku KHW nie zdołał wykonać planu robót przygotowawczych, wykonano ich ok. 20 proc. mniej niż zakładano. W KHW obecnie widać, że niedobór wydobycia w 2012 roku może wynieść nawet pół miliona ton. Choć w KHW chcą zniwelować tę stratę uruchamiając inne fronty robót.

KHW od lat przymierzał się do giełdy. KHW miał spory atut w ręku, bo przed laty w referendum prywatyzacyjnym 52 proc. załogi KHW opowiedziało się za prywatyzacją poprzez giełdę. Jednak obecnie KHW jest w ciężkiej sytuacji. Holding negocjuje z bankami kwestię emisji obligacji.

Według wicepremiera i ministra gospodarki Waldemara Pawlaka Węglokoks, budujący okołogórniczą grupę kapitałową, może zadebiutować na giełdzie w końcu tego roku.

– Prywatyzacja poprzez giełdę to dobry wariant, jestem za tym, by firmy górnicze trafiały na giełdę – mówi prezes JSW Jarosław Zagórowski. – Inwestorzy dopingują bowiem do dalszego rozwoju, który przekłada się na wzrost wartości firmy.

W Polsce potrzeba będzie ok. 40 mln ton węgla energetycznego rocznie na potrzeby energetyki w ciągu najbliższych 30-40 lat. Alternatywy dla węgla nie ma.

– Pieniądze na realizację niezbędnych inwestycji mogą pochodzić z prywatyzacji poprzez giełdę, bo przecież na budżet państwa nie można liczyć – zaznacza Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki.

Jerzy Dudała

Autor jest dziennikarzem miesięcznika Nowy Przemysł i portalu wnp.pl.

KONTROWERSJE

Dwie strony medalu

 

Nie jest już tajemnicą, że problem zadłużenia Grecji, Portugalii, Hiszpanii i Włoch ma dwie strony medalu, choć media całkowicie pomijają rolę, jaką odegrały w generowaniu europejskiego kryzysu finansowego dwa największe kraje UE, czyli Niemcy i Francja.

Podobny, jednostronny obraz przedstawiany jest naszej opinii społecznej w kwestii pożytków płynących z unijnych środków pomocowych, choć prawda ma tutaj też dwie strony medalu. Ta mniej znana pokazuje, że dobrodziejstwa unijnej pomocy są w równym, a może nawet większym stopniu dobrodziejstwem dla naszych unijnych dobrodziejów.

 

Dla kogo większe?

Precyzyjna odpowiedź padła przy okazji bardzo szczęśliwego wydarzenia, jakim było podpisanie pod koniec marca umowy o rewitalizacji stawu Kalina w Świętochłowicach. Pani minister rozwoju regionalnego, Elżbieta Bieńkowska, podkreślając dobrodziejstwo, jakim jest pomoc UE w realizacji tego rodzaju projektów, uczciwie przyznała, że unijne środki są dobrodziejstwem nie tylko dla nas, ale także dla innych państw UE (głównie Niemiec), które z każdego euro otrzymanego przez nas w ramach pomocy, otrzymują 86 centów „stopy zwrotu” w formie zakupów technologii, urządzeń inwestycyjnych, usług serwisowych i wykonawczych.

Oznacza to dokładnie tyle i aż tyle, że dziesiątki miliardów pomocy z unijnych funduszy, zapisywanych na naszym koncie – w 86 procentach wraca do obiegu gospodarczego państw UE, dając pracę i źródła dochodu ich społeczeństwom.

Nigdy nie miałam złudzeń i ani przez sekundę nie wierzyłam, że Polska „dostaje” te miliardy euro, bo przecież w biznesie zwanym polityką ”nie ma darmowych obiadków”, a deklaracje o wyrównywaniu szans w ramach wspólnoty, to tylko frazesy zasłaniające brutalną walkę o nowe rynki zbytu. Dlatego warto dobrze zapamiętać tę proporcję: 86 eurocentów z każdego pomocowego euro wraca do krajów naszych dobrodziejów!

