Biuletyn Górniczy nr 1-3 (269-271)

Brak spisu treści.

Bezpieczeństwu pracy w kopalniach i ochronie obiektów na powierzchni służy Górnicza Skala Intensywności Sejsmicznej.

Mieszkańcy Górnośląskiego Zagłębia Węglowego co-raz częściej domagają się systemu powiadamiania ich o wstrząsach wysokoenergetycznych związanych z eksploatacją złóż węgla kamiennego. Powołują się przy tym na alarmy smogowe. Naukowcy twierdzą, że byłaby to sztuką dla sztuki. Przedsięwzięcie drogie, organizacyjnie trudne i bez praktycznego znaczenia. Bo, co może zrobić człowiek z wiedzą, że być może za kilka godzin wystąpią drgania gruntów w jego miejscowości? Uciekać z domów nie ma powodu.

– Sejsmiczność górnicza jest na pewno dyskomfortem dla mieszkańców, którzy z reguły odczuwają, szczególnie w strefie epicentrum wstrząsu, drgania przez niego wywoływane.

Działalność polskich kopalń węgla kamiennego nie indukuje jednak wstrząsów o magnitudach przekraczających 4,5 w skali Richtera. A parametry drgań wstrząsów górniczych wyraźnie różnią się od tych, jakie mają miejsce w przypadku trzęsień Ziemi, nawet tych słabych.

Z pewnością poziom tych drgań nie stanowi zagrożenia dla konstrukcji obiektów budowlanych. Absolutnie należy wykluczyć możliwość zaistnienia katastrofy budowlanej, a więc zagrożenia dla życia mieszkańców – zapewnia prof. Józef Dubiński z Głównego Instytutu Górnictwa.

Najbardziej aktywny rejon górniczy

1100 km kwadratowych – taki jest obecnie obszar prowadzonej eksploatacji w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym. Koncentracja wydobycia na tak niewielkim terenie sprawia, że nie ma dnia w górniczych gminach na Górnym Śląsku bez wstrząsów wywoływanych działalnością kopalni. Bywa ich nawet kilka jednej doby. GZW jest jednym z najbardziej aktywnych sejsmicznie rejonów górniczych w świecie. A sąsiedztwo kopalni jest dzisiaj coraz trudniej akceptowane społecznie. Niestety, nie ma takiej cudownej metody eksploatacji górniczej, która nie wpływa na powierzchnię terenu. Jeśli podejmuje się podziemną eksploatację złoża węgla, to narusza ona równowagę istniejącą w ośrodku skalnym. Dlatego dużym wciąż wyzwaniem dla naukowców jest zmniejszanie niekorzystnego oddziaływania górnictwa na środowisko. Od kilku lat bezpieczeństwu pracy w kopalniach i jednocześnie obiektów na powierzchni służy nowa Górnicza Skala Intensywności Sejsmicznej. Opracował ją zespół naukowców GIG pod przewodnictwem prof. Józefa Dubińskiego.

– Pracowaliśmy nad tą skalą wiele lat, analizując dane sejsmometryczne zarejestrowane przez sieć powierzchniowych stanowisk pomiarowych w powiązaniu z informacjami o odczuciach drgań przez ludzi i zaobserwowanych przez mieszkańców uszkodzeniach, jakie wystąpiły na powierzchni, szczególnie w obiektach budowlanych. Korzystaliśmy z danych kopalń węgla kamiennego i rud miedzi na terenie Polski oraz kopalń niemieckich i czeskich. Ustaliliśmy, że istotne dla obiektywnej oceny intensywności drgań są zawsze dwa rejestrowane parametry: przyspieszenie lub prędkość drgań oraz czas ich trwania. Na tej podstawie zostały opracowane dwa rodzaje skali – przyspieszeniowa GSI-A i prędkościowa GSI-V. W każdej z nich na podstawie wspomnianej korelacji wyróżniono pięć stopni intensywności drgań i przypisano im określone symptomy odczuwania drgań przez ludzi oraz możliwych uszkodzeń w obiektach budowlanych. Skutki wstrząsu nie są prostą funkcją jego energii sejsmicznej i odległości hipocentralnej, czyli odległości obiektu budowlanego na powierzchni od ogniska wstrząsu – mówi prof. J. Dubiński.

