Brak spisu treści.
W ciągu ostatnich lat górnictwo węgla brunatnego uległo ogromnym przeobrażeniom.
Społeczeństwa Polski i Niemiec są mocno podzielone w kwestii dalszego utrzymania górnictwa węgla brunatnego. Branży nie sprzyja wrogi PR, który podsycają ekolodzy. Według najnowszej diagnozy socjologów zarówno na Dolnym Śląsku, jak i w Saksonii brakuje dobrze zorganizowanego systemu zarządzania konfliktami otoczenia z górnictwem. Zaradzić ma temu m.in. projekt pod nazwą MineLife.
Zasoby węgla brunatnego w Polsce należą do jednych z największych w Europie. Państwowy Instytut Geologiczny ocenił je na 22 mld t. Obecnie polska produkcja tego surowca waha się na poziomie ponad 60 mln t rocznie, a zainstalowana moc elektrowni opalanych węglem brunatnym wynosi około 9000 MW. Wytworzona w nich energia ma dziś ok. 35 proc. udziału w krajowym miksie energetycznym. Zapotrzebowanie energetyki na węgiel brunatny stale rośnie i nic w tym dziwnego skoro jej koszt jest niższy o 30 proc. od energii wytwarzanej na węglu kamiennym.
Nowoczesny przemysł
W ciągu ostatnich lat górnictwo węgla brunatnego uległo ogromnym przeobrażeniom. Spółki wydobywcze wykonały wielki wysiłek modernizacyjny. Zaimplementowano najnowsze rozwiązania techniczne i organizacyjne oraz wdrożono wiele programów efektywnościowych. Wprowadzono również nowe standardy działalności w stosunku do stanu sprzed 20–25 lat. Jednak ze względu na postępujące wyczerpywanie się złóż, już w najbliższych latach spodziewany jest gwałtowny spadek wydobycia i tym samym ograniczenie produkcji energii elektrycznej na bazie tego paliwa, aż do likwidacji górnictwa odkrywkowego węgla brunatnego w ciągu kolejnych 10 lat. Konieczna więc jest budowa nowych kompleksów węglowo-energetycznych. W przeciwnym razie w latach 2040– 2045 nastąpi w Polsce całkowity zanik mocy wytwórczych opartych na węglu brunatnym. Nowym inwestycjom w węgiel brunatny towarzyszą jednak głośne protesty ekologów. Kilkuset aktywistów protestowało w lipcu br. w Kleczewie, gdzie mieści się administracja Kopalni Węgla Brunatnego Konin. Na odkrywce Tomisławice aktywiści próbowali dostać się na teren kopalni, by przeszkodzić w jej pracy.
W Niemczech sytuacja jest bardzo podobna do tej, którą obserwujemy w Polsce. Obowiązujący program rządowy określony jako „Energiewende” – kreśli dla węgla brunatnego perspektywę sięgającą do 2050 r. Konkretnym potwierdzeniem wiarygodności tych zamierzeń jest zapowiedź budowy kolejnych mocy energetycznych opartych o to paliwo. W kopalniach Saksonii-Anhalt, w Łużycach i Nadrenii Północnej-Westfalii wydobycie surowca sięga już 180 tys. t rocznie i ma ulec zwiększeniu. Sprzeciwiają się temu ekolodzy. W czerwcu br. kopalnia węgla brunatnego Garzweiler w kraju związkowym Nadrenia Północna-Westfalia była miejscem proekologicznych wystąpień zakrojonych na szeroką skalę. Obrońcy klimatu zorganizowali na jej terenie protest okupacyjny. Część z nich usunęła policja, część dobrowolnie opuściła kopalnię. Ekolodzy z Polski, Niemiec do dziś wspominają ubiegłoroczny wspólny protest przeciwko utrzymaniu górnictwa węgla brunatnego. Spletli wówczas ręce na długości prawie ośmiu kilometrów, od niemieckiej miejscowości Kerkwitz po polskie Grabice.
Polska przykładem
Co jest powodem rosnącego niezadowolenia z planów eksploatacji tego surowca? Według najnowszej diagnozy socjologów zarówno na Dolnym Śląsku, jak i w Saksonii brakuje dobrze zorganizowanego systemu zarządzania konfliktami otoczenia z górnictwem. Poprawie wizerunku branży ma służyć m.in. projekt pod nazwą MineLife, realizowany przez Sächsisches Oberbergamt (niemiecki odpowiednik urzędu górniczego), Wyższy Urząd Górniczy w Katowicach oraz Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego. Polega on na wymianie doświadczeń w zakresie komunikowania się dużych i małych zakładów górniczych z lokalnymi samorządami, poznawaniu wzajemnych problemów na linii przedsiębiorca – administracja państwowa i rozwijaniu dobrych praktyk w ich rozwiązywaniu. Postawiono na umiejętność prowadzenia dialogu z lokalnymi społecznościami. I w tej dziedzinie – jak się okazuje – strona polska ma więcej doświadczeń. Może też pochwalić się sukcesem. Dla przykładu w kwestii uruchomienia złoża Ościsłowo miejscowi mówili wręcz jednym głosem – „tak” dla wydobycia!
– Na pewno mamy zgodę lokalnej społeczności na uruchomienie kopalni. Ludzie są przekonani, że pobudzi to gospodarkę, zapewni miejsca pracy i rozwój regionu – potwierdza prof. Zbigniew Kasztelewicz z Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie, ekspert w zakresie górnictwa węgla brunatnego.
Z kolei podczas lipcowej demonstracji ekologów na odkrywce Tomisławice miejscowi wręcz otwarcie wypowiadali swoje odmienne opinie w stosunku do protestujących ekologów:
– Chcą zamknięcia kopalni, a skąd weźmiemy prąd w gniazdkach? – komentowali wydarzenie.
Lokalne społeczności w Niemczech również węgla się nie wstydzą. Coraz śmielej występują przeciw ekologom. Niemiecki koncern RWE i jednocześnie jeden z największych dostawców energii w Europie, złożył w ub.r. wniosek o powiększenie kopalni odkrywkowej w Hambach. Wraz z sąsiednią, w Garzweiler, produkuje ona surowiec dla dwóch lokalnych elektrowni o mocy siedmiu gigawatów. Dzięki surowcowi z Hambach energię elektryczną uzyskuje ok. 8 mln gospodarstw domowych, 4600 osób utrzymuje się z pracy w górnictwie, a 10 tys. w sektorach związanych z wydobyciem i obróbką surowca.
– Kopalni nie oddamy, nawet za cenę hektarów lasu, które trzeba będzie wyciąć pod kolejne złoża – deklarowali przed rokiem mieszkańcy regionu.
W 2018 r. 35,2 proc. prądu w Niemczech pochodziło z OZE i tym samym odsetek ten zrównał się z produkcją z węgla kamiennego i brunatnego. Zieloni domagają się zamknięcia odkrywek do 2030 r. Eksperci z Saksonii już uznali ten termin za nierealny, a Michael Kretschmer, premier landu, wskazuje dopiero 2045 r. jako ten, w którym wydobycie węgla brunatnego wyraźnie spadnie.
Kajetan Berezowski
Publicysta tygodnia Trybuna Górnicza
i portalu netTG.pl Gospodarka i Ludzie
Niemcy dali przykład, czy w Polsce z niego skorzystamy i za czyje pieniądze?
Koniec wydobycia to zwykle początek kłopotów z zagospodarowaniem tego, co zostaje po kopalni. A zostają budynki, infrastruktura techniczna, często mniej lub bardziej zdegradowane grunty.
Niestety ich rewitalizacja (mimo paru spektakularnych przykładów) nie postępuje ani tak szybko, ani w takiej skali jakiej byśmy oczekiwali. Stąd właśnie pomysł utworzenia, na wzór niemiecki, specjalnej spółki, wyposażonej w odpowiedni budżet, która miałaby skupywać, profesjonalnie rewitalizować i przygotowywać pod inwestycje pogórnicze tereny. Wdrożenie takiego rozwiązania proponuje Państwowy Instytut Geologiczny i śląsko-dąbrowska Solidarność.
Tysiące hektarów stracone dla świata?
Lektura kwietniowego raportu Najwyższej Izby Kontroli, który poświęcony został górniczym hałdom, zdecydowanie nie nastraja optymizmem. Izba wytknęła, że tylko 2,2 proc. odpadów pogórniczych zagospodarowane jest do celów innych niż wieczyste składowanie. I mimo że liczba hałd sukcesywnie maleje, to i tak w całym województwie śląskim NIK doliczył się ich 138, a w skali Polski łączna powierzchnia 153 takich obiektów przekracza 11,3 tys. hektarów. To więcej aniżeli np. cały Bytom i Piekary Śląskie razem wzięte. Izba zwróciła uwagę, że tereny, na których składowane są odpady wydobywcze, są praktycznie wyłączone z wykorzystania społeczno-gospodarczego, narażając jednocześnie osoby mieszkające w sąsiedztwie na zatrucie wód podziemnych przez odcieki z hałd, zapylenie i dzikie pożary.
W raporcie oberwało się też inspekcji ochrony środowiska i władzom samorządowym, którym NIK zarzucił, że nie dość skrupulatnie kontrolowali te składowiska, co mogło zachęcać nieuczciwych przedsiębiorców do lokowania na nich różnego rodzaju odpadów, także tych niebezpiecznych. To ostatnie pewnie nikogo nie zaskoczyło. Media nie raz donosiły o przykładach wykorzystywania pogórniczych hałd jako swoistych kolektorów na różnego rodzaju odpady, nie mające z branżą wydobywczą nic wspólnego.
Na samych hałdach się jednak problem nie kończy. W spadku po znikających z mapy Śląska „grubach” Spółka Restrukturyzacji Kopalń oraz tutejsze samorządy dostają zabudowania, szyby, bocznice kolejowe i różnego rodzaju pozostałości zakładowej infrastruktury. I niekoniecznie mają pomysł, co z tą schedą zrobić. Nie wszędzie starcza wizji, determinacji i funduszy, by stworzyć coś na miarę katowickiej Strefy Kultury, czy zabrzańskiego Guido. Ów stan tymczasowości często wykorzystują prywatne firmy, choć niekoniecznie w taki sposób, jakiego życzyły by sobie lokalne społeczności. W celach spekulatywnych skupują do swoich banków ziemi pokopalniane grunty, zupełnie nie zajmując się ich rewitalizacją.
Receptę wymyślono dawno w Niemczech
– Problem w dużej mierze tkwi w rozproszeniu odpowiedzialności i finansowania – stwierdził Adam Gorszanów, pełnomocnik dyrektora Państwowego Instytutu Geologicznego ds. komercjalizacji usług i współpracy z przemysłem podczas posiedzenia sejmowej komisji do spraw Unii Europejskiej, która z początkiem maja obradowała w zabrzańskiej kopalni Guido. Jak ocenił, skuteczność działań rewitalizacyjnych byłaby znacznie większa, gdyby istniał koordynator, który realizowałby to zadanie w imieniu samorządów. I właśnie o stworzenie takiego koordynatora zabiegać chce PIG wspólnie ze śląsko-dąbrowską Solidarnością. Związkowcy zgłaszali ten postulat jeszcze w czasie prac komitetu sterującego Programu dla Śląska. Teraz pomysłem udało się zainteresować sejmową komisję do spraw Unii Europejskiej, która ma złożyć do rządu dezyderat w tej sprawie.
– Obecnie pewną trudnością jest koordynacja tych działań rewitalizacyjnych. Potrzeba operatora, który pchnie procesy rewitalizacyjne na ścieżkę szybkiego działania – podkreślała ówczesna przewodnicząca Komisji (a obecnie eurodeputowana) Izabela Kloc.
Inicjatorzy pomysłu proponują, aby koordynatorem prowadzonej na terenach pogórniczych rewitalizacji stał się specjalny operator, powołany z udziałem władz wojewódzkich, skarbu państwa, Spółki Restrukturyzacji Kopalń oraz Katowickiej Specjalnej Strefy Ekonomicznej (podkreślają przy tym, że o powołaniu takiego regionalnego operatora warto pomyśleć nie tylko na Górnym Śląsku, ale też w województwie dolnośląskim, czy łódzkim). Jako przykład, na którym można by się wzorować, wskazują rozwiązania wdrożone na terenie Zagłębia Ruhry. Ten region Niemiec, po zakończeniu działalności przez sektor wydobywczy w końcu XX wieku, stanął przed identycznym problemem, z jakim obecnie mierzy się Górny Śląsk: co zrobić z olbrzymią ilością zdegradowanych terenów i nieczynną infrastrukturą poprzemysłową?
– Stwierdzono, że samorządy nie są w stanie same sobie z tym poradzić i na poziomie landu zdecydowano o ustanowieniu polityki regionalnej – mówił podczas obrad sejmowej komisji Adam Gorszanów. W tym celu – jak tłumaczył – na przełomie lat 70. i 80. XX wieku powstał fundusz nieruchomości Ruhry, którego powiernikiem jest obecnie NWR Urban, spółka ze 100-procentowym kapitałem landu Nadrenii-Północnej Westfalii. Ona to w imieniu samorządów przeprowadza prace rekultywacyjne, często wspierając w tym te samorządy, które z różnych przyczyn są niewydolne organizacyjnie lub finansowo.
– Jest to spółka non-profit. Jej zadaniem jest kupić ziemię, zrekultywować ją i w porozumieniu z samorządem lokalnym zagospodarować. Bardzo często jest ona też inwestorem zastępczym – wyjaśniał Gorszanów. – Jak poinformował fundusz, za otrzymane do dyspozycji pół miliona marek kupił ok. 2 tys. hektarów, które następnie poddano rekultywacji i sprzedano pod konkretne inwestycje mieszkaniowe lub gospodarcze.
Jak zastrzegł, dokładne przeniesienie niemieckiego modelu na polski wzór nie jest możliwe ze względu na inną strukturę finansowania i budżetowania, która powoduje, że samorząd województwa nie jest w stanie samodzielnie u nas takiej polityki prowadzić (w Niemczech landy są niemal takim samym beneficjentem danin podatkowych jak państwo), lecz jego generalne założenia (cel oraz zaangażowanie władz i środków publicznych) – jak najbardziej. Skorzystaliby na tym wszyscy – zarówno skarb państwa i samorządy, dla których dziś poprzemysłowe tereny są kamieniem u nogi, jak też KSSE, która z kolei potrzebuje terenów pod inwestycje.
Bywał kołem zamachowym rozwoju
– Systemowe rozwiązanie kwestii rekultywacji i rewitalizacji terenów poprzemysłowych w wielu krajach Unii stało się kołem zamachowym rozwoju i dobrze by było, żeby stało się również na Śląsku – stwierdził Gorszanów.
Do sprawy trzeba przekonać Brukselę. Pomysłu jej jednak nie oddać. Samo powołanie spółki bez „uzbrojenia” jej w odpowiedni zakres uprawnień powodzenia rzecz jasna nie przyniesie. Stąd inicjatorzy przedsięwzięcia postulują, by poprzez podniesienie tematyki rewitalizacji i rekultywacji do rangi priorytetowego programu regionalnego, powiązać je unijnymi funduszami pomocowymi. Jak przekonują, problematyka ta idealnie wpisuje się we wszystkie projekty rozwojowe: od programów lokalnych i strategii Województwo 2020+ począwszy, przez rządowy Program dla Śląska aż po programy unijne.
– Rewitalizacja to jest jedno z największych wyzwań w polityce miejskiej. Każda ciekawa inicjatywa, która może wspomóc proces rewitalizacji, jest przez nas bardzo mile widziana – zapewniał podczas zabrzańskiego posiedzenia sejmowej komisji do spraw Unii Europejskiej Jerzy Kwieciński, minister inwestycji i rozwoju. Przyznał jednak, że aktualnie inicjatywa wsparcia regionów górniczych nie posiada żadnych specjalnych środków, a ewentualne stworzenie w nowym unijnym budżecie (na lata 2021–2027) specjalnej „koperty” na ten cel nadal pozostaje jedynie pomysłem, gdyż w przedstawionej przez Komisję Europejską propozycji nowego budżetu takiego rozwiązania nie przewidziano. Zapewnił równocześnie, że Polska wspólnie z innymi krajami Wspólnoty, które mierzą się z podobnymi wyzwaniami (m.in. z Niemcami), zabiega o to, by ten stan rzeczy zmienić.
– Wspólnie staramy się o to, by na nową perspektywę finansową dla tych regionów przeznaczone były specjalne środki. Bardzo nam zależy, aby ta inicjatywa miała jak największy budżet, ale również, żeby jej realizacja była jak najbliżej regionów, żeby była wbudowana w politykę spójności, niekoniecznie natomiast prowadzona była z pozycji Komisji Europejskiej, sterowana w ten sposób z Brukseli – tłumaczył minister Kwieciński.
Pomysł powołania operatora odpowiedzialnego za rewitalizację terenów poprzemysłowych zdecydowanie poparli lokalni samorządowcy. Przyznają, że przywrócenie tych obszarów do „obiegu społeczno-gospodarczego” stanowi jedno z ważniejszych, a przy tym wciąż nierozwiązanych wyzwań regionalnych, a sam problem osłabia konkurencyjność gospodarczą i negatywnie wpływa na aspekty środowiskowe, krajobrazowe oraz estetyczne miast i gmin.
Samorządowcy wskazują pewne warunki
„Podkreślić należy także, że dotychczasowe doświadczenia wielu gmin województwa śląskiego (…) wskazują, że na zdegradowanych, nieużytkowanych gospodarczo obszarach poprzemysłowych coraz częściej dochodzi do nielegalnego składowania odpadów, w tym odpadów niebezpiecznych, tworzących realne zagrożenie dla zdrowia i życia mieszkańców” – czytamy w stanowisku, jakie z początkiem czerwca przyjęło zgromadzenie ogólne Śląskiego Związku Gmin i Powiatów.
Sygnatariusze tego dokumentu apelują o zwrócenie uwagi na dobre praktyki związane z działalnością takich właśnie operatorów w Niemczech i Belgii, aczkolwiek wskazują również na pewne „warunki minimalne skuteczności funkcjonowania takiego podmiotu w realiach województwa śląskiego”. W tym kontekście wymieniają m.in. dysponowanie wielodyscyplinarnym zespołem specjalistów, umiejętność realizacji przedsięwzięć o charakterze rynkowym, zdolność do współpracy z przedsiębiorstwami, ale też z podmiotami sektora publicznego (zwłaszcza z samorządami), umiejętność montażu różnych środków finansowych oraz otwartość na rozszerzenie swego funkcjonowania i transferu know-how na obszary borykające się z podobnymi problemami, a leżące poza województwem śląskim.
Samorządowcy podkreślają, że efektywne zagospodarowanie terenów zdegradowanych przez przemysł leży przede wszystkim w gestii podmiotów sektora publicznego, które powinny uzgadniać kierunki i charakter rewitalizacji tych gruntów z przedstawicielami sektora społecznego i gospodarczego. Z tego zaś wyciągają konkretny postulat dotyczący wyboru ewentualnego operatora.
„Ze względu na fundamentalne znaczenie interesu publicznego, przy jednoczesnej potrzebie włączenia podmiotów gospodarczych do procesów recyklingu i rewitalizacji przynajmniej części obszarów zdegradowanych, ewentualne powierzenie instytucji operatora istniejącym obecnie instytucjom o charakterze typowo badawczym obciążone byłoby naszym zdaniem istotnym ryzykiem” – stwierdza w swym stanowisku Śląski Związek Gmin i Powiatów.
Michał Wroński
Dziennikarz w PortalSamorzadowy.pl
Międzynarodowa Agencja Energii prognozuje, że węgiel nadal będzie odgrywał znaczącą rolę w światowej energetyce.
W Unii Europejskiej toczy się dyskusja o gospodarce zeroemisyjnej, a w tym samym czasie zużycie węgla na świecie rośnie. Rok 2018 był drugim z rzędu, kiedy światowe zapotrzebowanie na węgiel było wyższe. Węgiel wciąż pozostaje największym źródłem energii elektrycznej na świecie.
Z wyliczeń Międzynarodowej Agencji Energii wynika, że globalny popyt na węgiel w 2018 r. wzrósł o 0,7 proc., czyli o 40 mln t. Kontynuowany był proces przesunięcia głównego zapotrzebowania na paliwo do Azji. Wzrost popytu miał miejsce np. w Chinach, Indiach oraz kilku państwach południowej i południowo-wschodniej Azji takich jak Indonezja, Wietnam, Filipiny i Malezja. Był on spowodowany zwiększonym zapotrzebowaniem na energię elektryczną.
W UE zapotrzebowanie spada
W Europie i Stanach Zjednoczonych w 2018 r. MAE notuje z kolei spadki zapotrzebowania na węgiel. Na Starym Kontynencie jest wypierany przez politykę środowiskową i odnawialne źródła energii. Zapotrzebowanie na niego spadło o 2,6 proc. W Niemczech w ub.r. po raz pierwszy w historii wyprodukowano więcej energii elektrycznej w źródłach odnawialnych niż w elektrowniach węglowych. W tym samym roku za Odrą zamknięto ostatnie kopalnie węgla kamiennego. We wszystkich głównych krajach europejskich – zwłaszcza we Francji, Hiszpanii, Włoszech i Wielkiej Brytanii – zużycie węgla spadło, głównie w skutek wyższej produkcji w odnawialnych źródłach.
Stary Kontynent wciąż jest jednak liczącym się graczem na rynku węgla. Z informacji EURACOAL wynika, że import węgla do Europy w 2018 r. wyniósł 166 mln t, rok wcześniej było to 173 mln t. Największymi importerami były Niemcy (44,5 mln t), Polska (19,7 mln t), Hiszpania (15,7 mln t), Włochy (14,1 mln t) oraz Francja (13,4 mln t).
Azja węglem stoi
W Chinach zużycie węgla wzrosło w 2018 r. o 1 proc. Silny wzrost w sektorze energetycznym został częściowo skompensowany spadkiem w sektorach mieszkaniowym i przemysłowym. MAE zwraca uwagę, że pomimo szybkiego rozwoju niewęglowych źródeł energii elektrycznej, zwłaszcza odnawialnych, produkcja energii z węgla wzrosła o 5,3 proc., co było odpowiedzią na silny wzrost popytu na energię w Chinach. Natomiast zużycie węgla w sektorach mieszkaniowym i przemysłowym gwałtownie spada, ponieważ węgiel jest zastępowany przez gaz i energię elektryczną, częściowo dzięki polityce rządowej mającej na celu ograniczenie zanieczyszczenia powietrza.
Wzrost gospodarczy Indii o 7 proc., najwyższy wśród dużych gospodarek, pociągnął za sobą silny wzrost popytu w tym kraju na węgiel, wykorzystywany zwłaszcza do wytwarzania energii elektrycznej i produkcji stali. Indie wyprzedziły Japonię w wielkości produkcji stali, wciąż większym producentem są jednak Chiny. Nowe źródła fotowoltaiczne i wiatrowe pokrywały w ok. jednej trzeciej wzrost popytu na energię, reszta została pokryta przez energię produkowaną z węgla. W rezultacie popyt na węgiel w 2018 r. w Indiach wzrósł o ok. 5 proc.
Również w Azji Południowo-Wschodniej znacznie wzrosło zużycie węgla, jak np. w Indonezji, Wietnamie, na Filipinach i Malezji i też z powodu z większego zużycia energii elektrycznej. MAE podkreśla, że ten obszar Azji był jedynym regionem, gdzie udział węgla w miksie energetycznym wzrósł w 2018 r. W Japonii i Korei Południowej popyt na węgiel zanotował niewielki spadek.
Rewolucja łupkowa wypiera
MAE informuje, że w Stanach Zjednoczonych trwa odwrót od węgla. Dzieje się to pomimo wsparcia obecnej administracji dla branży węglowej i wzrostu zapotrzebowania na energię elektryczną. Głównymi czynnikami doprowadzającymi do zmniejszenia się roli węgla są dostępność taniego gazu ziemnego, rozwój odnawialnych źródeł energii i starzenie się elektrowni węglowych. W 2018 r. w Stanach Zjednoczonych zużycie węgla spadło o ponad 4 proc., podczas gdy popyt na gaz wzrósł o ponad 10 proc., pomimo wzrostu średnich ceny gazu w 2018 r. w porównaniu z rokiem 2017. Stało się tak pierwszy raz od momentu rozpoczęcia łupkowej rewolucji, kiedy gaz ziemny wypiera węgiel pomimo wzrostu cen gazu.
W ub.r. zmniejszone zostały zdolności wydobywcze węgla w USA. Obecnie jego zużycie spadło do takich poziomów, jak w połowie lat 70. XX wieku. Udział węgla w produkcji energii elektrycznej spadł poniżej 29 proc., co jest najniższym wskaźnikiem w historii.
Dobre perspektywy
Z danych MEA wynika, że z węgla produkuje się obecnie 38 proc. energii elektrycznej na świecie, dodatkowo jest on używany w takich branżach jak hutnictwo. Agencja prognozuje, że węgiel nadal będzie odgrywał znaczącą rolę w przyszłości.
Oczywiście, na świecie nadal rozwijać się będą różnego rodzaju odnawialne źródła energii, przede wszystkim energetyka wiatrowa i fotowoltaika. W wielu krajach będą one jednak tylko uzupełnieniem energetyki konwencjonalnej, w tym węglowej lub jądrowej. Nikt nie stoi przed wyborem, czy decydować się na źródła konwencjonalne czy odnawialne – one mogą się uzupełniać.
Dariusz Ciepiela
Autor jest dziennikarzem portalu wnp.pl
i magazynu Nowy Przemysł