Brak informacji.
Na rynku węgla koksowego brak wyraźnej poprawy
Początek roku wskazywał na ożywienie rynku węgla koksowego. Ceny węgla koksowego w drugim półroczu mogą jednak spaść a ożywienia można spodziewać się dopiero w 2014 r. – oceniają giełdowi analitycy.
Analitycy Domu Maklerskiego banku PKO BP wskazują, że rynek węgla koksowego wykazywał pierwsze symptomy poprawy na początku roku. Ceny spot pięły się do góry przekraczając 170 dolarów za tonę, a benchmark na drugi kwartał został ustalony na 172 dolarów za tonę, co oznacza wzrost o 7 dolarów (czyli 6 proc.) kwartał do kwartału, jest to jednak spadek aż o 18 proc. w stosunku do tego samego okresu roku ubiegłego.
Jednak od kilku tygodniu można zaobserwować wyraźną słabość na rynku surowców związanych z rozwojem infrastruktury, np. miedzi i węgla koksowego, związaną z niskim importem do Chin. Z tego powodu ceny spot spadły poniżej 150 dolarów za tonę. O ile w krótkim terminie benchmark jest ustalony, to tego rodzaju słabość budzi uzasadnione obawy o siłę i tempo poprawy w drugim półroczu 2013 r.
Na początku maja br. DM PKO BP obniżył prognozy cen węgla koksowego na drugie półrocze 2013 r. i na 2014 r. pozostawiając długoterminowe ceny na praktycznie niezmienionym poziomie. W maju prognozowano średnie ceny węgla HCC (twardy węgiel koksujący) w tym roku 177 dolarów za tonę i wzrostu w przyszłym do 203 dol. za tonę.
– W ostatnich tygodniach sytuacja na rynkach nieco się pogorszyła, dlatego na początku czerwca br. obniżyliśmy nasze prognozy na 2013-2014 o 5 proc. – mówi Artur Iwański, dyrektor Biura Analiz Rynkowych Domu Maklerskiego PKO BP.
W ocenie DM PKO BP dużym pozytywnym zaskoczeniem pierwszej połowy 2013 r. jest rynek koksu w Europie. W oczekiwaniu na zniesienie cła na koks z Chin oraz z powodu kończącego się roku wiele hut stali ograniczyło zapasy do minimum. Dodatkowo zamknięto kilka baterii we Włoszech i Francji (o łącznych mocach ok. 4-5 mln ton koksu). Razem spowodowało to wzmożony popyt na koks, częściowo powtarzalny, częściowo jednorazowy. Ceny nie wzrosły, ale wolumeny już wyraźnie tak.
Analitycy DM PKO BP przypominają, że na świecie zarówno rynek węgla koksowego i koksu zależy od rynku stali. Tu widać mizerny wzrost i tylko lekką poprawę cen stali (chociaż w marcu powróciły spadki) oraz dużą słabość rynku UE (spadek o 4,5 proc. rok do roku) i Polski (spadek aż 26 proc. rok do roku). W związku ze słabym początkiem roku World Steel Association obniżyło prognozę na cały 2013 r. do plus 2,9 proc. z plus 3,2 proc. Wzrosty oczekiwane są w Chinach, Indiach i Stanach Zjednoczonych, natomiast dalsze spadki w UE i Japonii.
– Warto zwrócić uwagę, że również nasze założenia poprawy cen węgla koksowego i koksu oparte są na utrzymujących się wzrostach zużycia stali w Azji. W przypadku gdyby na tych rynkach doszło do spowolnienia ceny węgla koksowego znalazłyby się pod dużą presją – dodaje Artur Iwański.
W jego ocenie rynek węgla energetycznego w regionie nadal wygląda bardzo słabo. Niedostosowana podaż ze Śląska i spadek popytu z polskiego sektora energetycznego prowadzi do rosnących zwałów (rekordowe 9 mln ton w Polsce na koniec lutego br.) i zmusza głównych graczy, jak Kompania Węglowa, do cięć produkcji.
Koszt produkcji tony węgla w Polsce wzrósł w 2012 roku do 304,6 zł za tonę i jest bardzo bliski uzyskiwanej cenie za węgiel. Sytuacja byłaby krytyczna gdyby nie ceny kontraktowe na część wolumenu. Ceny rynkowe spadły o 10-15 proc. w skali roku. Dla kopalni Śląskich oznaczałoby to ogromne straty. Dodatkowo, kto może, przechodzi na inne źródła generowania energii, a duże inwestycje są odwoływane, np. budowa dwóch bloków po 900 MW na węgiel kamienny w Elektrowni Opole.
– Podsumowując, ceny węgla koksowego i koksu zależą w głównej mierze od cyklicznej poprawy w gospodarce światowej, a po pierwszych pozytywnych sygnałach z początku roku na rynek powrócił letarg. Rynek węgla energetycznego w regionie wygląda bardzo słabo i przez co najmniej kilka kwartałów pozostanie pod presją – ocenia Artur Iwański z Domu Maklerskiego PKO BP.
Trudną sytuację na rynku węgla koksowego przewidują także analitycy Domu Inwestycyjnego BRE Banku.
– Nie realizuje się nasz optymistyczny scenariusz zakładający, że jeszcze w tym roku ceny węgla koksowego powrócą do poziomu ponad 190 dolarów za tonę. Rosnąca podaż z Australii, Mongolii i RPA przy słabszym ożywieniu gospodarczym na świecie powodują, że w trzecim kwartale br. ceny benchmarkowe węgla australijskiego ponownie spadną poniżej 170 dolarów za tonę – oceniają analitycy DI BRE.
Analitycy DI BRE obniżyli prognozy cen węgla koksowego na 2013 i 2014 rok. Ich zdaniem ceny węgla typu hard z Australii w trzecim kwartale 2013 r. wyniosą 165 dolarów za tonę, a w czwartym kwartale br. wzrosną do 172 dol. Za tonę. W efekcie, średnioroczna cena ukształtuje się na poziomie 168,5 dolarów za tonę, czyli mniej o 7 proc. w stosunku do poprzedniej prognozy.
– W roku 2014 oczekujemy, że wraz z przyspieszeniem światowego wzrostu gospodarczego i ożywieniem popytu na stal, nastąpi wzrost cen do 190 dolarów za tonę w grudniu, co implikuje cenę średnioroczną na poziomie 185 dolarów za tonę – prognozują eksperci z DI BRE Banku.
Poprzednio prognozowali średnioroczną cenę na poziomie 200 za tonę.
O nienajlepszych perspektywach rynku węgla koksowego świadczy fakt, że australijski koncern BHP Billiton, największa na świecie grupa górnicza, zapowiedział, że planuje pozbyć się części kopalń węgla koksującego. Australijska grupa ogłosiła, iż zamierza skupić się na redukcji kosztów oraz maksymalizacji wolnych przepływów pieniężnych. Zapowiada jednocześnie, że możliwe są inwestycje w inne aktywa górnicze.
– Racjonalny inwestor pozbywa się zwykle najmniej rokujących aktywów. Wygląda na to, iż BHP Billiton nie widzi potencjału w swoich aktywach związanych z węglem koksującym. Postrzegam tę informację jako negatywną dla skoncentrowanej na węglu koksującym JSW – komentuje Paweł Puchalski, szef działu analiz Domu Maklerskiego BZ WBK.
Zdaniem analityków DI BRE Banku można oczekiwać poprawy na krajowym rynku węgla energetycznego. Wskazują, że zapasy węgla energetycznego przestały rosnąc i ustabilizowały się na poziomie ok. 7,5 mln ton (łączne zapasy węgla kamiennego to 8,4 mln ton, różnica to węgiel koksowy).
W pierwszym kwartale br. przy 0,6 proc. spadku produkcji energii w oparciu o węgiel, produkcja w oparciu o węgiel energetyczny wzrosła o 1,2 proc. rok do roku, podczas gdy produkcja z węgla brunatnego spadła o 3,6 proc. Z danych Ministerstwa Gospodarki wynika, że w tym czasie sprzedaż węgla energetycznego do energetyki zawodowej spadła o 11,2 proc. a do energetyki przemysłowej o 12,3 proc.
Zdaniem analityków DI BRE oznacza to, że zakłady energetyczne konsumowały zgromadzone wcześniej zapasy, tym samym robiąc miejsce przed zakupami na kolejny sezon grzewczy. Początek zwiększonej sprzedaży węgla można oczekiwana przełomie sierpnia i września.
Na rynku europejskim ceny węgla ustabilizowały się na poziomie ok. 83 dolarów za tonę dla węgla w portach ARA i 78 dolarów za tonę dla węgla rosyjskiego w portach bałtyckich. Po uwzględnieniu kosztów transportu i różnej kaloryczności węgla oznacza to ceny w przeliczeniu na GJ na poziomie odpowiednio 12,8 i 12,1 zł. W przypadku polskich producentów opierając się na średnim przychodzie na tonę, ceny te kształtują się na poziomie ok. 11 zł.
Dariusz Ciepiela
Dziennikarz miesięcznika Nowy Przemysł
i portalu wnp.pl
KONTROWERSJE
Walka o 900 mln jednostek emisji CO2. Pokaz siły eurokratów.
Prof. Krzysztof Żmijewski, już w 2008 roku (w raporcie z przebiegu negocjacji pakietu energetyczno – klimatycznego) stwierdził krótko; „Celem Unii nie jest redukcja emisji. Chodzi o to, żeby CO2 był drogi.”
Potwierdzają to działania UE w okresie prawie 5 lat od podpisania unijnego pakietu energetyczno-klimatycznego, a w sposób ostateczny – czerwcowa (19.06) decyzja komisji Parlamentu Europejskiego ds. ochrony środowiska, zmieniająca jej kwietniowe stanowisko w sprawie wycofania 900 mln jednostek emisji z aukcji w okresie 2013-2015….
I tak oto odsłonił w się ów nadrzędny i prawdziwy cel pakietowych manipulacji, których „szczytowym osiągnięciem” jest ubiegłoroczna propozycja Komisji Europejskiej, nazwana backloadingiem. Jej istotą jest administracyjna ingerencja w rynek handlu emisjami CO2 poprzez wycofanie z aukcji wspomnianych już 900 mln jednostek emisji CO2 w okresie 2013-2015 i przeniesienie ich do puli w latach 2016-2020.
W kwietniu br. wspomniana komisja odrzuciła tę propozycję unijnych urzędników i to samo rekomendowała Parlamentowi Europejskiemu, który w głosowaniu 16 kwietnia br., podzielił stanowisko parlamentarnej komisji. Niestety – decyzja ta nie zamknęła sprawy, bo przewagą 43 głosów (343 – za, 300 – przeciw i 61 wstrzymujących się) europosłowie przekazali projekt backloadingu ponownie do komisji PE ds. ochrony środowiska, która właśnie co, bo 19 czerwca, zmieniła swoje zdanie w tej sprawie, dokładając na dodatek do projektu eurokratów kilka kolejnych punktów, kompletnie przewracających traktatowe zapisy w sprawie handlu emisjami. Pierwszy przewiduje przekierowanie 600 z 900 mln jednostek do specjalnego funduszu, zarządzanego przez KE, co oznacza zmniejszenie puli sprzedaży (i zysków) do 300 mln jednostek pozwoleń na emisję CO2, których aukcja byłaby oczywiście przesunięta na okres po roku 2015 r.
Druga poprawka jest dla Polski jeszcze bardziej groźna, gdyż zapowiada przegląd listy sektorów zagrożonych przeniesieniem działalności poza UE w wyniku regulacji pakietowych. Otwiera to szanse dla dogmatyków (czytaj: lobbystów) gospodarki niskoemisyjnej, którym marzy się wykasowanie resztek przemysłu ciężkiego z listy uprawnionych do darmowych pozwoleń na emisję CO2. Co oznacza to dla Polski – strach komentować.
Wprawdzie na początku lipca Parlament Europejski, w głosowaniu plenarnym, podejmie ostateczną decyzję w tej sprawie – ale nie należy oczekiwać odrzucenia tej zmienionej rekomendacji komisji ds. ochrony środowiska, co oznacza przyjęcie projektu KE o backlodingu.
Wygrywają więc interesy starej 15 UE, bo ingerencja eurokratów w mechanizm rynkowy (jakim są aukcje), a zmierzająca do „podrasowania” i tak fatalnych rozwiązań pakietowych, jest jawną obroną ich interesów.
Europejscy lobbyści producentów tak zwanej „zielonej energii” mają najwyraźniej tak przemożny wpływ na europosłów, że racjonalne oczekiwania na racjonalne decyzje – okazuje się być naiwnością…
I chociaż nikt przy zdrowych zmysłach nie może pojąć dlaczego w środku kryzysu pojawił się projekt podwyższający koszt produkcji energii – to z faktu, że się pojawił i znalazł poparcie PE oznacza jednoznacznie, że wysokie koszty energii są dla kogoś z naszych „braci w UE” bardzo opłacalne…
Samowolka europejskich urzędników
Okazało się także, że luksusowy status urzędnika instytucji UE, nie ponoszącego żadnej odpowiedzialności, nawet politycznej przed kimkolwiek, rozzuchwala do tego stopnia, że Komisja Europejska wpadła na pomysł przekroczenia swoich kompetencji (jest przecież władzą wykonawczą) i wkraczając w obszar kompetencji ustawodawczych doprowadziła do złamania traktatowego zapisu europejskiego pakietu energetyczno – klimatycznego w sprawie zasad handlu uprawnieniami do emisji.
Fakt wymuszenia ponownego obradowania komisji PE ds. ochrony środowiska – po odrzuceniu projektu backloadingu w głosowaniu plenarnym PE pokazuje determinację lobbystów „zielonej energii”, potrafiących skłonić Komisję Europejską do podjęcia – udanej jak się okazuje – próby ręcznego sterowania rynkiem – w „zbożnym” celu podwyższenia ceny jednostek emisji (do 30- 40 euro), bez oglądania się na efekt gospodarczy takiej decyzji.
Najwyraźniej kryzys nie przywraca też zdolności chłodnego myślenia wszystkim europarlamentarzystom. Euroentuzjaści nie chcą wierzyć, że własne interesy narodowe i korporacyjne coraz wyraźniej przesądzają o ich decyzjach…
Bo państwo Europa nie jest bytem realnym, coraz bardziej przypomina Matrix, natomiast Niemcy, Francja, Hiszpania, Włochy, Polska i pozostałe kraje członkowskie UE – to realne miejsca na Ziemi, realne interesy i realne ich zagrożenia, dla których najwyraźniej warto podejmować działania łamiące zapisy międzynarodowej umowy jaką jest pakiet.
Projekt zastosowania blacloadingu, określany jako działanie na rzecz „urealnienia celów handlu emisjami” ma jeszcze jedną barierę do wzięcia, a jest nią Rada Europejska, czyli rządy państw członkowskich. Jednak stosunek siły „15 starej UE” do „12 nowej UE” raczej przesądza los propozycji KE o wprowadzeniu backloadingu i zapowiada możliwość eskalacji ręcznego sterowania handlem emisjami w kolejnych latach, nawet do całkowitego wycofania owych 900 mln jednostek z aukcyjnej puli.
Czy trzeba mocniejszych dowodów na potwierdzenie prawdziwości zacytowanej na początku tezy prof. Krzysztofa Żmijewskiego, że prawdziwym i głównym celem unijnego pakietu jest właśnie ów handel emisjami?
Miał on bowiem zagwarantować na długie lata kolosalne zyski państwom „starej 15 UE”, nie tylko dzięki sprzedaży zredukowanych emisji zgromadzonych w portfelach państwa o gospodarce postindustrialnej i niskoemisyjnej, ale przede wszystkim miał zapewnić potężny strumień pieniędzy z państw takich jak Polska (której gospodarka opiera się w 95 proc. na energii ze spalania węgla), a zmuszonych do przestawienia się na „zieloną energię”…
Niestety – kalkulacja ta najwyraźniej zawiodła, tak jak coraz bardziej zawodzi machina propagandowa europejskiej polityki klimatycznej, mającej ponoć chronić globalny klimat. Dziś nikt z interesujących się tym problemem nie ma już złudzeń, a wiedza o tym, że pakiet energetyczno – klimatyczny, jako emanacja unijnej polityki klimatycznej jest po prostu fasadą osłaniająca bezwzględny lobbing interesów gospodarczych najsilniejszych państw „starej 15 UE” (przede wszystkim jednak Niemiec i Francji) staje się coraz powszechniejsza.
Gra o wielkie pieniądze
Presja lobbystów tak zwanej zielonej energii i potężnego, francusko-niemieckiego sektora energetyki jądrowej, wyhamowała nieco po katastrofie w Fukushimie, ale w obliczu coraz bardziej widocznego kryzysu gospodarczego w Europie – znów narasta.
Europa płaci dziś za własne chore pomysły o gospodarce niskoemisyjnej, która tak naprawdę jest likwidowaniem gospodarki przemysłowej. Pomysł jednak nie wypalił, handel nie idzie w tym kierunku, jakiego oczekiwano, więc podjęto próbę włączenia najbiedniejszych państw UE do zapłacenia tego rachunku.
Stany Zjednoczone, które właśnie w tych dniach głośno obwieściły światu jak pomyślnie wychodzą z kryzysu, dzięki coraz większej niezależności energetycznej (za sprawą gazu i ropy łupkowej), no i drukowaniu pieniędzy, ogłaszają reindustrializację swojej gospodarki, choć nie przyjęły żadnych samobójczych zobowiązań redukcji emisji CO2, skutkujących wymieraniem przemysłów produkcyjnych.
Bo co innego zarazić świat globalnym kłamstwem o globalnym ociepleniu, a co innego tracić własne pieniądze w imię dogmatów „obrony” globalnego klimatu…
Kto ma energię ten ma władzę
W Polsce problemy energetyki naszego państwa ciągle nie mają rangi strategicznej, choć o konieczności nadania jej takiej mówi się nieustannie i od wielu lat… Najwyraźniej prawda o tym, że kto ma energię, ten ma władzę – nie jest jeszcze w Polsce powszechna, nawet wśród polityków.
A brak polityki energetycznej ma swoje realne, niestety fatalne skutki dla całej polskiej gospodarki, obniża też skuteczność naszych działań na forum Unii Europejskiej (statek, który nie zna celu swojej podróży nigdy nie dotrze do portu), co potwierdza porażka naszego lobbingu przeciwko projektowi backloadingu.
Brak strategii uderza jednak przede wszystkim (i to z wielką siłą rażenia) w obszar energetyki zawodowej, gdzie inwestorzy rezygnują z kolejnych projektów budowy nowych bloków energetycznych, zaś groźba importu energii elektrycznej może być lada moment całkiem realna. Już cień takiego zagrożenia, w kraju o największych w świecie zasobach surowców energetycznych w przeliczeniu na głowę mieszkańca, uznać trzeba za kompromitację naszego państwa.
Od grudnia 2008 roku kraje UE – w tym także Polska – grają w teatrzyku cieni zwanym pakietem energetyczno – klimatycznym. Jak groźne jest to zderzenie wielkich interesów „starej 15 UE” z interesami „nowej 12 UE”, ale nade wszystko z żywotnymi interesami Polski, zdefiniował list z 11 grudnia 2008 roku, wystosowany przez Green Effort Group do prezydenta i premiera naszego kraju. Poniżej przytaczam jego najważniejsze fragmenty. Głównie dlatego, że wszystkie tezy tego listu są nadal aktualne…
Czynię to więc nie tyle „ku pamięci”, co „ku nauce” tych, którzy nawet na Śląsku są jeszcze entuzjastami pakietu klimatycznego, bredząc na przykład o „ugotowaniu Ziemi” i konieczności uwolnienia Polski od „brudnego węgla”…
Oto najważniejsze – i jak wspomniałam, nadal aktualne – tezy, sformułowane w roku 2008:
„(…)zwracamy się do Pana Prezydenta oraz do Pana Premiera z apelem o skuteczną obronę prawa Polski do kontynuacji demokratycznego, zrównoważonego i wszechstronnego rozwoju gospodarczego i społecznego
Nasz kraj, ogromnym wysiłkiem nas wszystkich, gruntownie zmodernizował swoją gospodarkę przekształcając się w państwo demokratyczne, wolnorynkowe i przyjazne środowisku naturalnemu. W latach 1988 – 2008 Polska zredukował emisję CO2 o 30 proc. pozostawiając daleko w tyle rozwinięte gospodarczo państwa „starej” Unii Europejskiej.
Emisja CO2 i gazów cieplarnianych na głowę mieszkańca jest w Polsce niższa od emisji wielu członków Unii i osiągnęła poziom unijnej średniej. To wystarczające dowody polskiego konstruktywnego stosunku do problemów ochrony środowiska i zmian klimatu.(…)
Proponowany dla Wspólnoty system handlu emisjami jest bardzo skomplikowany i kosztowny. Z całą pewnością nie może być on wzorcem dla świata, zwłaszcza państw takich jak Chiny, czy Indie, które nie przyjmą żadnego systemu, w którym najbiedniejsi płacą najwięcej, tak jak wynika to z projektu Komisji Europejskiej.
Oczekujemy od wszystkich Państw członkowskich Komisji Europejskiej (…) prawdziwego partnerskiego dialogu. Dialogu, który uwzględnia zarówno wspólnotę celów jak i ogromne zróżnicowanie uwarunkowań w zakresie struktury gospodarki, struktury energetyki oraz struktury i poziomu przychodów.
Podstawą naszych decyzji nie mogą być uśrednione i zdezaktualizowane analizy, przedłożone przez Komisję Europejską, jako tzw. Impact Assesment, czyli Ocena Skutków Regulacji.
Dla każdego państwa musi być znana prognoza cen, kosztów i przychodów, ponieważ nie istnieje jeszcze ani uśredniona Europejska Gospodarka, ani uśredniony Europejski Jednolity Rynek Energii, ani też uśrednione, żyjące w podobnych warunkach Europejskie Społeczeństwo. (…)”
No i co z tego, że te oczywiste racje powtarzane są prawie od 5 lat, przy wszystkich okazjach i przez coraz większe grono przedsiębiorców, analityków, naukowców i dziennikarzy, a nawet polityków? Ano nic… Po prostu – gada dziad do obrazu…
„Stara unia” po prostu broni swoich interesów, nie cofając się nawet przed złamaniem unijnego prawa – czego jaskrawym przykładem jest pomysł backloadingu…
Eugenia Plucik
ANALIZY
Systemowa destrukcja z polskim węglem w tle
Bezpieczeństwo energetyczne staje się jednym z głównych priorytetów polityki gospodarczej wielu państw na świecie, a zapewnienie dostaw surowców energetycznych awansowało do rangi najważniejszego zadania polityki nie tylko krajów rozwiniętych.
„Każdy wie, że zapotrzebowanie na energię rośnie na całym świecie, jednak mało kto widzi jak szybki jest ten wzrost” – powiedział w jednym z wywiadów Jeroen van der Veer, prezes jednej z najpotężniejszych firm na świecie Royal Dutch Shell.
Te istotne zagadnienia dotyczące krajowego bezpieczeństwa energetycznego były tematem gruntownych analiz podjętych już w 2007r. w ramach Polskiego Kongresu Górniczego. Mija kolejnych pięć lat od tych wydarzeń a można odnieść wrażenie, że niewiele wynieśliśmy z tej nauki. Po prostu cały czas dyskutujemy a decyzji strategicznych w tym zakresie brak. Polityka paliwowo-energetyczna powinna być zgodna z nowoczesnymi tendencjami światowej gospodarki.
Sam wybór polityki paliwowo-energetycznej danego państwa należy jednak do najważniejszych suwerennych decyzji, dostosowanych do indywidualnie rozpatrywanych i ocenianych warunków.
Jest rzeczą oczywistą, że rozwój nowych technologii i większe poszanowanie energii spowodują dalsze zmiany w „rankingu” najważniejszych dotychczas surowców energetycznych.
Wprowadzane przy tej okazji do społecznego obiegu różnego rodzaju opinie np. o schyłkowej roli niektórych nośników energii, najczęściej w odniesieniu do węgla nie zawsze poparte głębokimi analizami są nad wyraz szkodliwe.
Nie ulega najmniejszej wątpliwości, że reputacja górnictwa, zarówno w Świecie, a przynajmniej w Zachodniej Europie jak i Polsce jest aktualnie zła.
Zacząłem się zastanawiać skąd bierze się takie kształtowanie obrazu górnictwa w społeczeństwie. A może to tylko brak należycie przygotowywanych informacji o właściwym wykorzystywaniu bogactw mineralnych. Oczywiście ten temat inaczej jest przedstawiany w gospodarce Amerykańskiej jak również Europie Zachodniej. W tych gospodarkach, co można łatwo się zorientować występuje bardzo silne lobby biznesowe. Podobnie tak negatywny klimat w stosunku do węgla można odczuć przy forsowaniu przez Komisję Europejską (KE) niekorzystnych zapisów znajdujących się w pakiecie klimatyczno-energetycznym.
Wielokrotnie zwracałem uwagę na ten fakt starając się pokazywać również i te dobre strony. Nie ulega wątpliwości, że tych negatywów co do zapisów emisyjnych było bez liku kształtując obraz, w którym ogromne znaczenie na takie decyzje, jak to wtenczas nazwałem, ma układ polityczno-biznesowy lokujący się przy silnych gospodarkach państw europejskich.
To również częściowa odpowiedź na dość zaskakujący obraz jaki ukształtował się wokół polskiego górnictwa węglowego. Poglądy na temat górnictwa w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia a więc w okresie wzmożonej transformacji systemowej i gospodarczej dokonały zresztą olbrzymiej ewolucji, od nawoływań do zwiększenia wydobycia węgla aż po żądania pojawiające się ostatnio, niemal natychmiastowej likwidacji górnictwa. Te poglądy nasilają się z różną intensywnością w zależności od aktualnie prowadzonej polityki gospodarczej, bowiem od chwili wprowadzenia zasad gospodarki rynkowej nie dokonano „bilansu otwarcia” jak również nie nakreślono wystarczająco jasno, nawet w ogólnych zarysach kierunku, w którym ta transformacja powinna przebiegać i jakie konsekwencje przyniesie dla poszczególnych grup społecznych. Transformacja naszej gospodarki spowodowała, że w krótkim okresie z wykonujących dobrze płatny, społecznie użyteczny zawód, górnicy stali się w ocenie niektórych główną przeszkodą w szybkim rozwoju kraju, a górnictwo w ocenie niektórych publicystów, głównym „obciążeniem” państwowej kasy.
Taka ocena sytuacji nie uwzględnia niestety faktu, że przynajmniej w pierwszych latach wprowadzania zasad gospodarki rynkowej górnictwo zmuszone było dla swojego funkcjonowania pozyskiwać niezbędne środki na „rynku”, zaś na swój produkt – węgiel nie mogło się domagać „ceny rynkowej”. Węgiel sprzedawany był po ustalonej przez rząd „cenie urzędowej”, co uwarunkowane było m.in. zwalczaniem inflacji. Do tej niezwykle trudnej sytuacji górnictwa należy niewątpliwie zaliczyć fakt, że naturalny partner górnictwa, jakim jest energetyka, dopiero od 1999 roku, a więc blisko 10 lat po górnictwie został poddany procesowi urynkowienia. Nie jest ważne w tej chwili roztrząsanie problemu, kto w relacjach między górnictwem a energetyką był partnerem silniejszym, ważne są niekorzystne efekty takiego stanu rzeczy dla naszej gospodarki. Dzisiaj obiegowe opinie o górnictwie powodują niestety również utratę prestiżu społecznego.
Postrzeganie górnictwa w polskiej opinii społecznej, jakkolwiek niejednolite, nie odbiega zbytnio od funkcjonującego w innych częściach Europy czy w Stanach Zjednoczonych.
Jakie zatem przełożenie mają poszczególne opinie na dane, które w ostatnich tygodniach zamieściły dwa czołowe podmioty wyspecjalizowane w przeprowadzaniu dogłębnych analiz w tym zakresie.
Są to raporty Międzynarodowej Agencji Energii dot. wykorzystania poszczególnych nośników energetycznych jak też raport prestiżowego ośrodka analityczno-doradczego IHS Cambridge Energy Research Associates zaprezentowany na początku marca br. w Houston na corocznej konferencji branży energetyczno-paliwowej. Należy w tym miejscu dopowiedzieć, iż wyniki analiz ośrodka z Cambridge są zawsze poważnie odczytywane wśród amerykańskich ekspertów gospodarczych.
Raport prezentowany w Houston odnosi się docelowo do roku 2035. I choć podkreśla się w nim bardzo mocno o wzroście zużycia gazu ziemnego i to aż o 70% w tym znaczącym wzroście udziału węglowodorów będących źródłem zużywanej na świecie energii, to jednak nie da się uciec od węgla co wielokrotnie na tej konferencji podkreślali zgromadzeni tam eksperci. Również w raporcie Międzynarodowej Agencji Energii znajdują się bardzo precyzyjne zapisy dot. wzrostu popytu na węgiel gdzie ok. roku 2020 węgiel według analiz będzie głównym nośnikiem energii w świecie. Podkreśla się, iż w skali światowej na czas obecny produkcja energii elektrycznej z węgla w dalszym ciągu jest tańsza aniżeli z gazu (tutaj dotyczy to szczególnie węgla brunatnego).
Pamiętać jednak należy, że tak jeden jak i drugi z przytaczanych raportów odnoszą się do tendencji czy trendów, które będą miały miejsce w skali globalnej. To też wcale nie oznacza, że z taką sytuacją będziemy mieli do czynienia w przypadku polskiego węgla. Wiemy doskonale, że popyt na węgiel regulowany jest poprzez kraje azjatyckie. Generalnie w Chinach już dzisiaj koncentruje się połowa światowej produkcji. Również amerykanie z drugą co do wielkości produkcją węgla (1 mld ton) w skali roku, przy obecnym rozwoju rewolucji gazowej na swoim terenie, nie podejmują pochopnych decyzji w stosunku do węgla, wiedząc doskonale, że na ich terytorium znajdują się udokumentowane największe zasoby węgla w świecie. Ta rozwaga wynika również z wielu uwarunkowań, w jakich funkcjonuje górnictwo amerykańskie a co w ostateczności decyduje o utrzymywaniu się kosztów pozyskiwania tych węgli na niskim poziomie.
To również jest warunek utrzymywania wydobycia na zakładanym poziomie i sięganie po nowe rynki zbytu, także europejskie, bowiem stanowi on hamulec przed ewentualnym wzrostem kosztów.
Wartością każdej firmy wydobywczej jest dostęp do określonej partii złóż, opłacalnych w eksploatacji niegenerujących olbrzymich nakładów. Stwierdzenie to nie jest odkrywcze, lecz również ten element na podstawie dostępnych nam przekazów był w odpowiednim stopniu prezentowany na konferencji w Houston. Dlatego wszelkie działania związane z pozyskiwaniem i dostępem do nowych złóż tak jak czyni to Zarząd KGHM (w przypadku miedzi) czy też Kompania Węglowa w przypadku badania złoża węgla na Lubelszczyźnie należy na tym etapie odbierać pozytywnie.
Gdy w licznych artykułach podnosimy temat nośników energetycznych pamiętać musimy, że generalnie mamy na myśli ich dalszy efekt, czyli uzyskiwania energii. Eksperci doskonale wiedzą, że energii się nie produkuje. Wykorzystywana przez nas energia jest i zawsze była pozyskiwana z pierwotnych nośników energii za pomocą odpowiednich technologii. Można zatem powiedzieć, że energia to tylko technologia stosowana w celu przekształcenia energii pierwotnej w jej użyteczne formy. To również sięganie po najnowocześniejsze rozwiązania istniejące dzisiaj w Świecie w zakresie budowy bloków węglowych. Nie bez przyczyny o tym mówił dr Jan Kulczyk na Europejskim Kongresie Gospodarczym w 2012roku. To nie kto inny jak Kulczyk ma w planach budowę elektrowni węglowej przy sprawności bloków rzędu 52%. Przypomnę, że znacząca część istniejących w Polsce mocy wytwarzanych jest w blokach węglowych o sprawności 33-37%. Ten przykład nie oznacza, że wszystko co związane jest z węglem kojarzone musi być automatycznie z technologiami niepasującymi do obecnych wymagań. Pomimo różnych wzniosłych haseł dotyczących energetyki jądrowej czy odnawialnych źródeł energii (OZE) dla Polski tym podstawowym pierwotnych nośnikiem pozostanie przynajmniej na okres ok.15 a może i więcej lat węgiel. Tak wygląda obecnie ta sytuacja analizując raporty ośrodków analitycznych. Nawet gdyby próbowano coś na siłę przestawić to czarno na białym widać jak mało racjonalne i w gruncie rzeczy utopijne są projekty lansowane przez poszczególne środowiska. Warto w tym miejscu również przytoczyć zdania jakie zostały wypowiedziane ostatnio (o czym mało kto wie) przez komisarz ds. działań w dziedzinie klimatu KE Panią Connie Hedegoard.
Pani Komisarz stwierdza: „do szczęścia Polska nie potrzebuje węgla, czy gazu z łupków. Wystarczy łagodnie przeprowadzić transformację w kierunku znacznie zwiększonego udziału OZE (odnawialnych źródeł energii) nawet do 45%”. Wypowiadając te słowa Pani Komisarz powinna posiąść tę podstawową wiedzę w tym zakresie jak obecnie kształtuje się produkcja energii elektrycznej z wykorzystaniem OZE.
Świat – 17%
Państwa Unii Europejskiej – 16%
Polska – 6%
W czasie obrad w Komisji Europejskiej przytaczana wcześniej Pani Komisarz mówi: „W Polsce jak w żadnym innym kraju Unii Europejskiej zachodzi konieczność inwestowania w odnawialne źródła energii”.
Odpowiadam zatem Pani Komisarz, że oczywiście powinniśmy w sposób głęboko racjonalny podchodzić do rozwoju poszczególnych źródeł energii. Ale wiemy również że OZE (to geotermia, biomasa, wiatr, promieniowanie słoneczne czy woda) , nie mogą rozwijać się wszędzie jednakowo mając na myśli przekrój naszego globu. W Polsce niestety występują pewnego rodzaju ograniczenia uniemożliwiające ich pełny rozwój. Potwierdzeniem moich słów niech będą zdania zaczerpnięte z raportu Polskiej Akademii Nauk z lutego 2011 roku gdzie czytamy: „Odnawialne źródła energii (OZE) należy bezwzględnie rozwijać, lecz pamiętać należy, że nigdy nie zastąpią one mocy obecnych tradycyjnych źródeł wytwarzania energii, nawet za 10, 15 i więcej lat”.
W tym miejscu należy przywołać dane dotyczące wartości wskaźnika uzależnienia energetycznego, który opiera się na imporcie w odniesieniu do potrzeb energetycznych danego kraju. Wskaźnik ten obliczany jest jako stosunek importu energii netto do krajowego zużycia energii brutto.
Dla Polski wskaźnik uzależnienia energetycznego oscyluje na poziomie 20%, gdy dla całej Unii Europejskiej (wartość uśredniona) to poziom 53,80%, a w państwach najbardziej uzależnionych energetycznie tj. w Hiszpanii i Włoszech osiąga poziom ponad 80%.
Ten dobry wynik jaki pod tym względem osiąga Polska, dzieje się za sprawą podstawowego nośnika energetycznego w naszym kraju tj. węgla kamiennego i brunatnego. W tej materii rzeczywiście nawiązując do słów Pani Komisarz jesteśmy daleko z tyłu, z drugiej zaś strony jesteśmy stabilnym w niezależności energetycznej Państwem.
Ile to w ostatnich kilku latach rozbieżnych informacji słyszeliśmy na temat innego nośnika energetycznego, jakim jest gaz z łupków. Począwszy od określenia zasobności gazu łupkowego na terytorium naszego kraju, do informacji, że w roku 2015 już z pierwszych odwiertów uzyskamy wydobycie na skale przemysłową. Wielu znakomitych ekspertów w tym zakresie również z Polski przestrzegało polityków, że lansując takie informacje do opinii publicznej wystawiamy się na ogromny skandal. Dzisiejsze dane Ministerstwa Środowiska a konkretnie Państwowego Instytutu Geologicznego już zostały znacząco skorygowane. Samo zaś określenie terminu wydobycia przez ministra skarbu za ok. 3 lata jest nierealne. Wystarczy tutaj posłuchać polskich ekspertów, którzy pracując od wielu lat dla firm amerykańskich mówią, że technicznie będzie to możliwe około roku 2018. Pikanterii w tym całym zamieszaniu łupkowym dodaje fakt, że do dzisiaj nie dopracowano się ustawy regulującej zasady eksploatacji złóż gazu niekonwencjonalnego a to zarazem jest sygnał dla podmiotów zewnętrznych, że my tak na poważnie nie jesteśmy zainteresowani rozwojem tej branży bądź prowadzimy to tradycyjnie w swoim stylu. Ta ustawa jest spóźniona na chwilę obecną już o dwa lata. Gdy nałożymy na powyższą sytuację jeszcze to o czym głośno mówi się obecnie w Niemczech tj. opinii Rady Ekspertów Ochrony Środowiska niemieckiego rządu, która negatywnie odniosła się do wydobycia gazu łupkowego na obszarze Niemiec metodą szczelinowania, to mogę przypuszczać jaki będzie dalszy bieg tej całej sprawy i przełożenie na kolejne decyzje wychodzące ze strony Komisji Europejskiej. Czy w tym temacie nie widać podtekstów politycznych jeśli popatrzymy na całe te gierki gazowe, które Europie w tym przypadku dyktują Niemcy i Rosja. Zaczynam obawiać się, że również w przypadku gazu, my Polacy możemy być w ciągłej defensywie. Wracając jednak do tematu nośnika podstawowego, jakim jest dla Polski węgiel, to mogę stwierdzić, iż przytaczane wcześniej prognozy mówiące o zapotrzebowaniu na paliwo węglowe (węgiel kamienny i brunatny) jesteśmy w Polsce wykonać w oparciu o prognozowaną strukturę zużycia energii pierwotnej oraz warunków technologicznych jej wytwarzania.
Prognoza zapotrzebowania węgla kamiennego i brunatnego wykonana parę lat wcześniej z uwzględnieniem dwóch wariantów: referencyjnego – wymagania ekologiczne na poziomie obecnie obowiązującym w UE oraz alternatywnego – wyższe wymagania
w stosunku do emisji CO2, dla obydwóch wariantów pokazuje istotną i stabilną pozycję paliwa węglowego do roku 2030.
Czy w dalszej perspektywie czasowej owa pozycja również będzie stabilna?
Wszystko to zależne jest od pewnych uwarunkowań, z jednej strony natury systemowej i tutaj mam na myśli istotną strategię, co na chwilę obecną miałoby przełożenie w konstruowaniu krajowego mix-u energetycznego, z drugiej zaś strony z osiągnięcia zakładanych efektów natury ekonomiczno-biznesowych.
W tym miejscu rodzą się pewne obawy. Dotyczą one braku klarownej wizji Państwa w stosunku do sektora węglowego, a to w dalszej perspektywie czasowej musi przełożyć się w sposób bezpośredni na obniżenie bezpieczeństwa energetycznego Polski.
Odnoszę wrażenie podobnie jak wielu ekspertów, że resort gospodarki działa w tym zakresie wyłącznie w sposób doraźny – tak jest obecnie tak było również w latach poprzednich. Doskonałym tutaj przykładem jest ostateczne podjęcie decyzji co do budowy bloku węglowego w elektrowni Opole. Organizujemy za to dziesiątki konferencji, na których od wielu lat powtarzamy jedno i to samo. Co gorsze to my powoli zamykamy się wyłącznie w swoim środowisku górniczym chwaląc się jak to dobrze wszystko funkcjonuje i od czasu do czasu powtarzamy, że bezwzględnie należy obniżać koszty. Wysokie koszty stały się rzeczywiście syndromem polskiego górnictwa. Wynikają one generalnie z prowadzenia skomplikowanej eksploatacji (szczególnie dotyczy to kopalń śląskich) ale głównie z kiepskiej organizacji pracy. Nas górników powoli już mało kto słucha, ale najgorsze w tym wszystkim jest to, że osoby decyzyjne w Państwie w sposób jednoznaczny unikają dialogu z tą branżą, a jeśli z ust odpowiedzialnych za ten sektor ministrów padają rozbieżne informacje, to wszystko to świadczy o tym, że owej strategii górniczej rzeczywiście w Polsce brak.
I choć przytaczane wcześniej dwa raporty tj. MAE oraz IHS-CERA odnoszą się wyłącznie do trendu światowego a nie perspektyw jakie stoją przed polskim górnictwem, to jednak stanowią pewien wyznacznik również dla naszego węglowego przemysłu wydobywczego.
Należy zrobić ogromną robotę ażeby rodzimy węgiel był konkurencyjny również w świecie. Dotyczy to właściwego planowania wydobycia (podjęcia analizy również na etapie nowych rozcinek i inwestycji górniczych) a przede wszystkim powinien to być ciągły proces zmierzający do obniżenia kosztów. Szczególnie mocno podkreślam proces ciągły!
My nie możemy się porównywać z amerykańskim górnictwem węglowym i to nie chodzi o wielkość produkcji, lecz sposób podejścia do złóż i osiągania z takiej działalności korzyści.
W Polsce musza być bezwzględnie skalkulowane potrzeby wydobywcze i to w przypadku węgla kamiennego jak też brunatnego.
Nawet gdyby pokusić się o pewną korektę tego poziomu to rzeczą niezbędną na chwilę obecną jest podjęcie inwestycji w nowe opłacalne partie złóż, które dopiero w perspektywie lat 2016-17 i dalszych będą przynosić profity. Nakłady inwestycyjne w nowe partie muszą być bardzo precyzyjnie skalkulowane, gdyż polskie górnictwo węglowe prowadzi eksploatacje w trudnych warunkach górniczo-geologicznych.
Te zaś warunki będą powodować zwiększenie kosztów już na samym starcie ażeby te partie pokładów uruchomić.
Na pozór wydawać się może błędne koło ale proces ten jest niezbędny. Poszczególne już udokumentowane partie złóż zalegające w obszarach nadania zakładów wydobywczych wymagają również skalkulowania pod względem opłacalności ich dalszej eksploatacji. Ten proces na chwilę obecną dotyczy przynajmniej kilku kopalń. To również dotyczy partii złóż, po które w najbliższych kilku latach w ramach wniosków o nowe koncesje wydobywcze będą zwracali się przedsiębiorcy górniczy.
To jest zadanie dla Zarządów Spółek Węglowych i ich organów nadzorczych. To właściwe podejście coraz lepiej rysuje się w giełdowych spółkach wydobywczych.
Zadania powyższe należy bezwzględnie realizować ażeby uniknąć na przyszłość beznadziejnej dyskusji na temat kopalń rentownych i trwale nierentownych. Przedstawicieli ministerstwa gospodarki odsyłam w tej sprawie do pojęć wręcz „klasyki górniczej” i mówienia o sytuacji, kiedy kopalnia jest trwale nierentowna.
O takich czy podobnych sytuacjach mówią również poszczególne zapisy ustawy Prawo geologiczne i górnicze, które wskazują przedsiębiorcy na racjonalne gospodarowanie złożem i zobowiązują go do bieżących analiz. Jeśli na pewnym etapie tą drogę zaniechaliśmy w co niektórych zakładach wydobywczych to nie operujemy pojęciem nierentownych kopalń, lecz kopalń źle zarządzanych w określonym okresie czasowym. To również jest temat do układania dobrych relacji na poziomie gmina – kopalnia, których ostatnio jednak brakuje o czym pisałem na jednym z portali gospodarczych dając w mojej ocenie negatywny przykład gminy Gierałtowice, niczym na tym etanie nieuzasadniony w stosunku do kopalni prowadzącej na tym obszarze działalność wydobywczą.
To są jednak poważne zaszłości, również z negatywnym ujęciem samej branży górniczej, jednak jestem zdania, że obecnie rysują się inne możliwości rozwiązywania tych trudnych spraw z pełnym oparciem o funkcjonujący system prawny.
Ostatnie lata były dobre dla górnictwa. Był zysk. Natomiast musimy zadać pytanie:
Co wpłynęło na taki wynik?
Na pewno na tym nie zaważyła wydajność i niskie koszty. Jedynym elementem, który pozwolił osiągnąć tak dobry wynik były wysokie ceny sprzedaży węgla na rynkach światowych. To pozwalało również zachować rentowność przez polskie spółki wydobywcze. Czy przyszłość górnictwa węglowego w Polsce ma być uzależniona tylko od zewnętrznych czynników na poziom, których nie bardzo mamy wpływ?
Dane, które obecnie otrzymujemy z Ministerstwa Gospodarki za I kwartał 2013r. są jednak niepokojące. Wzrastają koszty ogółem o 9,6% w tym koszty produkcji węgla o 5,3%, natomiast spada wydajność pracy. Pozytywnym elementem jest sprzedaż węgla za granicę. Jeśli by do tego nałożyć ostatnie informacje Europejskiego Banku Centralnego i NBP, które przełożyły się na spadek wartości złotego, to cała ta obecna sytuacja może być bardzo pomocna również dla eksporterów węgla. Wierzę jednak, że prezesi spółek węglowych poprzez swoich kierowników ruchu zakładów górniczych będą w stanie podejmować bieżące szeroko płaszczyznowe analizy nad określeniem optymalnego w określonej przestrzeni czasowej poziomu wydobycia jak również optymalizacji kosztów produkcji. To należy wyłącznie do przedsiębiorców odpowiedzialnych za ten sektor, natomiast druga strona należy do Państwa. I nie należy się tutaj obrażać, gdy przedstawiciele górnictwa od czasu do czasu przypominają rządzącym, że brak określonych rozwiązań systemowych dot. tej branży powoduje, że nie istnieją realne możliwości na elastyczny rozwój tych firm, szczególnie w okresie znacznego spowolnienia.
Przy polskich zasobach węgla (2% w skali światowej) i trudnych warunkach eksploatacyjnych, szczególnie powinniśmy szukać rozwiązań alternatywnych ale w dalszym ciągu związanych z węglem. W tym momencie koniecznym staje się opracowanie i wdrożenie nowych i niekonwencjonalnych technologii górniczych oraz podjęcie prób integracji klasycznych procesów wydobycia z energetycznym lub chemicznym wykorzystaniem węgla. Mam na myśli bardziej efektywne metody pozyskiwania energii z węgla poprzez jego zgazowanie. W tym kierunku powinna pójść ale bardzo intensywnie tzw. „polska szkoła górnicza”. Tym bardzo dobrym przykładem w sygnalizowanych badaniach jest powstanie w ostatnim czasie Centrum Czystych Technologii Węglowych wspólne dzieło kilku podmiotów naukowych. Myślę, że tą drogą będziemy zmierzali w kierunku opracowania własnej technologii nie oglądając się na innych. I choć na efekty przyjdzie nam jeszcze poczekać to jednak stanowić to może pewną wizję co do dalszego wykorzystania węgla w zabezpieczeniu energetycznym kraju.
Priorytetem dla polskiego górnictwa jest utrzymywanie jego konkurencyjności, ale także tematy dotyczące ekologii i odpowiedzialności górnictwa względem otoczenia nie mogą być odsuwane na dalszy plan.
W tym miejscu należy również głośno zapytać o wizję Państwa w stosunku do tego sektora i to wyłącznie w odniesieniu do Państwa jako regulatora w określonej strategii.
dr inż. Piotr Buchwald
b.prezes Wyższego Urzędu Górniczego