Pomocna przy projektowaniu

GSI umożliwia ocenę potencjalnych skutków bieżącej oraz projektowanej eksploatacji na powierzchnię. Uwzględnia stan techniczny budynków. Opisuje efekty oddziaływania wstrząsów na powierzchnię, budynki, infrastrukturę techniczną oraz na ludzi. I co istotne – GSI jest pomocna przy projektowaniu obiektów budowlanych narażonych na wpływy sejsmiczne i ich zabezpieczeń.

W ub. r. w ścianie 2bS w kopalni Staszic po wysokoenergetycznym wstrząsie doszło do zawału, ale nie było wypadku. Kiedyś takie zdarzenie było katastrofą. Polskie górnictwo coraz lepiej sobie radzi z zagrożeniem sejsmicznym. W latach 70. i 80. XX wieku wysokoenergetycznych wstrząsów (o magnitudzie ponad 1,5) było ponad trzy tys. rocznie. Obecnie jest ich o połowę mniej i nie powodują tak licznych uszkodzeń w obiektach budowlanych na powierzchni, jak dawniej. Diametralnie poprawiło się bezpieczeństwo górników, ponieważ tąpnięcia bardzo groźne dla podziemnych wyrobisk, zdarzają się w ostatnich latach sporadycznie, jedno-dwa rocznie. W minionym wieku były one najpoważniejszą przyczyną wypadków śmiertelnych.

Każde podjęcie podziemnej eksploatacji złoża węgla narusza równowagę istniejącą w górotworze

Prof. Dubiński uważa, że obiektywnie ciągle wysoka aktywność sejsmiczna w Górnośląskim Zagłębiu Węglowym wynika przede wszystkim z budowy geologicznej górotworu, w tym jego tektoniki, a przede wszystkim ze stale rosnącej głębokości prowadzenia eksploatacji. W latach 80. średnia głębokość eksploatacji była ok. 500 m, a dzisiaj jest to już blisko 750 m, a najgłębsze kopalnie w GZW eksploatują obecnie na głębokości 1000 m, a nawet 1250 m. Ponadto, wiele kopalń prowadzi działalność od kilkudziesięciu a nawet 100 i więcej lat, co wynika z wielopokładowej budowy złoża węgla. W związku z tym występują liczne krawędzie zatrzymanej eksploatacji, resztki węglowe, filary, które tworzą strefy koncentracji naprężeń, w otoczeniu których generują się ogniska wstrząsów. Dążenie do koncentracji wydobycia jest także czynnikiem generującym sejsmiczność.

W porównaniu do XX wieku bardzo jednak zmieniło się podejście do zagrożenia sejsmicznego w kopalniach. Obecnie pra- wie wszystkie mają swoje sieci pomiarowe – sejsmologiczną i sejsmometryczną ze stanowiskami zainstalowanymi na powierzchni. Służą one do opracowywania kopalnianej profilaktyki zagrożenia tąpaniami i ograniczania oddziaływania eksploatacji na powierzchnię. Specjalistów kopalnianych wspiera Główny Instytut Górnictwa, który od blisko 50 lat prowadzi ciągłe monitorowanie sejsmiczności górniczej z wykorzystaniem Górnośląskiej Regionalnej Sieci Sejsmologicznej. Aktualnie ma ona 20 stacji pomiarowych dostosowanych do położenia rejonów i poziomu aktywności sejsmicznej kopalń.

Prognozowanie zagrożeń

– Zwalczanie zagrożenia sejsmicznego jest dziś jednym z priorytetów już na etapie projektowania eksploatacji górniczej w nowym rejonie. Kopalnie muszą spełnić wiele wymogów formalnych, przygotować m.in. prognozę zagrożenia sejsmicznego oraz przeprowadzić inwentaryzację wszystkich obiektów powierzchniowych, które będą objęte oddziaływaniem eksploatacji pod kątem ich odporności na drgania. Każdy przedsiębiorca górniczy jest zobowiązany do opracowania w oparciu o wyniki rozpoznania geologicznego wieloletniego planu ruchu zakładu, zawierającego projekty eksploatacji poszczególnych partii pokładów węgla z uwzględnieniem intensywności wydobycia, systemu wybierania, gabarytów wyrobisk, itp. Bez takiej dokumentacji, zaopiniowanej przez specjalistyczną komisję i zaakceptowaną przez okręgowy urząd górniczy, nie może rozpocząć wydobycia – zapewnia prof. Dubiński.

Eksperci twierdzą, że dla zmniejszenia skutków wstrząsów indukowanych działalnością górniczą pozytywne znaczenie ma obecny system eksploatacji. A zwłaszcza takie czynniki jak: dobór parametrów ścian do konkretnych warunków geologicznych i naprężeniowych, ciągły monitoring geofizyczny i rozwinięte techniki aktywnej profilaktyki. Wiele w tym zakresie jest jeszcze do zrobienia, bo ludzie nie chcą górnictwa niszczącego budynki, ulice, drogi, kanalizację. I nie zadowalają ich zapewnienia, że katastrofy budowlane czy uszkodzenia konstrukcyjne budynków im nie grożą.

Jolanta Talarczyk

Analitycy przewidują, że produkcja przemysłowa państw azjatyckich będzie kształtować zapotrzebowanie na import węgla i tym samym wyznaczać jego ceny na światowych rynkach.

Podstawy podstaw dla każdego studenta Akademii Górniczo-Hutniczej – węgiel koksujący to surowiec służący do uzyskania za pomocą wygrzewania w piecu koksowniczym koksu, paliwa, które dalej wykorzystywane jest przede wszystkim w wytopie stali w wielkich piecach hutniczych.

W łańcuchu logistyczno-produkcyjnym w układzie węgiel-koks-stal nie ma jednak nigdzie zależności pomiędzy ilością zgromadzonego surowca a posiadaniem stalowych nerwów, a te ostatnio były potrzebne wszystkim, którzy na fali dynamicznych wzrostów cen w drugiej połowie ub.r. zgromadzili duże ilości węgla do dalszej odsprzedaży i którzy na pewno przeżyli szok, kiedy na przełomie stycznia i lutego zobaczyli potężne załamanie się indeksów w głównych portach morskich.

Od teraz powoli w dół

Zacznijmy jednak od prognozy długoterminowej, ponieważ początek roku to zawsze dobry moment na podjęcie próby oceny perspektyw branży i kierunków jej rozwoju (w przypadku prostego modelu biznesowego w górnictwie i węglu zazwyczaj chodzi wprost o kierunek geograficzny). W styczniu australijski Macquarie Bank przedstawił efekt swoich analiz, z których wynika, że tylko do końca pierwszego kwartału tego roku możemy spodziewać się najwyższych poziomów cen w kontraktach długoterminowych na lata 2018 i 2019, z cenami wyższymi od 10 do nawet 45 proc. od obecnych. To jednak będzie szczyt możliwości rynku i w następnych kwartałach możemy spodziewać się drobnych spadków. Poziom cen węgla koksującego będzie silnie powiązany z cenami stali i rud żelaza, a te z kolei pomimo spowolnienia w sektorze budownictwa mieszkalnego w Chinach osiągały dobre wyniki z powodu ich deficytu na rynkach krajów rozwiniętych.

Analitycy banku Macquarie przewidują, że w stosunku do cen z czwartego kwartału 2017 r. (203 dolary za tonę), tylko w pierwszym kwartale indeks dla węgla koksującego typu 35 (hard) podskoczy jeszcze do poziomu 230 dolarów za tonę, żeby później konsekwentnie spadać. Ostro w dół do 180 dolarów w drugim kwartale, nieznacznie do 175 dolarów w trzecim i znowu dużym krokiem do 150 dolarów w czwartym kwartale bieżącego roku (analiza nie uwzględnia zdarzeń losowych takich jak powodzie czy pożary, które w poprzednich latach potrafiły wywrócić wskaźniki cen do góry nogami). Jeśli chodzi o węgiel energetyczny, Macquarie Bank prognozuje, że na początku roku ceny spot w eksporcie z Australii jeszcze wzrosną o ok. 10 dolarów za tonę, a w kolejnych okresach będą już tylko spadać o mniej więcej 5 dolarów z kwartału na kwartał. W perspektywie lat 2020–2022 spodziewany jest spadek w granicach 26–28 proc. względem 2017 r., ale dopiero po mocnym roku 2018.

Bank Światowy bez entuzjazmu

Nieco mniej optymistyczne, a zarazem bliższe prognozom jeszcze sprzed dwóch lat są przewidywania Banku Światowego, który uważa, że rok 2017 był szczytowym, jeśli chodzi o poziomy cen, a sam skok w poprzednich dwóch latach uważa raczej za incydentalny na osi czasu. Zdaniem analityków BŚ, już w 2018 r. ceny australijskiego węgla w eksporcie spadną do 70 dolarów za tonę i do 60 dolarów w roku kolejnym, żeby następnie utrzymywać się w granicach 55–60 dolarów za tonę w latach 2020–2030. Nieco mniej drastyczny spadek zakłada Międzynarodowy Fundusz Walutowy, którego zdaniem poziomy cen w latach 2018–2022 będą stopniowo topnieć z 78 do 71 dolarów za tonę. Wszystkie prognozy odnoszą się przy tym do ogólnych tendencji i tzw. megatrendów, a nie uwzględniają zdarzeń losowych i okresowej koniunktury, co akurat w tym drugim przypadku może być sporym błędem, z uwagi na skracający się czas pomiędzy hossą i bessą na rynkach surowców w XXI wieku.

Jak przyznał niedawno dyrektor działu badań światowych cen węgla energetycznego w Wood Mackenzie Andy Roberts, jego zespół spodziewał się wzrostów cen węgla w 2017 r., ale wszyscy byli zaskoczeni tym, jak znaczny był to wzrost, a nie- doszacowanie wzięło się głównie z wyższego niż oczekiwany popytu na węgiel z importu w Chinach. Podobnie zdumiony był Edward Gardner, analityk FocusEconomics, który (podobnie jak większość analityków na początku ub.r.) oczekiwał raczej ustabilizowania się cen z tendencją lekko spadkową w perspektywie do końca 2017 r., głównie z uwagi na zniesienie limitu produkcyjnego w kopalniach chińskich, tymczasem spadek produkcji światowej i trudności logistyczno-transportowe spowodowały szybki wzrost cen. Próbując przewidywać średnioterminowo, co będzie się działo w roku bieżącym, obaj analitycy odwołują się do produkcji azjatyckiej, która ma wyznaczyć zapotrzebowanie na import i tym samym ceny na świecie.

W Polsce opał znowu zdrożeje

Przechodząc już do krajowego podwórka, ciężko jednoznacznie ocenić, w którym kierunku zmierzać będą ceny polskiego węgla. Z jednej strony raczej nie zaliczą już znaczących wzrostów, ponieważ produkcja ma szansę nieco wzrosnąć po ubiegłorocznych problemach (będących konsekwencją lat zaniedbań inwestycyjnych), być może na tyle, aby rynek mógł to poważnie odczuć. Dodatkowo, nauczeni doświadczeniem ubiegłych dwóch lat odbiorcy z sektora przemysłowego prawdopodobnie w tym roku w jeszcze większej liczbie postawią na import miałów (głównie rosyjskich, które powinny być bardziej dostępne niż przed rokiem), co jeszcze bardziej obniży konkurencyjność węgla krajowego i tym samym jego ceny. Z drugiej strony, niestety, zanosi się na to, że w tym roku znowu dojdzie do problemów z kolejowym transportem węgla, któ- re raczej będą się nasilać. Ogólna niedostępność paliwa może więc być głównym czynnikiem windującym ceny.

Najbardziej dynamicznie sytuacja będzie się jednak rozwijać w branży węgla opałowego dla sektora komunalno-bytowego. Obiecywane od początku 2017 r. nowe normy dla paliw stałych, które mają zacząć obowiązywać od przyszłego sezonu grzewczego oraz już obowiązujące normy dla wprowadzanych do sprzedaży kotłów, wymuszą na handlarzach zapotrzebowanie na większe ilości grubego węgla z importu, którego w konkretnych klasach w dużych ilościach nie będzie w stanie na rynek dostarczyć śląskie górnictwo. Jednocześnie, z obawy o degradację węgla leżącego przez całą wiosnę na składach, znakomita większość sprzedawców zacznie uzupełniać swoje zapasy na chwilę przed wakacjami, najpewniej w okolicach maja i czerwca, co znowu przełoży się na deficyt węglarek do realizacji wszystkich kontraktów, a droższy transport samochodowy odbije się jesienią po kieszeniach odbiorców detalicznych.

Listopad był miesiącem najwyższych poziomów cen w 2016 r., dlatego kiedy rok później indeksy węgla w portach ARA kilkukrotnie przebiły poziom 95 dolarów za tonę, a następnie w ostatnich dniach miesiąca zaczęły spadać, wszyscy byli przekonani, że nadchodzi tzw. korekta. Nic bardziej mylnego, grudzień bowiem pokazał, że może być jeszcze lepiej – ceny na stałe zagościły tuż pod magiczną linią 100 dolarów za tonę, a na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia zaczęły nawet nieśmiało ją przekraczać (co stanowiło wzrost względem początku miesiąca o prawie 10 dolarów). Wysoki poziom cen w zachodniej Europie spowodowany był głównie droższym frachtem, wynikającym z ograniczonej dostępności statków (podobnie jak w Polsce z węglarkami). Transport węgla największymi masowcami typu capesize na trasie z Kolumbii do portów w Holandii i Belgii był najdroższy od blisko czterech lat.

Francuski deficyt

Do tego doszły jeszcze ogólne problemy z podażą samego surowca, który był wyjątkowo potrzebny na południu Europy, gdzie pogoda nie sprzyjała „ciepłolubom”, a słupek rtęci na termometrze spadł poniżej średniej sezonowej. Jako że Francja jest jednym z niewielu państw na świecie, gdzie ogrzewanie elektryczne jest rozwinięte na taką skalę (aż 30 proc. mieszkań korzysta z takich pieców; jest to głównie zasługa działań EDF, które chce gdzieś skierować swoją dużą nadprodukcję prądu z elektrowni jądrowych), wahania temperatury napędzają tam znacznie zużycie energii. Tym razem francuski system energetyczny zmagał się jednak z deficytem z powodu licznych wyłączeń kolejnych elektrowni atomowych oraz ponownym przesunięciem terminu uruchomienia nowych reaktorów. W tej sytuacji Francuzi byli zmuszeni ratować się importem prądu z sąsiedniej Hiszpanii, gdzie na tę okoliczność produkcja energii z węgla wzrosła o 10 proc. względem analogicznego okresu ub.r.

Styczeń dla cen węgla oznaczał stabilizację w granicach 94–96 dolarów za tonę, przynajmniej do ostatniego weekendu. Chociaż z powodu dużej liczby dni cichych Niemcy w ostatnich dwóch latach doświadczały ogólnego spadku produkcji prądu z wiatru (mimo przyrostu mocy za- instalowanej), to jednak w styczniu zazwyczaj mocno wieje i to właśnie przełożyło na wzrost generacji energii elektrycznej z farm wiatrowych i tym samym spadku zapotrzebowania na węgiel, a w konsekwencji braku dalszych wzrostów cen. Przełom stycznia i lutego mógł jednak wywołać panikę wśród traderów, którzy śledzili w napięciu nagłe załamanie się cen. Indeks ARA zanurkował tak nisko, jak nie widziano go od sierpnia ub.r., do 83 dolarów za tonę. Tradycyjnie spadek cen ożywił rynek (wzrost handlu derywatami o 55 proc. mdm), na Bałtyku pojawiło się dwa razy więcej statków z rosyjskim węglem niż w poprzednich tygodniach, ceny zaś zaczęły szybko odrabiać straty.

Południowoafrykański rynek w chaosie

Początek grudnia przyniósł niemałe zamieszanie na wewnętrznym rynku w Republice Południowej Afryki, gdzie rosnące zapotrzebowanie krajowych odbiorców (głównie energetycznego Eskomu i dużych odbiorców przemysłowych) musiało konkurować z dobrymi cenami w eksporcie, głównie do Indii (gdzie zakaz spalania koksu naftowego w ramach walki ze smogiem wymusił wzrost importu węgla). Zamykając ub.r. kopalnie w RPA i port w Richards Bay miały jednak powody do zadowolenia. Pomimo niesprzyjających warunków pogodowych, fali strajków oraz wielokrotnym zamknięciom portów (38 dni, w porównaniu do 29 dni w poprzednim roku), 2017 r. był rekordowym rokiem pod względem wyeksportowanego wolumenu, który sięgnął 76,5 mln ton. Przez większość grudnia ceny węgla południowoafrykańskiego nie tylko były silnie skorelowane z indeksami z portów zachodnioeuropejskich, ale wręcz się z nimi pokrywały, kilkukrotnie się przecinając.

W styczniu na wzrost indeksu RB duży wpływ miał popyt ze strony odbiorców z Półwyspu Indochińskiego. Chiny wprawdzie nie były w tamtym okresie zainteresowane importem z tego kierunku, ale na pozostałych rynkach paliwo z RPA skutecznie konkurowało z węglem australijskim (nie tylko w standardowych parametrach 6000 kcal, ale głównie tych niższych). W połowie stycznia wskaźniki cen dla ARA i RB zaczęły się jednak rozjeżdżać. Węgiel importowany do Europy już taniał, podczas gdy węgiel przeznaczony na eksport z portu Richards Bay zaczął tanieć dopiero dwa tygodnie później, wcześniej przekraczając granicę 100 dolarów za tonę. Pomimo że od początku stycznia cena węgla RPA była wyższa od tego w Europie, ostatecznie spadła w połowie lutego dwa dolary poniżej najniższego poziomu cen ARA. Podobnie jak w Europie, ceny węgla południowoafrykańskiego już zaczynają odrabiać straty i gonić węgiel sprowadzany do holenderskich i belgijskich portów.

Na Pacyfiku popyt rośnie

Australijski węgiel energetyczny w eksporcie, grudzień rozpoczął z ceną 96 dolarów za tonę i ponad dwukrotnie wyższą ceną za węgiel koksujący. Wysoki popyt ze strony odbiorców chińskich i koreańskich, przy ograniczonej podaży konkurencyjnego węgla z Indonezji sprawił, że surowiec z Australii zyskiwał na wartości i zamknął rok z ceną blisko 104 dolarów za tonę. Styczeń przyniósł dalsze wzrosty, a głównym czynnikiem było wzmożone zapotrzebowanie z Chin, gdzie wszyscy odbiorcy zabezpieczają zapasy paliwa tuż przed chińskim Nowym Rokiem obchodzonym w lutym, który wiąże się z największą zorganizowaną i cykliczną migracją ludności na świecie. A to przynosi przy okazji częściowy paraliż biznesu oraz instytucji. Na koniec stycznia węgiel eksportowany z portu w Newcastle kosztował już 107 dolarów za tonę, czyli ponad 25 dolarów więcej względem ceny sprzed roku, tymczasem węgiel koksujący dawno przebił barierę 250 dolarów za tonę.

Największy eksporter węgla na świecie – Indonezja – która jakiś czas temu wygryzła Australię z tego miejsca, pomimo spadków w ostatnich latach zanotowała w 2017 r. skok eksportu o 30 mln ton, a w związku z planami Ministerstwa Energii i Zasobów Mineralnych o zwiększeniu eksportu o 2 proc. w 2018 r. (przy spadku produkcji i krajowego zużycia) prawdopodobnie utrzyma miejsce na najwyższym stopniu podium. Podobnie jak w Australii, tutaj również odnotowano wzrosty cen, m.in. z powodu ograniczonej podaży wywołanej intensywnymi deszczami monsunowymi na Kalimantanie, gdzie znajdują się dwa z trzech najważniejszych indonezyjskich złóż węgla. Przy wysokim popycie ze strony odbiorców w Azji Południowo- Wschodniej, w tym Wietnamu i Tajlandii ceny musiały znacząco wzrosnąć i to do tego stopnia, że ceny węgla o kaloryczności 5000 kcal były w tym okresie najwyższe od ponad roku, a handlowano głównie węglem znacznie niższych gatunków.

W Chinach tymczasem w końców- ce roku spadał przywóz węgla z zagranicy, który już w listopadzie był niższy od październikowego, co było konsekwencją wprowadzonego wcześniej (najpierw w lipcu, później we wrześniu) przez Agencję ds. Planowania Gospodarczego ograniczenia importowego nałożonego na część portów oraz nałożonych również przez władze limitów produkcji w sektorach stosujących węgiel jako paliwo. Obawiając się kryzysu w sektorze ciepłowniczym (w styczniu faktycznie przyszły ogromne śnieżyce), już na początku grudnia zakaz importu został zniesiony. Chcąc nie dopuścić do kolejnego zalewu rynku węglem z Australii i Indonezji, Agencja próbowała wymusić na lokalnych producentach obniżkę cen o 2–3 proc., jednak ci, mając już zakontraktowane ceny na okres najbardziej dokuczliwej zimy nie zgodzili się na takie rozwiązanie, co więcej zaczęli wysuwać żądania przywrócenia limitów importowych tuż po zakończeniu lutowych obchodów Nowego Roku.

Dawid Salamądry
Założyciel serwisu polishcoaldaily.com

Iran stawia na węgiel, potrzebuje sprzętu i ludzi do pracy.

Iran posiada olbrzymie zasoby ropy naftowej i gazu ziemnego. Węgiel z kolei potrzebny jest tamtejszemu hutnictwu. Dlatego od wielu lat kraj ten rozwija górnictwo węgla koksującego. Brakuje natomiast sprzętu i specjalistów. Czy polskie firmy wy- korzystają tę okazję? Iran ogłosił, że jest otwarty na polską myśl techniczną w dziedzinie górnictwa i czeka na naszych górników!

Polska i Iran chcą zacieśnienia stosunków gospodarczych. Te zaś sięgają swą historią okresu przedwojennego, kiedy to do Persji wyjechało wielu znanych polskich inżynierów, lekarzy i specjalistów z branż: cukierniczej, drzewnej i przędzalniczej. Polacy zatrudnieni byli również przy budowie kolei transirańskiej, gdzie użyto ok. 50 tys. t szyn kolejowych z hut górnośląskich.

Po II wojnie światowej współpraca Polski z Iranem została wznowiona w latach 70. ub. stulecia. Wówczas do tego kraju wysłano pierwsze polskie maszyny i urządzenia górnicze. Wiele z nich pracuje do dnia dzisiejszego. W tym czasie polscy specjaliści wznosili huty, w tym kombinat stalowy w pobliżu Isfahanu, na południe od stolicy kraju – Teheranu. Dziś pracują w tamtym rejonie dwie stalownie. Kolejna działa na południu Iranu.

Mają koksujący

Z kolei w zagłębiu Kerman zaczął rozwijać się przemysł wydobywczy węgla koksowego. Irańskie górnictwo zawsze charakteryzowały trudne warunki geologiczno-górnicze. Cienkie pokłady węgla zalegają w większości bardzo stromo. Spore zagrożenie stanowi metan. Dodatkowy problem to położenie kopalń. Zasoby surowca zlokalizowane są wysoko w górach, nawet na wysokościach przekraczających 2000 m n.p.m. W Zagłębiu Tabas, na Wielkiej Pustyni Słonej, są one na pozór niewielkie – ok. 1 mld t węgla koksującego. Pokłady węgla w większości są tam cienkie, tylko 0,8–0,85 m, ale z mniejszym nachyleniem i zalegające dużo bardziej regularnie. Oprócz wymienionych dwóch, względnie dużych zagłębi węglowych, w Iranie występuje także kilka niewielkich złóż wysoko w górach, niedaleko Morza Kaspijskiego, na północ od Teheranu.

Działania irańskiego rządu zmierzają do zwiększenia wydobycia węgla koksującego z obecnych ok.1,5 mln t rocznie do ponad 5 mln t. W Zagłębiu Tabas buduje się kilka nowych kopalń. Inwestycje tego typu podejmuje zarówno rząd, jak i firmy hutnicze.

14 lipca 2015 r. sześć mocarstw – USA, Rosja, Chiny, Francja, Wielka Brytania i Niemcy – osiągnęło porozumienie z Iranem, mające na celu ograniczenie programu nuklearnego tego kraju. Umowa przewiduje, że Iran zrezygnuje z dążenia do uzyskania broni nuklearnej, w zamian za stopniowe znoszenie nałożonych na niego sankcji. Sankcje zaczęto znosić w styczniu 2016 r. Ministerstwo Rozwoju w Strategii na rzecz Odpowiedzialnego Rozwoju uznało Iran za jeden z rynków perspektywicznych dla polskiej gospodarki. Według danych Głównego Urzędu Statystycznego wartość polskiego eksportu do Iranu w pierwszym półroczu 2016 r. wyniosła 129,7 mln zł. To o 67,4 proc. więcej niż rok wcześniej, gdy jeszcze obowiązywały sankcje i były spore problemy z transferem pieniędzy. Import z Iranu również szybko rósł. W 2016 r. wyniósł 89,9 mln zł i był o połowę większy niż w 2015 r.

Zainteresowani maszynami i fachowcami

Górnictwo to jedna z branż, w której śmiało możemy zaistnieć w Iranie. Zapotrzebowanie na infrastrukturę irańskiego sektora wydobywczego oszacowano na 25 mld USD do 2025 r.

– Na rynku irańskim obecne jest Polskie Górnictwo Naftowe i Gazowe, a dwie trzecie polskiego importu z Iranu stanowi właśnie ropa naftowa – poinformował Tomasz Salomon, wicedyrektor Departamentu Współpracy Ekonomicznej Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP, podczas konferencji „Perspektywa współpracy na rynku irańskim – przełamywanie barier” w Krajowej Izbie Gospodarczej.

Warto też podkreślić, że kraj ten posiada drugie po Rosji złoża gazu ziemnego, szacowane na 28 bilionów m sześc., który mógłby w przyszłości zasilać świnoujski gazoport. KGHM również zamierza zdobywać tamtejszy rynek miedziowy.

– Przez trzy poprzednie lata promowaliśmy Polskę w Iranie. Dzięki temu ma u nas obecnie bardzo wysoką pozycję, jako kraj, z którym Irańczycy chcieliby podejmować kontakty na niwie politycznej i gospodarczej. Polska mimo długoletnich tradycji współpracy z Iranem jest jednak uważana za partnera dopiero wchodzącego na tamtejszy rynek. Śmiało mogę powiedzieć, że 70 proc. obsługi irańskiego przemysłu węglowego wykonują polskie firmy. Działa prężnie katowicki Famur, spółka Becker Warkop z Rybnika czy Tele-Fonika Kable, która dostarczyła ostatnio przewody do zakładów górniczych. Owszem, na irańskim rynku górniczym działają również spółki niemieckie i brytyjskie, ale one obsługują stare kontrakty. Wszelkie nowe technologie do irańskich kopalń płyną już z Polski. Nasz rynek jest bardzo chłonny, więc wciąż jest nam tego wszystkiego mało. Chcielibyśmy więcej – zapewnia Vahid Tahery, prezes Polsko- Irańskiej Izby Gospodarczej.

Potencjał dla inwestorów

Już w 2013 r. Mohammad Nahavandian, dyrektor Izby Handlu, Przemysłu, Górnictwa i Rolnictwa, zachęcał polskie firmy okołogórnicze do inwestowania w Iranie.

– Zainteresowanie wymianą gospodarczą po obu stronach jest bardzo duże, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że tuż po zniesieniu sankcji, irański rynek będzie bardzo lukratywny i atrakcyjny dla inwestorów. Te kraje i firmy, które przygotują się na erę posankcyjną, będą pierwsze w kolejce – zapewniał podczas konferencji w Warszawie.

– I ten czas – zdaniem Vahida Tahery – właśnie teraz nastał.

– Należy brać udział w targach i misjach gospodarczych i być promowanym przez instytucje, z którymi irańskie organizacje gospodarcze mają dobre relacje. W tym zakresie służy pomocą zarówno Ambasada Iranu w Warszawie, jak i Polsko-Irańska Izba Gospodarcza – zwraca uwagę szef Polsko-Irańskiej Izby. W Iranie orientują się doskonale, że Polska jest czołowym graczem na europejskim i światowym rynku maszyn i technologii górniczych. Chcą tę okazję wykorzystać. Czy polskie firmy okołogórnicze postąpią podobnie?

– Potencjał jest ogromny. W zasadzie oczekujemy na każdą ofertę, także ze strony branż gigantów dostarczających maszyny i budujących kopalnie. W tej dziedzinie mamy spore doświadczenie. Iran stawia na węgiel, potrzebuje sprzętu i ludzi do pracy – powiedział Vahid Tahery.

Kajetan Berezowski
Publicysta tygodnika Trybuna Górnicza i portalu nettg.pl

Zobacz pozostałe numery

Sporo się u nas dzieje.

Bądź zawsze na bieżąco.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA