Brak informacji.
Rozbrajanie „bomb”
Województwo śląskie od dawien dawna należało do najbardziej uprzemysłowionych obszarów Polski, jak również Europy. Górnictwo węgla kamiennego, hutnictwo żelaza i stali oraz energetyka zawsze stanowiły filary rodzimej gospodarki. Niestety, równocześnie te gałęzie przemysłu należą do głównych producentów odpadów szkodliwych dla środowiska naturalnego.
Gabriela Lenartowicz, prezes Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach zawsze podkreśla, że stan środowiska w naszym regionie, w stosunku do lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych ubiegłego wieku jest nieporównywalnie lepszy. Podobnie jak wzrasta świadomość proekologiczna wśród mieszkańców regionu, władz lokalnych, samorządowców oraz liderów gospodarki. Zaś sama ekologia, kojarzona kiedyś jedynie z działalnością „Organizacji Zielonych” uzyskała status osobnej dziedziny gospodarki. W ostatnich latach odnotowano duży postęp, przede wszystkim, w zakresie emisji szkodliwych substancji do środowiska, zwłaszcza do powietrza. O żadnym miejscu w regionie, gdzie żyją ludzie, nie można już dzisiaj powiedzieć, że panuje tam stan klęski ekologicznej. A tak było jeszcze dwadzieścia, trzydzieści lat temu, np. w Tarnowskich Górach czy Katowicach-Szopienicach.
Prezes Lenartowicz informuje, że zostały do usunięcia zaległości poprzemysłowe w postaci nieczynnych już składowisk odpadów niebezpiecznych, będących zaszłościami sprzed obowiązujących aktualnie przepisów środowiskowych. Przystąpienie Polski do Unii Europejskiej wiąże się bowiem z wprowadzeniem unijnych dyrektyw w zakresie ochrony przyrody do polskiego prawa. Bomby ekologiczne, które wymienia raport Wojewódzkiego Inspektora Ochrony Środowiska ciągle jeszcze „tykają”. W dokumencie tym wymienionych jest sześć takich miejsc: składowisko szlamów cynkowych po hucie „Szopienice”, centralne składowisko ‘Rudna góra” przy „Organice Azot” w Jaworznie , tak zwane doły kwasowe w Czechowicach –Dziedzicach, ruiny zakładów „IZOLACJA” wraz z terenami składowiska odpadów azbestowych w Ogrodzieńcu oraz zwałowisko odpadów niebezpiecznych po Zakładach Chemicznych w Tarnowskich Górach. Raport ten został przygotowany na podstawie tego samego kryterium, które stosowano podczas tworzenia, w latach osiemdziesiątych, listy największych trucicieli. Niestety, lista zagrożeń nie jest zamknięta. Co jakiś czas odkrywane są np. mogilniki, w których kiedyś składowano pestycydy, ale nie stwarzają one zagrożeń o wielkiej skali, bowiem usuwane są na bieżąco. Natomiast tym, co wyróżnia nas na minus od reszty kraju, jest poprzemysłowa skala degradacji krajobrazu na dużych obszarach. Rozwiązanie tego problemu nie wzbudza jednak należytego zainteresowania.
Rozbrajanie „bomb ekologicznych” powinno być, w interesie mieszkańców województwa śląskiego, priorytetowym obowiązkiem wszystkich, którzy mają możliwości to uczynić. Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej finansuje wiele przedsięwzięć z tej dziedziny. Także społeczną misją mediów jest wspieranie wszelkich inicjatyw służących poprawie stanu środowiska w regionie. Misji tej służyła wspólna akcja „Polski Dziennika Zachodniego” i WFOŚiGW. Celem akcji było zwrócenie uwagi publicznej na, ciągle nierozwiązany problem, składowania odpadów poprzemysłowych województwie śląskim, a także podjęcie konkretnych działań zmierzających do ostatecznego wyeliminowania tych zagrożeń.
Wszelkie przedsięwzięcia Funduszu, władz samorządowych i gremiów wspierających działania na rzecz ochrony środowiska zmierzają do neutralizacji najgroźniejszych „bomb ekologicznych” w regionie. Zawierają one różnego rodzaju chemikalia, azbest oraz odpady ropopochodne. W sumie znajduje się tam ponad 1,342 miliona ton niebezpiecznych substancji, grożących skażeniem gleby, powietrza, w przede wszystkim wody.
Najtrudniejsza sytuacja, jeśli idzie czas i skalę oddziaływania, miała miejsce w Tarnowskich Górach. Na tamtejszym składowisku znajduje się cała tablica Mendelejewa. Sytuację komplikuje dodatkowo fakt, że składowisko leży w bezpośrednim sąsiedztwie dużego zbiornika wód podziemnych, stanowiących rezerwuar wody pitnej, głębinowej dla Górnego Śląska. Każda zmiana stosunków wodnych może spowodować jego zagrożenie. Mniejszym złem okazało się zamkniecie odpadów swoistym sarkofagu, bowiem ich wydobycie mogłoby okazać się rozwiązaniem jeszcze bardziej niebezpiecznym. Na pierwszym etapie zrekultywowano powierzchnię 15,5 ha, czyli 28 procent terenu Skarbu Państwa, przekazanego w zarząd staroście tarnogórskiego. Pozostała cześć odpadów ( według szacunków Funduszu licząca 607,7 tysiąca metrów sześciennych), znajduje się na terenie, którego część Agencja Mienia Wojskowego sprzedała osobom prywatnym. Zniweczona został szansa rozbrajania tej „bomby” ze środków Funduszu Spójności. Właśnie z uwagi na to, że ze środków publicznych, w tym europejskich, niemożliwe jest sfinansowanie tej inwestycji. Projekt nie trafił do Brukseli, a prywatni właściciele nie są zainteresowani rewitalizacją na własny koszt. W 2006 r. obliczono, że w całości inwestycja proekologiczna w Tarnowskich Górach będzie kosztowało ponad 300 mln złotych.
Najważniejszy etap tego przedsięwzięci a został zakończony. 6 października br. odbyło się spotkanie, w Starostwie Powiatowym w Tarnowskich Górach, z wiceministrem środowiska Bernardem Błaszczykiem ekologów, działaczy samorządowych i parlamentarzystów ziemi tarnogórskiej oraz licznie przybyłych dziennikarzy regionalnych mediów. Podsumowano zakończenie najważniejszego etapu unieszkodliwienia jednej z największych w Polsce ekologicznych bomb po Zakładach Chemicznych w Tarnowskich Górach.
Do tej pory, po 16 latach prac, zlikwidowano ponad 72 tys. metrów sześciennych niebezpiecznych odpadów. To 60 procent wszystkich trucizn znajdujących się na składowisku po zlikwidowanej chemicznej fabryce. Kosztowało to ponad 10 mln złotych. Środki pochodziły z Narodowego i Wojewódzkiego Funduszu Ochrony Środowiska. W sumie WFOŚiGW w Katowicach na całą inwestycję związaną z likwidacją Zakładów Chemicznych przekazał do tej pory około 60 mln zł. Wciąż jednak istnieje niebezpieczeństwo skażenia znajdującego się na tym terenie największego w regionie zbiornika wód podziemnych. Na zwałowiskach znajduje się jeszcze ok. 400 tys. niebezpiecznych środków, w tym blisko 300 tys. na terenach należących do osób prywatnych.
Wicestarosta tarnogórski Andrzej Pilot zapewniając, że dla władz powiatu zlikwidowanie tej bomby jest sprawą pierwszoplanową, powiedział, że dopóki w ziemi znajduje się jeden metr sześcienny trucizn, mieszkańcy nie mogą czuć się bezpiecznie. Zadeklarował więc podjęcie przez starostwo konkretnych działań prawnych i organizacyjnych zmierzających do zlikwidowania w najbliższych latach tego ekologicznego problemu. Pieniędzy na pewno na ten cel nie zabraknie – mówiła na spotkaniu prezes Gabriela Lenartowicz. Wielokrotnie, zarówno Narodowy jak i Wojewódzki Fundusz, deklarowały sfinansowanie tego przedsięwzięcia. Tak będzie i teraz, pod warunkiem jednak rozwiązania kwestii właścicielskich terenów, których część jest we władaniu osób prywatnych, uniemożliwiając tym samym wykorzystanie publicznych pieniędzy na dokończenie inwestycji. To problem, bowiem osoby te domagają się wykupu ich ziemi po cenie 100-krotnie większej niż wynosiła w dniu zakupu. Od kilku lat w ten sposób skutecznie blokują całkowite rozbrojenie tej bomby ekologicznej. Poinformowany o tym wiceminister środowiska Bernard Błaszczyk ostro zareagował, nazywając to, co dzieje się w Tarnowskich Górach skandalem bezradności ekologicznej wszystkich instytucji zajmujących się zlikwidowaniem tego zagrożenia dla środowiska. Obowiązkiem właściciela gruntu jest przecież zlikwidowanie znajdujących się na nim odpadów. I trzeba to wyegzekwować – powiedział minister Błaszczyk. Tym bardziej, że czas działa na niekorzyść.
Jak ujawniła na tarnogórskiej naradzie Anna Wrześniak, Wojewódzki Inspektor Ochrony Środowiska, wciąż istnieje tam realne i poważne zagrożenie dla środowiska. Dane z prowadzonego na tym terenie monitoringu są alarmujące. Każdego roku do gleby i wód trafia bowiem ok.40 ton trujących chemikaliów.
Za niewątpliwy sukces należy uznać wielką kampanię edukacyjną pod hasłem „Życie po śmieciach”, której efekt przedstawiono 5 października br. podczas debaty samorządowej w Wyższej Szkole Technicznej w Katowicach. Dofinansowane przez Wojewódzki Fundusz Ochrony Środowiska i Gospodarki Wodnej w Katowicach wspólne przedsięwzięcie redakcji Dziennika Zachodniego, Fundacji Edukacja Bez Granic i Telewizji TVS było największą tego typu w kraju akcją edukacyjno-społeczną.
Jej celem było zwrócenie uwagi mieszkańcom regionu na konieczność walki z dzikimi wysypiskami śmieci i uporządkowanie naszej gospodarki odpadami na wzór rozwiązań nowoczesnych, stosowanych w innych europejskich krajach. Akcja miał wyzwolić dyskurs publiczny n tematy związane z problemem gospodarki odpadami w całym województwie śląskim a także akceptację społeczną dla działań proekologicznych opartych na nowych technologiach oraz rozwiązań prawnych i ustawodawczych. Z ponad tysiąca przeprowadzonych socjologicznych ankiet 54% respondentów uważa, że za uporządkowanie gospodarki śmieciowej powinni płacić mieszkańcy, zaś 40%, że gminy. Z problemem dzikich wysypisk zmaga się 89% ankietowanych, a73% ma świadomość, że palenie śmieci w domowych piecach szkodzi środowisku. Ankietowani za najmniej szkodliwą metodę pozbywania się śmieci uznali kompostownię (48%), n drugim miejscu stawiając spalarnię (46%), jednak sama zgoda na jej budowę w najbliższej gminie nie była tak oczywista.
W czasie trwanie kampanii, w regionalnych mediach opublikowano dziesiątki artykułów i programów dotyczących budowania świadomości i odpowiedzialności społecznej za posprzątanie naszych gmin. W trakcie dziewięciu miesięcy przeprowadzono wiele imprez związanych z akcją „Życie po śmieciach”. Odbyły się happeningi uliczne na rzecz nowej ustawy śmieciowej regulującej prawo gminnych samorządów do zarządzania śmieciami, zorganizowano konkursy dla widzów i czytelników popularyzujących konieczność dbania o czysty i posprzątany region. Udało się stworzyć jedyną w Polsce interaktywną internetową mapę dzikich wysypisk. Dzięki niej mieszkańcy mogli precyzyjnie wskazywać miejsca, gdzie tworzyły się dzikie wysypiska się śmieci. Na mapę wpisane zostało aż 145 takich punktów.
Serwis internetowy odwiedziło około 25 000 osób. Internauci zgłosili aż 480 problematycznych miejsc wysyłając ponad 8000 zdjęć. Dziennikarskie patrole kontrolowały dzikie wysypiska i opisywały ich likwidację.
Według prezes Gabrieli Lenartowicz kampania przyczyniła się do wyzwolenia prawdziwej społecznej mobilizacji mieszkańców regionu zainteresowanych czystymi oraz posprzątanymi ulicami i lasami bez śmieci. Nie byłoby to możliwe – mówiła prezes Lenartowicz – bez dziennikarzy, którzy włączyli się do akcji oraz wyszli poza swą zwyczajową rolę obserwatorów bieżących wydarzeń i podjęli misję uspołecznienia ekologii.
-To świetnie, że „Życie po śmieciach” stało się gigantyczną konsultacją społeczną dla nowoczesnej ustawy śmieciowej – powiedziała w Katowicach Elżbieta Bieńkowska minister rozwoju regionalnego. Okazało się, że bez tego rodzaju inicjatyw i szerokich akcji edukacyjnych nie sposób rozsądnie wydawać unijne pieniądze na poprawę jakości naszego życia. Dlatego to, co wydarzyło się w województwie śląskim w sprawie edukacji społecznej wokół śmieci, może z powodzeniem być wzorem dla innych części kraju – oświadczyła minister Bieńkowska.
Przyjęta ustawa, która wejdzie w życie za 18 miesięcy spowoduje, że więcej odpadów z naszych domostw będzie trafiać do wtórnego wykorzystania ,a mniej na wysypiska śmieci. –Nowe przepisy sprawią, że z lasów i parków znikną dzikie wysypiska. Płacąc za odbiór odpadów nikomu nie będzie się już ich opłacało pozbywać w sposób nielegalny – podkreślał minister Błaszczyk.
Senator Leszek Piechota, który w Senacie był sprawozdawcą nowego prawa śmieciowego przyznał, że i jego zaskoczyła oraz bardzo ucieszyła go tak duża aktywność w tej sprawie mieszkańców województwa śląskiego. –Świetnie byłoby, aby teraz – stwierdził – nie zmarnować okazji do kontynuowania i rozwijania tak ważnych dziś proekologicznych postaw ludzi. Zresztą w kuluarach spotkania z okazji finału kampanii, często mówiono, a nawet deklarowano konieczność kontynuowania idei akcji „Życie po śmieciach”.

Akcja „Życie po śmieciach” będzie kontynuowana
|
Oprac: Mira Borkiewicz |
A może pora na „oburzenie się”?
Świat wreszcie zareagował na nieudolność polityków i bezkarność banków, których chora chciwość doprowadza do coraz większych zagrożeń dla finansów i gospodarki światowej.
W Polsce – jak na razie – spokój. Mieliśmy wprawdzie pierwsze wyjście OBURZONYCH w Warszawie, ale społeczeństwo jeszcze nie ma świadomości, że mamy o jeden powodów więcej do „oburzania się”, a jest nim pakiet energetyczno-klimatyczny, szczególnie niszczycielski dla polskiej gospodarki.
Półprawdy polityków
Główny wyborczy spot partii rządzącej był rodzajem występu „trzech tenorów”, którzy twierdzili, że tylko oni zapewnią Polsce 300 mld zł z unijnej kasy. Jak każda reklama i ta była tylko półprawdą, bo do pełnego obrazu brakowało drugiej strony bilansu, czyli setek miliardów, które UE zgarnie z Polski z opłat za emisję CO2 (szacowanych na 100 mld zł do 2020) roku oraz ile zarobią na nas zachodnie firmy projektowe i wykonawcze, które mają nas uszczęśliwić budową elektrowni jądrowej (szacunkowy koszt określono na poziomie 100 mld zł). Jeśli dodać do tego inne daniny na rzecz UE oraz wkład własny naszego państwa do unijnego budżetu, bilans może okazać się zupełnie inny.
Oczywiście większość obywateli jeszcze nie ma świadomości jaki pasztet przygotowali nam politycy i mam nadzieję, że nie obudzimy się za późno. Aby jednak nie doszło do spełnienia się czarnego scenariusza proponuję uważne patrzenie na to, co nasi politycy robią w sprawie uwolnienia nas z absurdalnych pomysłów unijnych lobbystów energetyki jądrowej i własnych przemysłów OZE.
Stawką są miliardy EURO
W ocenie prawników Komisja Europejska balansuje na granicy prawa, gdyż jako organ władzy wykonawczej przejmuje uprawnienia organu prawodawczego; minister środowiska, prof. Andrzej Kraszewski stwierdził przed wyborami wręcz, że przekroczyła ona uprawnienia przy tworzeniu zasad formowania wskaźników emisyjności, zwanych benchmarkami, co było podstawą wniesienia przez Polskę skargi do Europejskiego Trybunału Sprawiedliwości.
Tyle, że procedowanie w ETS trwa około 2 lat, a uprawnienia do bezpłatnych emisji CO2 będą potrzebne naszej gospodarce już w 2013 roku.
Czy ktoś zastanawia się nad klinczem, który może powstać w wyniku odrzucenia naszego wniosku derogacyjnego przez KE, po którym wyrok ETS, nawet pozytywny dla Polski, może być wart tyle ile papier, na którym został zapisany? Czy mamy świadomość, że Komisja Europejska musi zatwierdzić zmiany wynikające z wyroku ETS, czyli wielkości przyznanych bezpłatnych uprawnień? Czy naprawdę musimy tańczyć w tym chocholim tańcu zafundowanym nam przez demagogów forsujących tak naprawdę jedynie swoje własne interesy, czyli interesy energetyki jądrowej i producentów technologii OZE?
Obydwa te przemysły stoją w obliczu poważnych problemów, bo po katastrofie w Fukushimie nikt przytomny nie zainwestuje prywatnych środków w elektrownię jądrową, a budowanie za pieniądze podatników (zwane państwowymi) też staje się coraz trudniejsze.
Podobne problemy ma europejski przemysł technologii OZE, solidnie dotowany i „przeskoczony” z tego powodu przez konkurencję chińską, która zalewa europejskie rynki produktami o połowę tańszymi.
Dlatego zasadne staje się pytanie; czy Polska ma łożyć na utrzymanie tych dwu przemysłów w UE?
Derogacje: przyznają – nie przyznają?
We wniosku derogacyjnym, który złożony został w Brukseli tuż przed 30 września, Polska wystąpiła o przyznanie naszym podmiotom gospodarczym, głównie energetyce, 405,5 mln bezpłatnych uprawnień do emisji, co odpowiada 405,5 mln ton CO2 – w okresie od 2013 do 2020 roku. Integralną częścią tego wniosku jest Krajowy Plan Inwestycyjny, w którym Polska zobowiązuje się do realizacji określonego pakietu inwestycji, głównie w sektorze energetycznym (ale nie tylko). Lista podmiotów objętych wnioskiem derogacyjnym zawiera prawdopodobnie 10 pozycji, ale została ona utajniona (wcześniejsze doniesienia mówiły o 1000 przedsiębiorstw zainteresowanych derogacjami).
Koszt inwestycji zaplanowanych w zamian za otrzymane uprawnienia do bezpłatnej emisji CO2 zamyka się kwotą 7,5 mld euro. Ich efektem rzeczowym maja być nowe moce produkcyjne energetyki konwencjonalnej na poziomie ponad 9,1 tys. MW.
Nasz wniosek proponuje również łagodną ścieżkę zmniejszania uprawnień do bezpłatnych emisji dla energetyki: w roku 2013 – około 77,9 mln ton , w 2016 roku – około 60,2 mln ton, a w ostatnim – 2019 roku – około 32,3 mln ton CO2.
W tym miejscu trzeba jednak dopowiedzieć, że wszystkie limity derogacyjne (które jak na razie są tylko naszym życzeniem) realizują od 45 do 53 procent zapotrzebowania energetyki, a to oznacza, że resztę uprawnień do emisji CO2, zakłady energetyczne będą musiały po prostu kupić. Tylko Polska Grupa Energetyczna szacuje, że w 2013 roku, za prawa do emisji CO2, może wydać o 1 mld zł więcej, niż przewidywano (w 2011 r. PGE na zakup uprawnień przeznaczy ok. 300 mln zł).
Instytut Kwiatkowskiego ocenia, że z powodu opłat za prawa do emisji CO2, energia elektryczna zdrożeje w roku 2013 z obecnych 195 zł do 340 zł za MWh. Są to wprawdzie szacunki, bo dzięki ostatniej przecenie uprawnień podwyżki mogą być jednak mniejsze, niemniej jest to prognoza na pierwszy rok obowiązywania nowych regulacji, a w każdym następnym cena energii będzie ciągle rosła.
Unia trzeźwieje
Na początku października pojawiły się jednak pierwsze pęknięcia na dogmatycznym betonie UE w sprawie celów redukcji emisji CO2.
Przecierałam oczy, gdy czytałam słowa pani Connie Hedegaard, komisarz ds. klimatu, która w przeddzień spotkania ministrów środowiska UE w Luksemburgu stwierdziła: –Jeśli tylko Europa zobowiąże się do przedłużenia Protokołu z Kioto, nie będzie to sukcesem konferencji klimatycznej w Durbanie.
Czy ktoś jeszcze wierzy w ten sukces? Oczywiście oprócz kilkunastu tysięcy „wycieczkowiczów” wędrujących co roku na konferencje klimatyczne organizowane w różnych ciekawych miejscach świata?
Pani komisarz zauważyła też (nareszcie), że Europa odpowiada jedynie za 11 proc. światowej emisji CO2 (czyli mniej niż twierdzono do tej pory)), a do największych „producentów” tego gazu należą USA, Chiny, Rosja, Indie i Japonia, które od lat mówią: NIE, bo zobowiązania redukcyjne zagrażają rozwojowi gospodarki.
Oczywiście to frustrujące dla nas wszystkich w Europie, że proces negocjacji jest tak wolny. Niektóre raporty pokazują, że jest pewien postęp, jednak nie powinniśmy się oszukiwać, Durban będzie bardzo skomplikowany. Jedyną rzeczą, która może uczynić sukces z Durbanu, jest osiągnięcie nowego postępu, który rzeczywiście obniży globalne emisje CO2. Potrzebujemy zaangażowania i zobowiązania pozostałych 89 procent.
Czy ktokolwiek z obserwatorów porażek ostatnich dwu Konferencji Klimatycznych ONZ ma jeszcze złudzenia „w sprawie zaangażowania i zobowiązania pozostałych 89 procent”? Czy nie nastał już czas najwyższy, aby zaoszczędzić podatnikom wszystkich krajów świata tej bezsensownej (i kosztownej) krzątaniny kilkudziesięciu tysięcy urzędników i działaczy organizacji proekologicznych, od kilkunastu lat zajmujących się sprawą, która jest przejawem arogancji człowieka XX wieku, próbującego wmówić ludzkości, że nasze działania mogą mieć wpływa na globalny klimat?
Czy ministrowie środowiska 27 państw UE, którzy spotkali się w Luksemburgu, aby uzgodnić wspólne stanowisko na 17. Konferencję Klimatyczną ONZ w Durbanie (RPA) mogą cokolwiek postanowić oprócz pustych wezwań i deklaracji, skoro już na początku czerwca wiadomo było, że nie ma szans na „post-Kioto”? Ogłosiła to Christiana Figueres, szefowa sekretariatu ONZ ds. klimatycznych, tuż przed czerwcowym spotkaniem klimatycznym Bonn.
Gry i zabawy urzędników
Eksperci wątpią, by w Durbanie doszło w do jakiegokolwiek wiążącego porozumienia, ale nic to, ministrowie środowiska UE i tak kilka miesięcy później, czyli w październiku, pojawiają się w Luksemburgu, aby „uzgodnić stanowisko”… Oczywiście w sprawie beznadziejnej, gdyż w tejże czerwcowej wypowiedzi głównej negocjatorki ONZ w sprawie zmian klimatycznych, padło stwierdzenie następujące: Nawet, jeśli uzgodnimy tekst prawny, to będzie on wymagał poprawek do Protokołu z Kioto i późniejszej ratyfikacji, więc zakładamy, że nie będzie na to czasu między konferencją w Durbanie a końcem 2012 r.
Dla porządku przypomnę, że Protokół z Kioto, narzucił limity emisji gazów cieplarnianych w latach 2008-12, a doroczne Konferencje Klimatyczne ONZ miały doprowadzić do przyjęcia bardziej radykalnych celów redukcyjnych na następne lata.
Wszyscy wiedzą, że zarówno USA jak i Chiny, odpowiedzialne za 41 proc. światowej emisji CO2 nie podjęły żadnych zobowiązań redukcyjnych i nawet ich nie planują, zwłaszcza w obliczu kryzysu światowego, natomiast w działaniach UE, szczególnie od czasu podpisania pakietu energetyczno – klimatycznego w grudniu 2008 roku, trudno doszukać się czegoś więcej niż dogmatycznego zabetonowania i jawnego lekceważenia racjonalnych argumentów przeciwników irracjonalnych działań UE, zmierzających – ponoć – do redukcji CO2.
Tym większe uznanie należy się pani komisarz za racjonalizm i trzeźwość jej oceny sytuacji, a także za fakt, że nareszcie usłyszeliśmy w tej kwestii „ludzki głos” z ust polityka…Trudno nie zgodzić się z panią komisarz, gdy mówi: Jaki jest sens podtrzymywania czegoś przy życiu, jeśli nikt potem za tym nie podąża?
Jest to wprawdzie konstatacja mocno spóźniona, ale na szczęście – powrót do świata realiów z krainy utopijnych pomysłów na zarządzanie globalnym klimatem.
Jeszcze jedna jaskółka
Zgadzam się z każdym słowem pani komisarz, tym bardziej, że nie był to jedyny przejaw jej racjonalizmu w ostatnim czasie, gdyż w piątek, 7 października przedstawiła swoje stanowisku w drugiej, żywotnej dla naszego kraju sprawie, jaką jest eksploatacja gazu łupkowego.
Otóż pani komisarz Connie Hedegaard oświadczyła, że nie jest skłonna popierać moratorium w sprawie gazu łupkowego na podstawie tego, co do tej pory słyszała. Myślę, że nie możemy na tak wczesnym etapie powiedzieć NIE pewnym technologiom. Musimy zadbać, by w miarę rozwoju technologii i rozpoznania niuansów zastosowania tej technologii w Europie, być gotowi z europejską legislacją. I będziemy gotowi- stwierdziła.
Jeśli ktoś sądzi, że przeceniam oba oświadczenia pani komisarz, to przypomnę, że jej wypowiedzi dotyczą – po pierwsze – całej naszej gospodarki, zagrożonej od 2013 roku radykalną podwyżką cen energii elektrycznej na skutek opłat za emisję CO2 oraz strategicznego paliwa jakim jest gaz łupkowy.
Kto jeszcze nie wie, ten powinien dobrze zapisać sobie w pamięci, że według amerykańskiej Agencja ds. Energii (EIA) Polska ma 5,3 bln m sześc. możliwego do eksploatacji gazu łupkowego, czyli najwięcej ze wszystkich państw europejskich. Raport przedstawiony w kwietniu br. ujawnił wyniki badań w 32 krajach. Jeśli prognozy okażą się prawdziwe wystarczy nam tego paliwa na 300 lat…
Mamy więc pierwsze słowa europejskiego polityka świadczące o trzeźwieniu i powrocie do racjonalnych ocen sytuacji gospodarczej świata, no i dostrzeżeniu kryzysu. W Polsce mamy za sobą wybory, a przed nami – resztki nadziei, że politycy zajmą się tym, co powierzyło im społeczeństwo, czyli sprawami żywotnie ważnymi dla naszego kraju. Jeśli zawiodą w tej fundamentalnej dla naszego bytu sprawie – pozostanie nam po prostu OBURZYĆ SIĘ. W pierwszej kolejności na Śląsku, gdyż tutaj „redukcyjne” uderzenie pakietu grozi zapaścią całej gospodarki regionu i ogromnym bezrobociem.
Eugenia Plucik
Miliard na zieloną energię
Jastrzębska Spółka Węglowa przygotowuje wiele inwestycji w wytwarzanie energii elektrycznej i ciepła. Duża część tych źródeł będzie wykorzystywała paliwa towarzyszące i odpadowe powstające w procesach wydobycia węgla oraz produkcji koksu, w tym metan z odmetanowania kopalń, gaz koksowniczy oraz paliwa niskokaloryczne powstające w procesie uzdatniania węgla. Spółka chce także spalać biomasę.
Do głównych celów Spółki Energetycznej Jastrzębie (SEJ) należy poprawa efektywności grupy kapitałowej JSW poprzez minimalizację kosztów energii wykorzystywanej przez kopalnie i koksownie. SEJ dostarcza do kopalń JSW energię elektryczną, ciepło, chłód oraz sprężone powietrze.
– Obecnie energetyka GK JSW pokrywa ok. 75 proc. zużywanej przez zakłady GK energii. Do końca 2015 roku GK JSW będzie samowystarczalna energetycznie a nadwyżki energii elektrycznej i ciepła lokowała będzie na rynku zewnętrznym. Głównymi paliwami wykorzystywanymi przez GK JSW do produkcji energii będą paliwa towarzyszące i odpadowe powstające w procesach wydobycia węgla oraz produkcji koksu – metan z odmetanowania kopalń, gaz koksowniczy oraz paliwa niskokaloryczne powstające w procesie uzdatniania węgla – informuje JSW.
Po 2015 roku GK JSW dysponowała będzie mocami wytwórczymi około 300 MWe.
Obecnie rozważany jest scenariusz, w którym obszar energetyki w Grupie może być znaczącym źródłem przychodów oraz pełnić rolę stabilizatora w okresach dekoniunktury na rynku węgla koksowego. Cel ten zostanie osiągnięty poprzez budowę dużych jednostek, o mocy ok. 400 – 800 MWe, opalanych węglem energetycznym wydobywanym przez kopalnie Grupy.
Zielony blok
Największe inwestycje energetyczne i środowiskowe Grupy planowane są w Spółce Energetycznej Jastrzębie oraz Koksowni Przyjaźń. W najbliższym czasie zakończone zostaną prace związane z pakietem inwestycji energetycznych w Zabrzańskim Kombinacie Koksochemicznym. Szacunkowe nakłady inwestycyjne do 2015 roku na projekty energetyczne znacząco przekroczą 1 miliard złotych.
Do głównych projektów energetycznych realizowanych w Spółce Energetycznej Jastrzębie, należy budowa bloku fluidalnego CFB o mocy 70 MWe w Elektrociepłowni Zofiówka. Realizacja tego projektu jest rozwiązaniem, które umożliwi stopniowe wycofywanie wyeksploatowanych jednostek w EC Zofiówka, jak również dające możliwość produkcji przez kolejne 30 lat ciepła i energii elektrycznej, począwszy od 2016 roku. Produkcja będzie prowadzona w pełnej zgodność z wymaganiami dyrektywy IED (dyrektywa ws. emisji przemysłowych), z większą sprawnością wytwarzania oraz przy pełnym zaspokojeniu planowanego na te lata zapotrzebowania Spółki i odbiorców zewnętrznych na ciepło i energię elektryczną. Ponadto pozwoli na zagospodarowanie niskokalorycznych paliw produkowanych przez Spółkę. Obecnie trwa procedura wyboru Dorady Technicznego oraz Doradcy Handlowo-Prawnego. Ogłoszenie przetargu na wybór Realizatora nastąpi na początku 2012 r. W pierwszej połowie 2013 r. planowane jest rozpoczęcie budowy bloku. Zakończenie inwestycji zaplanowano na 2015 r. a koszt to 635 mln zł.
Kolejną kluczową inwestycją jest budowa bloku zielonego w Elektrociepłowni Moszczenia. Realizacja tego projektu pozwoli na modernizację istniejących aktywów wytwórczych, w celu spełnienia norm środowiskowych oraz ograniczenia emisji CO2, jak również spełnienie wymagań związanych z obowiązkiem udziału energii z odnawialnych źródeł (OZE) w całkowitym wolumenie sprzedaży energii elektrycznej. Inwestycja ma być realizowana w latach 2013 – 2015, jej koszt to 65,8 mln zł.
Energia z metanu
Obecnie w JSW realizowanych jest wiele inwestycji związanych z racjonalizacją kosztów pozyskania energii. Jeszcze w 2011 r. uruchomione zostaną 3 jednostki kogeneracyjne opalane metanem z odmetanowania kopalń o sumarycznej mocy elektrycznej 12 MW. W efekcie w GK pracowało będzie 8 układów kogeneracyjnych opalanych metanem o łącznej mocy elektrycznej przekraczającej 32 MW. Całość ciepła wykorzystana będzie do celów grzewczych oraz wytwarzania chłodu.
W czerwcu 2012 r. w EC Zofiówka uruchomiona zostanie instalacja współspalania biomasy w istniejących kotłach OP 140 nr 3 i 4. Instalacja ta będzie zasilała nowy kocioł fluidalny po jego uruchomieniu. Już ruszyła budowa tej instalacji, obecnie trwają prace ziemno – budowlane.
Do końca pierwszego kwartału 2012 r. SEJ uruchomi nową sprężarkownię w kopalni Pniówek. W przypadku tego projektu całość zagadnień związanych z dostawą mediów energetycznych (energii elektrycznej, ciepła, chłodu i sprężonego powietrza) skoncentrowana zostanie w SEJ. Taki model zarządzania produkcją i dostawami energii, jako najbardziej efektywny kosztowo, zostanie powielony w pozostałych zakładach grupy kapitałowej.
SEJ uruchomi także pierwszy w Polsce a trzeci w Europie projekt polegający na wytwarzaniu energii elektrycznej i ciepła z wykorzystaniem silników gazowych opalanych gazem koksowniczym.
Rozbudowa elektrociepłowni w koksowni Przyjaźń
W Koksowni Przyjaźń zakończono w 2007 r. budowę pierwszego etapu bloku energetycznego o mocy 21 MWe. Inwestycja ta zapewniła uzyskanie efektu ekologicznego poprzez zagospodarowanie gazu nadmiarowego z jednoczesną likwidacją emisji pyłowej, a tym samym spełnienie wymogów BAT.
W 2011 r. rozpoczęto drugi etap budowy elektrociepłowni w Koksowni Przyjaźń mający na celu zwiększenie jej zdolności produkcyjnych o 65 MWe (do poziomu 104 MWe). Budowa bloku energetycznego jest inwestycją bardziej opłacalną od sprzedaży gazu koksowniczego dzięki m.in. zmniejszeniu kosztów związanych z przesyłem gazu koksowniczego, wykorzystaniu przyznanej już dotacji w wysokości 10 mln zł. z WFOŚiGW, dodatkowych wpływów ze świadectw udziałowych oraz wysokiego wskaźnika wewnętrznej stopy zwrotu (IRR) z tej inwestycji.
Przejęcie PEC Jastrzębie
29 września 2011 r. Spółka Energetyczna Jastrzębie podpisała umowę kupna od Ministerstwa Skarbu Państwa 85 proc. akcji Przedsiębiorstwa Energetyki Cieplnej Jastrzębie.
Przedsiębiorstwo Energetyki Cieplnej (PEC) prowadzi działalność na terenie gmin Jastrzębie-Zdrój, Czerwionka-Leszczyny, Knurów, Żory, Racibórz, Rybnik, Wodzisław Śląski, Pawłowice, Kuźnia Raciborska. Głównymi odbiorcami produkowanego i dystrybuowanego ciepła są spółdzielnie i wspólnoty mieszkaniowe. Wielkość sprzedaży ciepła kształtuje się na średnim poziomie 3 mln GJ. PEC wytwarza ciepło w 17 własnych źródłach ciepła o łącznej mocy zainstalowanej 256,09 MW oraz jest kupowane z 12 źródeł ciepła o łącznej mocy zamówionej 291,65 MW. Ciepło jest rozprowadzane sieciami ciepłowniczymi o łącznej długości ok. 295 km i dostarczane do odbiorców poprzez 1 565 węzłów cieplnych. Zatrudnienie na koniec roku 2010 wynosiło 618 pracowników.
– PEC to dobrze zarządzana spółka w niezłej kondycji finansowej. Wspólnie z SEJ ma dobre perspektywy na przyszłość tym bardziej, że GK JSW jest gotowa na zapewnienie finansowania szeregu inwestycji w PEC. SEJ będzie więc odpowiedzialna nie tylko za produkcję energii elektrycznej i cieplnej, ale także za przesył ciepła i jego dystrybucję dla kilkuset tysięcy mieszkańców regionu – podkreśla JSW.
Zakup PEC zabezpiecza efektywność projektów energetycznych GK JSW a w szczególności budowy bloku fluidalnego w EC Zofiówka (dostawy ciepła m.in. dla mieszkańców Jastrzębią-Zdroju).
Do najważniejszych planowanych inwestycji w PEC należy konwersja ciepłowni PEC w Raciborzu na elektrociepłownię opalaną biomasą oraz ciepłowni w Wodzisławiu Śląskim na elektrociepłownię opalaną gazem koksowniczym z Koksowni Radlin (zakład GK JSW). Ponadto SEJ zamierza wykorzystać ponad 10 letnie doświadczenia związane z wytwarzaniem chłodu w układach tri generacyjnych w obrębie działania PEC Jastrzębie. Przygotowana zostanie alternatywna w stosunku do obecnych rozwiązań oferta dla budynków użyteczności publicznej oraz wielko kubaturowych obiektów komercyjnych.
Opr. IG
Nie ma alternatywy
W polskich kopalniach wydobywa się coraz mniej węgla. Niezłe wyniki polskiego górnictwa to jedynie zasługa koniunktury na węgiel i jego wysokich cen. W 2010 roku wydobycie w polskich kopalniach wyniosło zaledwie ok. 70,1 mln ton.
Węgiel jest podstawowym surowcem energetycznym w świecie, a Unia Europejska to trzeci najważniejszy konsument węgla. Niemcy czy Wielka Brytania znajdują się w czołówce światowych importerów tego surowca.
W 2010 roku w świecie wydobyto 6,5 mld ton węgla, z czego 800 mln ton przypada na węgiel koksowy. Tylko Chiny zdołały wydobyć w 2010 roku 3,2 mld ton węgla. Chiny stały się importerem węgla netto, choć wydobywają go każdego roku o 178 mln ton więcej. Na koniec roku 2015 Chiny chcą wydobywać 3,8 mld ton węgla. Z kolei w USA rocznie wydobywa się ok. 1 mld ton węgla i ta produkcja utrzymuje się na stabilnym poziomie.
W Rosji większa część wydobycia, które wynosi ok. 230 mln ton rocznie, jest realizowana w systemie odkrywkowym. Inwestycje w rosyjskim górnictwie rosną, budowane tam są nowe kopalnie. Rozwój górnictwa będą napędzać Chiny, Indie, Wietnam czy Indonezja. Natomiast w przypadku Unii Europejskiej mamy do czynienia z dekarbonizacją.
Polska wydobywa z roku na rok mniej węgla. W 2010 roku wydobycie w polskich kopalniach wyniosło ok. 70,1 mln ton. Obecnie wydobywamy tyle węgla, ile po drugiej wojnie światowej. A zatem, jak widać, to górnictwo samo nam się zwija. Na spadek wydajności w polskich kopalniach mają wpływ coraz trudniejsze warunki geologiczne. Schodzenie z wydobyciem coraz to głębiej powoduje, że wzrastają zagrożenia metanowe i pożarowe. Walka z zagrożeniami, z wysoką temperaturą musi kosztować. Inną nie mniej ważną przyczyną spadku produkcji i wydajności są zaniedbania inwestycyjne. Przez lata kopalnie nie inwestowały, bo nie miały na to środków. A nie miały ich właśnie dlatego, że nie inwestowały. Mamy więc błędne koło. Nie korzystamy ze światowej koniunktury na węgiel, bo nie jesteśmy w stanie wydobywać więcej węgla. Całe lata środki z budżetu państwa przeznaczano na likwidację kopalń, a nie na uruchamianie nowych pokładów. – I nagle po latach obudziliśmy się i zorientowaliśmy, że nam tego węgla zaczyna brakować – ocenia Roman Łój, prezes Zarządu Katowickiego Holdingu Węglowego.
Piotr Litwa, prezes Wyższego Urzędu Górniczego przyznaje, że problem niedoinwestowania kopalń jest kluczowy, również patrząc przez pryzmat bezpieczeństwa pracy. – Mamy problem niedoinwestowania kopalń w zakresie pogłębiania szybów czy głębienia nowych szybów – ocenia prezes Litwa. – Ponad 50 proc. eksploatacji prowadzi się obecnie z tzw. podpoziomów. Przepisy na to zezwalają, nie jest to czyn zabroniony. Natomiast świadczy to o braku inwestycji od dobrych kilkunastu lat. Ten stan się w ostatnim czasie nie zmienił. Nawet, gdyby znalazły się środki na realizację tych przedsięwzięć, to efekty będą, ale dopiero za sześć, siedem lat.
Inni jakoś potrafią
Polskim węglem interesują się zagraniczne firmy. To, co u nas przed laty uznano za nierentowne, teraz okazuje się być łakomym kąskiem dla podmiotów zza granicy. Firma New World Resources zatwierdziła projekt Dębieńsko. Nakłady CAPEX na projekt mają wynieść 411 mln euro. Natomiast przedprodukcyjne koszty operacyjne związane z istniejącą infrastrukturą wyniosą 133 mln euro. Zgodnie z harmonogramem pierwsza tona węgla ma zostać wydobyta w 2017 roku, a następnie ma nastąpić pełna produkcja. Nakłady inwestycyjne CAPEX zawierają zakup całego sprzętu górniczego, niezbędnego do pełnej produkcji. W 2011 roku mają one wynieść 50 mln euro. Na tę kwotę składać się będą: szczegółowe prace inżynieryjne, zakupy gruntów, obsługa istniejącej infrastruktury i rozpoczęcie budowy pierwszej pochylni. NWR planuje sfinansowanie projektu z przepływów pieniężnych, pochodzących z realizowanej działalności oraz kredytu.
NWR mający 50-letnią koncesję na wydobycie węgla z Dębieńska, przyznaną w 2008 roku, wskazał, że pozwala ona spółce na natychmiastowe rozpoczęcie prac nad projektem. Rozpoczęcie prac wiertniczych ma nastąpić jeszcze przed końcem 2011 roku. W 2010 roku NWR złożył wniosek o poprawkę do wspomnianej koncesji, co ma umożliwić spółce wydobycie z dodatkowych złóż węgla w kopalni Dębieńsko. Wydanie zgody na poprawkę do koncesji spodziewane jest w połowie 2012 roku, po zakończeniu prac nad raportem środowiskowym. Szczegółowe prace inżynieryjne już się rozpoczęły. Plany zakładają, że potrwają one do końca marca 2012 roku.
Innym przykładem zaangażowania się inwestora z zagranicy w wydobycie polskiego węgla jest zakup od Kompanii Węglowej kopalni Silesia. Przedsiębiorstwo Górnicze Silesia należące do czeskiego Energetyczno-Przemysłowego Holdingu i Kompania Węglowa podpisały 9 grudnia 2010 roku umowę sprzedaży zorganizowanej części przedsiębiorstwa kopalni Brzeszcze-Silesia Ruch II Silesia Celem inwestora jest przekształcenie kopalni Silesia w dochodową firmę. W ciągu trzech lat EPH zamierza zainwestować 100-150 milionów euro w modernizację kopalni oraz jej działalności w celu osiągnięcia wydobycia na poziomie ok 3 milionów ton brutto rocznie. W marcu 2012 roku nastąpić ma początek eksploatacji nowej ściany w Silesii. Zakładany poziom wydobycia węgla ma wynieść 3 miliony ton brutto. Natomiast poziom zatrudnienia, jaki PG Silesia chce osiągnąć w tym czasie, wynieść ma 1300 osób.
– Niestety, ale mam takie odczucie, że inni potrafią w górnictwo inwestować, tylko my jakoś nie – ocenia prof. Marek Szczepański, socjolog z Uniwersytetu Śląskiego. – Zastanawiam się, jak to jest, że Czesi potrafią inwestować w kopalnię, która miała być zlikwidowana? Z drugiej strony, skoro my nie potrafimy, to dobrze, że znalazł się inwestor z Czech. Dzięki temu ludzie mają pracę, a kopalnia możliwość dalszego rozwoju. Taki stan rzeczy to w dużej mierze konsekwencja dryfu polskiego górnictwa, braku pomysłu na przyszłość tego istotnego dla całej gospodarki sektora. A przecież z górnictwa utrzymują się setki tysięcy osób, oprócz górników pracujących w kopalniach i ich rodzin jest cała rzesza kooperantów. To niezmiernie istotna branża, ulokowana przy tym na niewielkim skrawku Polski. A zatem górnictwo to znaczący pracodawca i znaczący płatnik podatków. Są gminy, które bez górnictwa nie byłyby w stanie skonstruować dobrego budżetu .
Zgodnie z prognozą Światowej Agencji Energii – w 2015 roku świat będzie potrzebował 5 mld 700 mln ton węgla do produkcji energii elektrycznej.
W Polsce w 2030 roku do produkcji energii elektrycznej mamy potrzebować 52,5 mln ton węgla energetycznego. Pozostaje pytanie, czy będzie to węgiel pochodzący z polskich kopalń, czy też z importu. Ten ostatni rośnie z roku na rok i w 2011 roku może przekroczyć 15 mln ton węgla.
W przypadku węgla koksowego, który wydobywa u nas Jastrzębska Spółka Węglowa, głównym problemem w kolejnych latach będzie problem kosztów. Dominującym eksporterem w tym segmencie rynku jest Australia. Duże złoża węgla koksowego są w Mongolii, Kanadzie i Mozambiku.
W Mongolii węgiel koksowy zalega do 300 metrów. Koszty wydobycia to ok. 12-18 dolarów za tonę. Ta produkcja trafia na rynek chiński. A zatem Chiny nabywając węgiel z Mongolii, będą mogły taniej produkować koks. Z kolei w Mozambiku wydobycie węgla koksowego wzrasta rok do roku o 8 mln ton.
Chiny wyprodukują w 2011 roku ok. 387 mln ton koksu. Natomiast Polska ok. 10 mln ton. Atutem Polski jest przeprowadzona modernizacja koksowni. Średni wiek baterii koksowniczych w Polsce to ok. 7-8 lat.
Górnictwo napędza gospodarkę
Pozycję węgla określają zapisy Pakietu Klimatycznego. Polityka Unii Europejskiej, w odniesieniu do węgla, jest według przedstawicieli środowiska górniczego błędna. Nie jest bowiem dotąd jednoznacznie udokumentowane, że istnieje ścisła korelacja między emisją dwutlenku węgla, a ocieplaniem klimatu. Poza tym inne kraje, poza Unią, nie angażują się w program redukcji emisji dwutlenku węgla. Stawiają na rozwój swych gospodarek, a nie na walkę z globalnym ociepleniem. Taka unijna polityka może spowodować spadek konkurencyjności gospodarek krajów UE. Na początku tego roku Niemcy ogłosiły likwidację kopalń węgla kamiennego. Jednak obecnie myślą o tym, co należy zrobić, by przedłużyć wydobycie węgla w niemieckich kopalniach poza rok 2018. W Niemczech, po katastrofie w japońskiej elektrowni Fukushima, coraz łaskawszym okiem spogląda się bowiem na górnictwo. Niemcy już projektują budowę kopalń. Planują ściany o wydajności nawet 20 tysięcy ton na dobę. Takie parametry wydobycia pozostają w Polsce nieosiągalne.
Ubiegłoroczny zysk netto górnictwa wyniósł ponad 1,5 mld zł (te dane nie obejmują małego zakładu Siltech oraz Lubelskiego Węgla Bogdanka). Stało się tak tylko i wyłącznie dzięki koniunkturze i wysokim cenom węgla.
W Polityce energetycznej Polski do 2030 roku węgiel pozostaje głównym paliwem, wpływającym na bezpieczeństwo energetyczne kraju. W branży górniczej często można zasłyszeć, że powinniśmy walczyć o to, by Unia uznała znaczenie węgla jako nośnika energetycznego stanowiącego o bezpieczeństwie energetycznym zarówno Polski, jak i całej Unii. Powinniśmy tu szukać sojuszników. Trzeba też stawiać na poprawę sprawności wytwarzania energii elektrycznej z węgla.
Sojusznikiem górnictwa może być energetyka. Pod warunkiem jednak, że polskie górnictwo zapewni dostawy surowca po dobrej, konkurencyjnej cenie. Jeżeli polskie górnictwo nie będzie w stanie sprostać temu zadaniu, to energetyka będzie nabywać węgiel zza granicy. W 2010 roku węgiel do Polski importowało ponad 200 firm. Te firmy szybko rosną, ugruntowują swą pozycję. I za cztery, pięć lat będą dużo silniejszymi podmiotami, niż obecnie. Szansą dla spółek węglowych może być prywatyzacja. Ona nie jest celem samym w sobie, ale sposobem na pozyskanie kapitału inwestycyjnego. Jednak powinna to być prywatyzacja odpowiednio przygotowana, robiona bez pośpiechu. – Prywatyzacja Jastrzębskiej Spółki Węglowej była pierwszym poważnym pilotażem, ukazującym dobre i złe strony tego procesu – zaznacza prof. Marek Szczepański.
Najważniejsze zadanie dla polskiego górnictwa, to zyskanie możliwości elastycznego reagowania na potrzeby rynku. Widać bowiem, że póki co nie jesteśmy w stanie skorzystać ze światowej koniunktury na węgiel.
– Przemysł górniczy przyczynia się do rozwoju gospodarczego, niestety wielu polityków w Brukseli dostrzega w węglu jedynie problem – mówił Milton Catelin, dyrektor generalny World Coal Association. – Większość czasu spędzamy ostatnio na rozmowach z Międzynarodową Agencją Energii oraz z Komisją Europejską. Głównym naszym zadaniem jest przypomnienie ludziom decydującym o przyszłości polityki, jak ważnym nośnikiem energii dla świata, w tym Europy, jest węgiel. Według Miltona Catelina mamy do czynienia z swego rodzaju konkurencją między dyrektoratem generalnym środowiska i dyrektoratem generalnym ds. energetyki. Mamy tym samym do czynienia z różnymi opiniami wewnątrz Komisji Europejskiej.
Mówi się ostatnio dużo na temat tego, jak wielkim emitentem dwutlenku węgla są Chiny. Nie mówi się natomiast o tym, jak wielu ludzi ma energię elektryczną dzięki górnictwu i jak przemysł chiński rozwija się, bazując na taniej energii elektrycznej z węgla. – Poszczególne rządy i Unia Europejska powinny inwestować tyle samo w czyste technologie węglowe, ile inwestują w energetykę odnawialną i jądrową – ocenia Milton Catelin. – Jeżeli w czyste technologie węglowe inwestuje się mniej, to znaczy, że nie myśli się poważnie o zmianach klimatycznych.
Inwestycje
Sprywatyzowany Lubelski Węgiel Bogdanka zwiększył w 2010 roku przychody o 10 proc. do 1,23 mld zł, natomiast zysk netto o 20,58 proc. do 230 mln zł. Wydajność wydobycia w Bogdance zwiększyła się z 1395 ton na pracownika w ciągu roku do 1482. Mirosław Taras, prezes Bogdanki, wskazuje, że szanse rozwoju dała spółce prywatyzacja poprzez giełdę. – Pozyskane z giełdowego debiutu 528 mln zł było ogromnym zastrzykiem pieniędzy, dzięki czemu prowadzimy największe inwestycje w polskim górnictwie – ocenia prezes Taras. – Kapitał, który inwestujemy, to 2 mld zł. Chodzi o dwa nowe szyby, ogromne pole wydobywcze. Praktycznie budujemy nową kopalnię. Sądzę jednak, że w najbliższym czasie przebije nas w tych inwestycjach Jastrzębska Spółka Węglowa.
Inwestycja realizowana przez Bogdankę w Polu Stefanów jest największym realizowanym obecnie w kraju projektem zwiększającym wydobycie. Dla spółki oznacza podwojenie produkcji z obecnych ok. 5,7 mln ton do przeszło 11 mln ton węgla rocznie, począwszy od 2014 roku. Pole Stefanów to obecnie 40 km bieżących wydrążonych wyrobisk i chodników na głębokościach 950-1097 m poniżej powierzchni. Do eksploatacji jako pierwsza przeznaczona jest ściana 385/2 o długości 305 metrów (na takim odcinku będzie się poruszał kompleks strugowy) i wybiegu 5070 metrów – sukcesywnie będzie na taką odległość drążony pokład węgla. Spółka planuje uzyskanie 6 mln ton węgla handlowego w 2011 r., ok. 8 mln ton w 2012 r., 10 mln ton w 2013 i docelowego poziomu 11,5 mln ton w 2014 roku.
– Uruchomienie wydobycia z Pola Stefanów to dla nas realizacja celów strategicznych prezentowanych w prospekcie emisyjnym spółki podczas debiutu giełdowego w czerwcu 2009 roku – przypomina prezes Mirosław Taras. Nakłady inwestycyjne jakie ponosiła spółka głównie na realizację inwestycji w Polu Stefanów wynosiły 370 mln zł w 2009 roku i 678 mln zł w 2010 roku. Planowany CAPEX Bogdanki w 2011 roku to ok. 700 mln zł.
Niewielki prywatny zakład wydobywczy Siltech zdołał sprzedać ok. 200 tysięcy ton węgla w roku 2010. Zysk netto za rok 2010 wyniósł ok. 4 mln zł. W niewielkim Siltechu także inwestują. Koszt wykonania upadowej wyniesie ok. 10 mln zł. Zatrudnienie wynosi przeszło 230 osób. Ma ono się utrzymać na tym poziomie. Siltech planuje, że rok 2011 zakończy z wynikiem zbliżonym do tego osiągniętego w roku 2010.
Spółki węglowe mają problemy z wydobyciem. Ma je Jastrzębska Spółka Węglowa, czy Katowicki Holding Węglowy. Przykładowo wydobycie KHW za 9 miesięcy tego roku wyniosło 9 mln 727 tys. ton węgla. To o 103 tysiące ton mniej niż prognozowano na trzy kwartały. Głównym powodem takiego stanu rzeczy jest zatrzymanie jednej ze ścian kopalni Murcki-Staszic ze względu na zagrożenie pożarowe. Mimo braku 103 tys. ton węgla, Katowicki Holding Węglowy osiągnął po dziewięciu miesiącach tego roku przychody ze sprzedaży węgla na poziomie 2 mld 890 mln zł. – To o 76 mln zł więcej niż zakładaliśmy – zaznacza prezes Holdingu Roman Łój. – Zysk netto po dziewięciu miesiącach tego roku jest lepszy od prognozowanego i wyniósł ok. 155 mln zł.
W KHW zakładają, że 2011 roku wydobycie wyniesie 13 mln 300, bądź 400 tysięcy ton węgla. – Polskie górnictwo nie jest w stanie skorzystać ze światowej koniunktury na węgiel, bo po prostu wydobywa go zbyt mało – ocenia Jerzy Markowski, były wiceminister gospodarki. Wprawdzie w trakcie najbliższych trzech lat, Kompania Węglowa planuje zwiększyć swe zdolności wydobywcze o 3 mln ton węgla – z przeszło 40 mln ton miałoby ono wzrosnąć do 43 mln ton węgla rocznie. Ale to nadal kropla w morzu potrzeb. A zatem bolączką cały czas pozostaje brak możliwości zwiększenia wydobycia – tak, by sprostać popytowi na węgiel.
Jerzy Dudała
Autor jest dziennikarzem miesięcznika Nowy Przemysł i portalu wnp.pl.