Dopiero przez pryzmat tej wiedzy można w pełni zrozumieć, o co chodzi w bezpardonowej presji na Polskę w ramach pakietu energetyczno-klimatycznego! Czy jakiś bank oferuje choćby zbliżony poziom stopy zwrotu z inwestycji?! I kto zarobi na inwestycjach realizowanych w ramach „dekarbonizacji” naszej energetyki i całej gospodarki?

Nie mam nic przeciwko wzajemnie korzystnym interesom, ale gdy słyszę ów nieustanny akompaniament klimatycznych frazesów i sugestie o konieczności poświęcenia się w imię jakości życia przyszłych pokoleń – to naturalnym odruchem staje się czujność i podejrzenie, że interesy, osłaniane tak „wysokolotnymi” intencjami, nie są tak czyste, jak próbuje się nam wmówić.

Zamiast twardej, biznesowej dyskusji serwuje się nam doktrynalne znieczulenie i wciąga na pole minowe pełne ekologicznych dogmatów, na którym nawet oświeceni obywatele tracą odwagę do merytorycznej dyskusji i zadawania niewygodnych pytań.

 

„Poznaj atom -porozmawiajmy o Polsce z energią”

Najnowszym przykładem takiego działania ukrywającego prawdziwe intencje jest, moim zdaniem, rządowa kampania, ponoć informacyjna, zorganizowana pod nazwą: „Poznaj atom -porozmawiajmy o Polsce z energią.”

W telewizji oglądamy już spoty uświadamiające nas, maluczkich, jak niewiele wiemy o korzyściach płynących z energetyki jądrowej… Kampania ruszyła 30 marca, jej koszt wyniesie 18,5 mln złotych, a pani Hanna Trojanowska, pełnomocnik rządu ds. energetyki jądrowej, bez zahamowań odsłoniła prawdziwy cel tej niby informacyjnej, a w praktyce indoktrynacyjnej kampanii. -Zależy nam na tym, aby pierwsza polska elektrownia jądrowa powstała przy aprobacie polskiego społeczeństwa. Aby było to możliwe, Polacy muszą mieć dostęp do aktualnych i rzetelnych informacji na temat tego przedsięwzięcia.

Co w tłumaczeniu na język używany przez zwykłych zjadaczy chleba oznacza, że zakładanym efektem tej kampanii, upowszechniającej – a jakże – jedynie „aktualne i rzetelne informacje” – ma być oczywiście tylko APROBATA dla programu energetyki jądrowej.

Kampania ma pomóc taką wiedzę uzyskać. Chcemy, aby miała charakter żywego dialogu ze społeczeństwem. Pragniemy poznać obawy Polaków i rozwiewać mity na temat energetyki jądrowej- wyjaśnia Trojanowska..

Bo wszelkie obawy – to tylko mity… I wszystko jasne, Murzynku Bambo! Każdy, kto ma obawy, bo wie, czym był Czarnobyl i Fukushima, a na dodatek spodziewa się, czego dowiemy się jeszcze o skutkach katastrofy w Japonii – to ofiara mitów!!

Kolejny frazes uzasadniający wydanie pieniędzy podatnika na lobbing interesów energetyki jądrowej brzmi następująco: (…)budowa elektrowni jądrowej to wielkie przedsięwzięcie, które może stać się kołem zamachowym dla całej polskiej gospodarki. Jednym z najważniejszych zadań państwa w tym procesie jest zapewnienie szeroko rozumianego bezpieczeństwa obywateli.

Znów plącze się nam pod nogami to nieszczęsne „koło zamachowe gospodarki”, ale odwołanie się do troski o bezpieczeństwo obywateli to już kompletne „przesunięcie obrazu”, i to w miesiąc po masakrze na torach kolejowych pod Szczekocinami oraz w obliczu raportu UE o stanie polskich dróg, ocenionych słusznie jako najgorsze w Europie.

O jakim bezpieczeństwie pani minister mówi? Skoro nie potrafimy budować bezpiecznych dróg, bezpiecznej kolei, to zbudujemy bezpieczne elektrownie jądrowe??

Pomysł kampanii i jej kształt to jawny lobbing środowisk bezpośrednio zainteresowanych biznesem jądrowym. I to za pieniądze polskiego podatnika. Zdaniem pani pełnomocnik rządu fakt ten jest jednak „wartością dodaną kampanii, gdyż wraz ze startem kampanii zainaugurowała swoją działalność Koalicja ekspertów na rzecz energetyki jądrowej. Utworzą ją przedstawiciele najważniejszych ośrodków naukowych w kraju, które od lat prowadzą badania w zakresie energetyki jądrowej, a także uczestniczą w międzynarodowych projektach mających na celu rozwój tej dziedziny”. Czy cele tych środowisk są jednak równoznaczne z celami całego społeczeństwa Polski?

 

Znów damy się zmanipulować?

Mamy już jasność, co do celów kampanii prania mózgów Polaków, którzy dali się tak łatwo zmanipulować ekologicznymi frazesami pakietu nibyklimatycznego. Może uda się powtórzyć ten „sukces”? Może społeczeństwo kraju o gospodarce opartej w 95 procentach na energii z węgla i dysponującego zasobami węgla na ok. 300 lat oraz równie wielkich zasobach gazu łupkowego ochoczo zasypie i zatopi swoje kopalnie, po czym wyskrobie ze swoich skarbonek ostatnie grosze (ok. 100 mld zł) na sfinansowanie „wielkich przedsięwzięć inwestycyjnych”, które na 100 lat przyspawają nas do technologii schyłkowej – jak twierdzi wielu specjalistów – a wszystko w imię ochrony globalnego klimatu i szczęścia przyszłych pokoleń, uwolnionych w ten sposób od „czarnej energii z węgla” i emisji CO2.

Kompletnie drobnym szczegółem tego scenariuszu jest fakt, że technologię tę kupimy we Francji, tak samo urządzenia i serwisy – zarówno na lata eksploatacji elektrowni, jak i na okres likwidacji tego cudu nowoczesnej techniki, którego po Fukushimie pozbywają się Niemcy i którego nikt oprócz naszego rządu nie pragnie na terenie swojego państwa. Może nawet otrzymamy wsparcie z unijnych funduszy na realizację tak ambitnego „projektu cywilizacyjnego”, tyle, że około 86 proc. tych środków wróci do obiegu gospodarczego krajów dobrodziejów…

Ostatnią odsłoną w tym spektaklu zamulania prawdziwych intencji naszych ministerialnych urzędników była szczera, aż do bólu, wypowiedź byłego ministra środowiska, Andrzeja Kraszewskiego, który w dniu inauguracji kampanii wyznał, że po dwóch latach pracy na stanowisku ministra jest przekonany, iż Komisja Europejska prędzej czy później znajdzie sposób na to, żeby wszystkich członków UE zmusić do głębokiej redukcji emisji. Czyżby KE była już Panem Bogiem? I dodał: – W ostatecznym miksie energetycznym jest miejsce dla energetyki jądrowej i jest to w interesie przemysłu węglowego, jako że wtedy część węgla, „który jest naszym bogactwem narodowym i daje nam bezpieczeństwo”, będzie mogła być wykorzystana, bo emisje z niego zbilansują się z bezemisyjną energią z atomu. (cytat z nettg.pl)

Pan minister przyjął jednak bezzasadnie założenie, że nasz popyt na energię będzie wzrastał, a już w ubiegłym roku wcześniejsze szacunki skorygowane zostały w dół. Jeśli do obecnej ceny energii dołożymy koszty opłat za emisje CO2, popyt zmaleje radykalnie, bo pieniędzy zabraknie nie tylko w kieszeniach obywateli, ale przede wszystkim przedsiębiorcy wyprowadzą energochłonną i emisyjną produkcję tam, gdzie unijna „polityka klimatyczna” nie sięga, czyli całkiem blisko, tuż za wschodnią granicę naszego państwa.

Eugenia Plucik

ROZMOWY

KHW energooszczędny

Rozmowa z Danielem Borsuckim,
Głównym Inżynierem ds. Zarządzania Mediami
Katowickiego Holdingu Węglowego,
wiceprzewodniczącym Forum Odbiorców Energii Elektrycznej i Gazu.

-Jak Pan ocenia ustawę o efektywności energetycznej? Czy rzeczywiście przyczyni się do wzrostu efektywności?

-Powstał mit, że to ustawa o efektywności energetycznej, białe certyfikaty i dodatkowe wsparcie ze strony Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej (NFOŚiGW), rozpoczną na dużą skalę procesy poprawy efektywność energetyczną. A przecież redukcja energochłonności w przemyśle trwa już długie lata. Ustawa powołuje instrumenty przymuszające do intensyfikacji działań, szczególnie tych odbiorców energii, którzy nic w zakresie poprawy efektywności energetycznej dotychczas nie chcieli robić. Ustawa jednocześnie ma za zadanie wspomóc finansowo tych, którzy chcą coś w tym zakresie robić. Działania w zakresie poprawy efektywności energetycznej polski przemysł prowadzi od kilkunastu lat, a motorem do nich były z jednej strony lawinowo wzrastające ceny nośników energetycznych, a drugiej strony walka konkurencyjna na globalnym rynku produktów. Przemysł nie mógł czekać na ustawę o efektywności energetycznej. Intensywnie działał w kierunku redukcji energochłonności procesów produkcyjnych. Efekty tych działań doskonale są dziś widoczne w każdej branży przemysłu, w tym i w KHW. Gdybyśmy w KHW zużycie energii elektrycznej, cieplnej, sprężonego powietrza i wody pozostawili na poziomie z 1996 r., to roczny koszt rodzajowy energia byłby na dziś o ok. 100 mln zł większy. W takiej sytuacji trudno byłoby utrzymać rentowność firmy.

-Jaki jest potencjał oszczędnościowy polskiego przemysłu?

-Najlepszym wskaźnikiem pokazującym ile jest jeszcze do zrobienia w zakresie poprawy efektywności energetycznej jest jednostkowe zużycie nośnika energetycznego na produkt. W większości polskich branż wiele lat działań doprowadziło wskaźnik energochłonności na produkt do poziomu europejskiego, czasem światowego. Jak spojrzymy na takie sektory, jak przemysł cementowy, chemiczny, szklarski, wydobywczy, czy stalowy, to okaże się, że być może już niewiele odbiegamy od tych najlepszych w zakresie konsumpcji energii na świecie. Oczywiście nie oznacza to, że nie należy więc nic dalej robić. Poprawa efektywności energetycznej, to przecież niekończący się proces, to zmiana mentalności w podejściu do nośników energii nas wszystkich. Ale pamiętać należy, że dalsze obniżanie energochłonności, wymaga coraz większych środków inwestycyjnych. Dlatego każda kolejna aukcja na białe certyfikaty, to możliwość modernizacji wybranego procesu produkcyjnego, poprzez wsparcie finansowe konkretnej inwestycji. Jednak pomimo, że nie uda się zdobyć wsparcia, białych certyfikatów, to działać na rzecz wzrostu efektywności energetycznej musimy dalej. Czeka nas bowiem bardzo trudny wieloletni okres, gwałtownie rosnących kosztów nośników energii. Moim zdaniem, jednym z głównych kierunków utrzymaniu konkurencyjności naszych firm, to będzie więc poprawa efektywności energetycznej.

-Jakie są największe przeszkody w podnoszeniu efektywności energetycznej?

-To co na dziś przeszkadza w intensyfikacji działań na rzecz poprawy efektywności energetycznej, poprzez regulacje prawne ustawy, to brak do niej rozporządzeń wykonawczych. Przemysł – odbiorcy energii, czują się jak uśpiony do zabiegu pacjent – bo przecież padło tak bardzo wiele sloganów, o tym, że funkcjonuje dobra dyrektywa UE i polska ustawa o efektywności energetycznej. Pacjent więc przygotowany do operacji, cel operacji chirurdzy – energetycy znają, ale czekają, bo nie mają kompletu narzędzi – rozporządzeń wykonawczych. A pacjent na tym cierpi.

Rozmawiał: Dariusz Ciepiela

Autor jest dziennikarzem miesięcznika Nowy Przemysł i portalu wnp.pl

DYLEMATY

Jak to jest, że im się opłaca?

 

Zlikwidowano przed laty kopalnię Dębieńsko, Czesi chcą ją niebawem wskrzesić. Kopalnia Silesia zostałaby zlikwidowana, gdyby nie nabyli jej Czesi.

Czesi wchodzą w polskie górnictwo, bowiem sczerpują się im własne zasoby węgla. Opłacalne jest dla nich sięganie po węgiel z kopalń u nas zlikwidowanych, bądź też przeznaczonych do likwidacji.

Koncern New World Resources (NWR) zamierza wskrzesić zamkniętą przed laty kopalnię Dębieńsko. Pierwsza tona węgla ma zostać wydobyta w Dębieńsku w 2017 roku, a niedługo potem ma nastąpić pełna produkcja. W kopalni Dębieńsko ma znaleźć pracę ponad dwa tysiące osób, a jej roczne wydobycie ma się kształtować na poziomie ok. 2 mln ton węgla.

– Dębieńsko jest naszym najważniejszym projektem rozwojowym – zapewnia Mike Salamon, prezes NWR. Według koncernu całkowite rezerwy w Dębieńsku wynoszą 190 Mt węgla, z czego oczekuje się, że w 7/8 będzie to węgiel koksowy niezbędny do produkcji stali, natomiast w 1/8 węgiel energetyczny.

Całkowite koszty projektu Dębieńsko obejmują 411 mln euro nakładów inwestycyjnych CAPEX oraz 133 mln euro przedprodukcyjnych kosztów operacyjnych, związanych z istniejącą infrastrukturą. NWR planuje sfinansowanie projektu z przepływów pieniężnych, pochodzących z funkcjonującej działalności oraz kredytu. NWR posiada 50-letnią koncesję na wydobycie węgla z Dębieńska, przyznaną w 2008 roku.

– Sądzę, że górnictwo jest jak najbardziej warte zainteresowania, a dla Polski i Czech nie ma możliwości, by zrezygnować z węgla – ocenia Zdenek Bakala, wiceprezes New World Resources, współzałożyciel grupy inwestycyjnej BXR. BXR Group, której głównym udziałowcem jest właśnie Zdenek Bakala, otwiera w Warszawie oddział BXR Partners.

BXR Partners to doradcza spółka wewnętrzna BXR Group w zakresie inwestycji. Dla Bakali polski rynek jest atrakcyjny i warto na nim inwestować. Oficjalne otwarcie biura ma nastąpić 9 maja. BXR Group jest międzynarodową grupą inwestycyjną, obecną w różnych sektorach przemysłu na całym świecie. Firmy będące w jej portfelu dają pracę ponad 35 tys. osób.

BXR Group jest większościowym udziałowcem New World Resources (NWR), jednego z największych przedsiębiorstw górniczych w regionie. New World Resouces jest notowana na giełdach w Londynie, Warszawie i Pradze. Dyrektorem BXR Partners został Rafał Sosna, pracujący wcześniej w Penta Group na stanowisku dyrektora zarządzającego.

NWR próbował swego czasu przejąć Lubelski Węgiel, jednak nie doszło to ostatecznie do skutku.

NWR nie jest jedynym graczem z Czech na polskim rynku węgla. Kolejny to Energetyczno-Przemysłowy Holding – Energetický a průmyslový holding a.s. (EPH), który nabył od Kompanii Węglowej kopalnię Silesia w Czechowicach-Dziedzicach z zasobami bilansowymi przekraczającymi 500 milionów ton węgla niskosiarkowego.
Od połowy 2012 roku w Silesii będzie się wydobywać węgiel kamienny przeznaczony głównie na potrzeby sektora energetycznego.

Mniejszościowy pakiet udziałów w należącym do czeskiego EPH Przedsiębiorstwie Górniczym Silesia znajduje się w rękach pracowników kopalni. EPH jest znaczącym inwestorem strategicznym w sektorze energetycznym, a także w górnictwie i przemyśle. Przedsiębiorstwa należące do holdingu działają między innymi w branży produkcji energii elektrycznej oraz cieplnej. Zajmują się też dystrybucją, obrotem gazu, a także działają w branży wydobycia węgla. Za pośrednictwem swojej niemieckiej spółki Mibrag grupa wydobywa 20 milionów ton węgla brunatnego rocznie.

Po 40 proc. udziałów w EPH należy do funduszy inwestycyjnych typu private equity: PPF Partners oraz J&T. Posiadaczem 20 proc. jest menedżer holdingu Daniel Kretinsky. Gdyby Czesi nie nabyli Silesii, to zostałaby ona zlikwidowana. – Dla Kompanii sprzedaż kopalni Silesia oznacza rozwiązanie problemów ekonomicznych oraz społecznych, gdyż generowała ona straty – mówił po sfinalizowaniu transakcji Jacek Korski, koordynujący wówczas pracę zarządu Kompanii Węglowej.

– Polskie spółki węglowe powinny się intensywnie zajmować własnymi inwestycjami i własnym wydobyciem – zaznacza Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki. – Natomiast myślenie o przejęciach kapitałowych należy zostawić tym, którzy nie mają gdzie i czego fedrować. Przykładem są tu Czesi, którym kończą się zasoby węgla. Całe szczęście – co pokazuje przykład kopalni Silesia i czeskiego EPH – interesują się polskim rynkiem węgla.

No tak, gdyby EPH nie nabył Silesii, to zostałaby ona zlikwidowana. A tak są w niej realizowane inwestycje, a ludzie będą mieli zapewnione miejsca pracy.

Tylko w Polsce do dziś nie milkną pełne oburzenia głosy, że przykro patrzeć na to, iż Czechom wydobycie w Silesii się opłaci, a nam jakoś nie. W ocenie Czechów widoczna jest nutka zazdrości. Padają pytania, jak to jest, że Czesi potrafią dojrzeć biznes tam, gdzie my uznaliśmy, że w grę wchodzi jedynie likwidacja.

– Niestety, ale też mam takie odczucie – przyznaje prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Jak to jest, że Czesi potrafią inwestować w kopalnię, która miała być zlikwidowana? Z drugiej strony, skoro my nie potrafimy, to dobrze, że znalazł się inwestor z Czech. Dzięki temu ludzie mają pracę, a kopalnia możliwość dalszego rozwoju.

Taki stan rzeczy to w dużej mierze konsekwencja dryfu polskiego górnictwa, braku pomysłu na przyszłość tego istotnego dla całej gospodarki sektora – podsumowuje prof. Szczepański.

Jerzy Dudała

Autor jest dziennikarzem miesięcznika Nowy Przemysł i portalu wnp.pl.

Zobacz pozostałe numery

Sporo się u nas dzieje.

Bądź zawsze na bieżąco.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA