Biuletyn Górniczy nr 9 – 10 (265-266)

Brak spisu treści.

Kiedy obserwujemy sprint w górę cen węgla na światowych rynkach, który trwa już od połowy maja, na usta ciśnie się pytanie: czy mamy właśnie powtórkę z ubiegłego roku? Wtedy wprawdzie trend zwyżkowy zaczął się w kwietniu, ale też nadeszło to po prawie trzech latach spadków; ostatni przedsezonowy skok miał miejsce w 2013 r., ale tendencja w górę trwała dużo krócej, a różnica cen wyniosła raptem 10 dolarów.

Wszyscy traderzy na świecie zadają sobie właśnie pytanie, czy peak (szczyt) cenowy mamy już za sobą, czy może przyjdzie nam czekać na niego do końca roku i czy wobec tego doczekamy się w końcu przekroczenia przez węgiel w europejskich portach magicznej granicy 100 dolarów za tonę (ostatni raz takie ceny widzieliśmy w marcu pięć lat temu).

W Polsce w lipcu ceny węgla zarówno tego kierowanego do energetyki, jak i mniejszych odbiorców przemysłowych w przeliczeniu na jednostkę energii umocniły się względem poprzedniego miesiąca. Indeks PSCMI2/Q wyniósł w lipcu 9,83 złotych za gigadżula, co daje trzeci najwyższy wynik w tym roku (droższy węgiel w tym segmencie odbiorców mieliśmy jedynie w maju – 9,86 złotych za gigadżula i miesiąc wcześniej, w kwietniu – 10,09 złotych za gigadżula). Wskaźnik PSCMI2/T po dwóch miesiącach spadków (poprzedzonych serią ośmiu kolejnych miesięcy wzrostów) wreszcie odbił w górę, do 231,30 złotych za tonę, co oznacza skok o prawie 3,5 proc. względem czerwca. Wciąż jednak daleko mu do poziomu z kwietnia (243,73 złote za tonę), kiedy to mieliśmy do czynienia z najwyższym notowaniem tego wskaźnika od grudnia 2015 r. (253,75 złotych za tonę).

Indeks PCSMI1/Q rośnie konsekwentnie od 3 miesięcy, od 8,84 złotych za gigadżula w kwietniu do 9,33 złotych za gigadżula w lipcu, co stanowi nie tylko jego najwyższe notowanie w tym roku, ale również najwyższy wynik od grudnia 2015 r. (10,15 złotych za gigadżula). Niezauważalny spadek zaliczył jedynie wskaźnik PCSMI1/T (po raz drugi z rzędu w swoich miesięcznych notowaniach), do poziomu 208,39 złotych za tonę (raptem o 0,03 proc. w dół), ale względem pierwszego półrocza i całego poprzedniego roku jest to wciąż wysoki poziom.

Mocna złotówka osłabia konkurencyjność

Konsekwentne umacnianie się złotówki względem dolara osłabia konkurencyjność polskiego węgla, którego podaż jednak wcale nie rośnie względem oczekiwań odbiorców, zarówno ze strony energetyki jak i ciepłownictwa oraz pozostałych odbiorców przemysłowych. W sierpniu wydobycie wzrosło tylko nieznacznie, co pozwala przypuszczać, że będziemy mieli do czynienia z kolejnymi wzrostami cen.

Na rynkach światowych wzrosty cen były już dużo bardziej zauważalne, zarówno na rynku Pacyfiku jak i Atlantyku, co mogło zaskoczyć niektórych analityków, którzy spodziewali się, że w trzecim kwartale nie doświadczymy już boomu cenowego, a notowany przez większość lipca poziom cen poniżej 85 dolarów za tonę w portach Amsterdamu, Rotterdamu i Antwerpii oraz Richards Bay będzie się utrzymywać w kolejnych dwóch miesiącach. Tymczasem, począwszy od sierpnia, ceny spotowe w zachodniej Europie rozpoczęły wprawdzie jeszcze nie galop (jak w październiku ub.r., kiedy w ciągu jednego raptem miesiąca skoczyły o ponad 20 dolarów za tonę), ale przynajmniej cwał, kiedy zaczynając z poziomu 82–83 dolarów za tonę zamykały miesiąc ocierając się o dziewiątkę z przodu. W indeksach tygodniowych publikowanych przez platformę handlową globalCOAL, w przeciwieństwie do „płaskich” czerwca i lipca, w sierpniu mieliśmy dla indeksu DES ARA do czynienia z konsekwentnym wzrostem, a miesięczną średnią wyliczono na 85,17 dolary za tonę (o ponad dwa dolary więcej niż przed miesiącem).

RPA mniej eksportuje

Podobnie jak w Polsce, również w RPA mieliśmy do czynienia ze spadkiem eksportu, dotyczy to jednak tylko sierpnia (m.in. z powodu kolejnych strajków). Kiedy jeszcze w lipcu eksport towarów masowych w południowoafrykańskim porcie Richards Bay (a więc głównie węgla) wyniósł 8,4 mln t, to już w sierpniu stopniał do 6,5 mln t. Ceny spot w Richards Bay w połowie wakacji charakteryzowały się jeszcze większą dynamiką, a już pierwszego sierpnia na stałe przeskoczyły swoim poziomem ceny ARA. Kiedy jeszcze w końcówce lipca ceny spotowe FOB RB notowały wynik poniżej 80 dolarów za tonę, tak sierpień otworzyły z wynikiem blisko 85 dolarów, żeby na koniec miesiąca przebić granicę 90 dolarów za tonę. Podobnie jak w przypadku indeksu DES ARA, notowania tygodniowe wskaźnika RB obliczanego przez globalCOAL rosły z tygodnia na tydzień, a miesiąc zamknęły średnią 86,95 dolarów za tonę, co oznaczało wzrost względem lipca o ponad 5 dolarów za tonę. Osiągnięty w czwartym tygodniu sierpnia poziom 88,21 dolarów za tonę był najwyższy od czasu wyników zanotowanych w dwóch ostatnich tygodniach stycznia br.

Skok cen na Atlantyku był wywołany głównie przez gigantyczne „ssanie” węgla wysokogatunkowego na rynkach azjatyckich, głównie ze strony odbiorców z Korei Południowej i Tajwanu, którzy wobec ograniczonej podaży z Australii zaczęli szukać zaspokojenia swojego popytu na rynkach Kolumbii i RPA, co odbiło się wprost na podaży w portach zachodnioeuropejskich i portach basenu Morza Śródziemnego.

Węgiel kolumbijski i południowoafrykański starano się zastąpić wzmożonym importem ze Stanów Zjednoczonych, gdzie kopalnie zachęcone ogłoszonym przez administrację prezydenta Donalda Trumpa zakończeniem „wojny z węglem” mają olbrzymie parcie na produkcję i eksport. Pewną barierą dla podboju Europy przez węgiel amerykański jest jednak poziom siarki, który potrafi sięgać nawet 2–3 proc. (dla porównania – węgiel z lubelskiej Bogdanki ma średnio ok. 1,2 proc. zawartości siarki, węgiel z kopalń PGG 0,6–0,8 proc., węgiel importowany do Polski z Rosji zazwyczaj poniżej 0,6 proc.).

W jakiś sposób wysoką zawartość siarki rekompensuje jednak wysoka kaloryczność surowca sprowadzanego ze Stanów, do tego stopnia, że poza Węglokoksem testowe statki zamówiły do Polski w ostatnim czasie również francuski EDF i czeski EPH. Ogólnie do Europy sprowadzono w okresie od stycznia do lipca br. o 80 proc. więcej węgla z tego kierunku niż w analogicznym okresie ub.r., w samym tylko sierpniu import wyniósł 4,2 mln t. Tymczasem ceny węgla rosyjskiego eksportowanego na zachód Europy z portów na Bałtyku, zazwyczaj dużo niższe od cen na ARA, niemal zrównały się z nimi w sierpniu, w kontraktach spotowych osiągając poziomy niższe raptem o 1–2 dolary na tonie. Z Rosterminalugol, największego dedykowanego na przeładunek węgla portu w północno-zachodniej Rosji, wyeksportowano w okresie od stycznia do sierpnia br. blisko 16 mln t, co oznacza wzrost o 42 proc. względem analogicznego okresu w roku ubiegłym. W samym tylko sierpniu terminal wyeksportował 2,4 mln t węgla (wzrost o 46 proc. rdr).

We wrześniu ceny na rynku Atlantyku wcale nie chciały wyhamować swojego wyścigu w górę. Ceny w portach ARA w transakcjach spot rozpoczęły miesiąc z poziomu 87-88 dolarów za tonę, żeby przekroczyć granicę 90 dolarów niecałe dwa tygodnie później. Zamykając miesiąc z cenami na poziomie ok. 92 dolarów za tonę (co już dorównuje rekordom z przełomu roku – 92,22 dolary za tonę tuż przed Sylwestrem 2016 r.) istnieje duże prawdopodobieństwo, że psychologiczna bariera 100 dolarów może zostać przekroczona już na przełomie października i listopada. Jeszcze szybciej tę granicę mają szansę przekroczyć spotowe ceny węgla eksportowanego z Richards Bay. W pierwszym tygodniu września wprawdzie chwilę balansowały poniżej 90 dolarów, ale od tego momentu konsekwentnie pną się w górę, a dokładnie w połowie września osiągnęły najwyższy poziom od listopada ubiegłego roku – 95 dolarów za tonę. Właśnie w listopadzie 2016 r. padł rekord obecnej koniunktury, kiedy na jeden dzień ceny spot przekroczyły 100 dolarów (ostatni raz taka sytuacja miała miejsce wiosną 2012 r.). Obecnie cenom węgla z RPA znowu niewiele brakuje do tamtych notowań.

Australia ma problemy

Na Pacyfiku, jeśli chodzi o trendy cenowe, mieliśmy do czynienia z analogicznymi ruchami poszczególnych indeksów. W transakcjach spotowych węgiel z Australii osiągnął już to, na co wciąż czekamy w odniesieniu do węgla w portach ARA i Richards Bay – granica 100 dolarów została przekroczona w połowie września. Prowadzony przez globalCOAL wskaźnik NEWC dla węgla eksportowanego z portu Newcastle w Australii rósł w kolejnych tygodniach od 97 do prawie 102 dolarów za tonę, ze średnią za cały miesiąc wyliczoną na 98,58 dolarów (wzrost o ponad 11 dolarów względem lipca i 25 dolarów względem majowego dołka po korekcie indeksów w związku z uspokojeniem paniki po huraganie Debbie). Podobnie, choć z dużo mniejszą dynamiką rósł również liczony przez globalCOAL indeks INDO 4200 dla eksportowanego węgla indonezyjskiego. Przez cały sierpień surowiec z Indonezji utrzymywał stabilną cenę na poziomie 42–43 dolarów za tonę, tj. o 2–3 dolary więcej względem lipca. Podobnie jak w przypadku Europy, na sierpniowe ceny w Azji wpływała przede wszystkim ograniczona podaż (głównie z kierunku rosyjskiego oraz z Australii), która spotkała się ze zwiększonym popytem.

Jeśli chodzi o wątek rosyjskich dostaw, to głównym winowajcą była powódź, która doprowadziła do zniszczenia trakcji kolejowej i wykolejenia pociągu na linii prowadzącej do dalekowschodnich portów rosyjskich – sytuacja podobna do tej z kwietnia w australijskim stanie Queensland. W Australii właśnie tymczasem kontynuowany jest strajk pracowników Glencore (akcja związkowców rozpoczęła się jeszcze w czerwcu) w należących do spółki sześciu zakładach górniczych, które łącznie wydobywają ok. 45 mln t węgla rocznie. W sierpniu zawieszone wcześniej czasowo strajki ograniczały czas pracy kopalń o 3 dni w każdym tygodniu, powodując znaczne uszczuplenie podaży, przy jednoczesnym wzroście popytu na węgiel australijski. Do wspomnianych wcześniej Korei Południowej i Tajwanu dołączyła we wrześniu Japonia, zgłaszając zapotrzebowanie na zwiększone ilości surowca z tego kierunku.

Chińskie kłopoty z wydobyciem

Dodatkowe potrzeby importowe zgłaszał również Pekin, gdzie największa krajowa spółka górnicza Shenhua miała problemy z wydobyciem w swoich dwóch największych kopalniach, przy jednocześnie nasilających się czynnikach sezonowych, przede wszystkim rekordowo wysokich temperaturach. Termometry w obszarze Mórz Żółtego i Wschodniochińskiego (Chiny, Tajwan i Korea Południowa) pokazywały o 2 st. C więcej względem średnich temperatur z ostatnich 10 lat, co napędzało zapotrzebowanie urządzeń klimatyzacyjnych i w konsekwencji przekładało się na zwiększony pobór prądu, produkowanego głównie w elektrowniach węglowych (niski poziom wód od jakiegoś czasu zakłóca w Chinach prace elektrowni wodnych). Będące głównym wyznacznikiem dla kształtowania się cen węgla na globalnych rynkach Państwo Środka ponownie zwiększyło import, który w samym tylko okresie styczeń-sierpień wyniósł bez mała 160 mln t (z czego ponad 25 mln t tylko w sierpniu), co oznacza wzrost o blisko 16 proc. względem analogicznego okresu w ub.r. Składa się na to szereg czynników, z czego do najważniejszych należy zaliczyć przede wszystkim ograniczenie krajowego wydobycia m.in. poprzez zamykanie nierentownych kopalń.

Indyjski monopolista przeholował

Chiński import węgla może jednak niedługo zakłócić pogoda, która szczególnie daje się we znaki w porcie Guangzhou w południowej części kraju. Tymczasem sąsiad Chin i drugi największy importer węgla na świecie – Indie – próbują ograniczyć zaopatrywanie się w paliwo na rynkach zewnętrznych i stawiają na zwiększanie krajowego wydobycia przy jednoczesnej poprawie efektywności. Decyzją hinduskiego urzędu antymonopolowego Coal India, największy producent węgla na świecie (rocznie wydobywa blisko pół miliarda t) straci na rzecz innych podmiotów część swoich kopalń (na początek pod młotek idzie 10 zakładów). Ma to związek ze skargami lokalnej energetyki na coraz gorszą jakość dostarczanego paliwa, co z kolei ma być spowodowane zaniedbaniami węglowego giganta, m.in. zaniechaniem inwestycji w zakłady wzbogacania. Szacuje się, że ok. 20 proc. sprzedawanego węgla nie jest płukana zanim trafi do odbiorców, co generuje spore problemy dla energetyki. W kwietniu podległa hinduskiemu Ministerstwu Węgla Organizacja Kontrolerów Węgla orzekła, że aż 177 kopalń nie spełnia standardów jakościowych.

Dawid Salamądry
Założyciel serwisu polishcoaldaily.com

Problemy produkcyjne kopalń biorą się m.in. stąd, że brakuje fachowców, którzy wiedzą, jak sobie poradzić w trudnych warunkach geologicznych. Rada Krajowa Związku Zawodowego Górników w Polsce 29 września br. wystosowała w tej sprawie nawet pismo do ministra energii Krzysztofa Tchórzewskiego.

Alarmuje w nim, że wkrótce może zabraknąć wykwalifikowanych pracowników kopalń. W ciągu minionych dwóch lat Spółka Restrukturyzacji Kopalń przejęła ponad 12,3 tys. pracowników. Najwięcej z tych, którzy zechcieli skorzystać z osłon socjalnych – ok. 5000 osób – przeszło na urlopy górnicze. Do świadczenia w postaci urlopu górniczego uprawniony jest pracownik zatrudniony pod ziemią, któremu do emerytury brakuje nie więcej niż cztery lata, a w przypadku pracowników mechanicznej przeróbki węgla trzy lata. W trakcie urlopu pracownik otrzymuje 75 proc. wynagrodzenia, powiększonego o inne świadczenia.

Doświadczonych trudno zastąpić

Coraz częściej można usłyszeć, że braki kadrowe, wynikające z przechodzenia na urlopy górnicze najbardziej doświadczonych fachowców, przyczyniają się do problemów śląskich kopalń.

Mamy do czynienia z odchodzeniem na urlopy górnicze najlepszych fachowców, posiadających wiedzę i doświadczenie – stwierdził Adam Gawęda, senator Prawa i Sprawiedliwości. – Wielokrotnie mówiłem, żeby przyhamować odejścia na urlopy górnicze. Żeby młodzi adepci górnictwa stali się górnikami z krwi i kości, to muszą mieć się od kogo uczyć. Ważne, żeby ci młodzi pracownicy byli dołączani do brygad, gdzie prym wiodą fachowcy ze stażem, przykładowo kombajniści – podkreśla senator Gawęda.

Problem ten dostrzega również Bogusław Ziętek, przewodniczący Sierpnia 80. Jego zdaniem to niezwykle poważna sprawa, gdyż praktycznie nie ma już na rynku pracy fachowców, których górnictwo mogłoby przyjąć w miejsce osób odchodzących na urlopy górnicze.

– A firmy, z których pracownicy mogliby przejść do kopalń, praktycznie zablokowały taką możliwość, bo same nie dają sobie rady z powodu kłopotów kadrowych – wyjaśnił Ziętek. – Stoimy zatem przed takim problemem, że za chwilę nie będzie miał kto wydobywać węgla. A na pewno zabraknie ludzi, którzy mają odpowiednio wysokie kwalifikacje i doświadczenie.

Janusz Steinhoff, były wicepremier i minister gospodarki przyznaje, że zdecydowanie jest to poważny problem. On się pojawiał już przed laty, w trakcie poprzedniej restrukturyzacji górnictwa, kiedy to najlepsi pracownicy próbowali odchodzić na urlopy górnicze. Jednak wtedy o tym, czy ktoś ostatecznie skorzysta z Górniczego Pakietu Socjalnego, decydował dyrektor kopalni, wiedzący, jaka jest sytuacja zakładu i jakie są potrzeby kadrowe. Można zatem było zatrzymać ludzi o odpowiednich kwalifikacjach. Wówczas pakiet socjalny obejmował górników ze wszystkich kopalń, bez względu na to, czy dana kopalnia była przeznaczona do likwidacji, czy też miała przed sobą przyszłość. A osoby, które nie zamierzały odchodzić z górnictwa, wiedziały, na którą kopalnię będą mogły się przenieść.

– Natomiast teraz rysuje się znaczny problem dotyczący m.in. przedstawicieli dozoru, ale też różnych specjalistów, fachowców – stwierdził Janusz Steinhoff. – Mogą bowiem znajdować atrakcyjne zatrudnienie poza górnictwem. Tak więc politykę w tym zakresie, również w sferze urlopów górniczych, należy prowadzić w sposób racjonalny. O tym, kto może przejść na urlop górniczy, a kto pozostać, powinni decydować dyrektorzy kopalń.

Apanaże nie są wysokie

Zdaniem Steinhoffa nasze górnictwo będzie miało wielki problem z naborem pracowników, biorąc pod uwagę, jak niebezpieczną i uciążliwą pracę wykonują osoby zatrudnione pod ziemią. Apanaże w górnictwie wcale nie są wysokie. A sytuacja na rynku pracy uległa zmianie, mamy niskie bezrobocie.

– Praca w górnictwie staje się coraz mniej atrakcyjna – podkreśla Steinhoff. – Co istotne, odchodzenie z kopalń najlepszych fachowców na urlopy górnicze może się również przekładać na kwestie bezpieczeństwa pracy. W żadnym wypadku nie liberalizowałbym przepisów górniczych, choć tego typu postulaty się pojawiają. Natomiast prezes Wyższego Urzędu Górniczego powinien podlegać bezpośrednio premierowi rządu – podkreśla Steinhoff.

Rada Krajowa Związku Zawodowego Górników w Polsce w piśmie do ministra Tchórzewskiego ostrzegła, że dalsze kurczenie się zatrudnienia w branży może doprowadzić do samoistnego wygaszenia kopalń. „Sytuacja jest dramatyczna. Zaczyna brakować fachowców. Luka pokoleniowa, brak ciągłości kształcenia w zawodach górniczych i odejście do Spółki Restrukturyzacji Kopalń tysięcy pracowników prowadzi do kurczenia się górniczego rynku pracy. Do tego niskie zarobki nie zachęcają nowych ludzi do podejmowania pracy w górnictwie” – napisali związkowcy. Wskazano w nim też, że pojawiają się już problemy z normatywnym obłożeniem stanowisk. Jak na razie kopalnie posiłkują się pracownikami firm okołogórniczych, których sytuacja na rynku jest coraz gorsza. W piśmie do ministra energii zaznaczono też, że brak rąk do pracy w połączeniu z gigantycznymi terminami płatności zagrażają stabilności firm z górniczego zaplecza. Wskazano przy tym, że pośrednio taka sytuacja uderza również w same kopalnie, w których wkrótce może się okazać, że nie będzie miał kto wykonywać robót specjalistycznych.

„Potrzebna jest stabilizacja pracy w całym górnictwie. Sprzyja temu ogromny popyt na węgiel i jego cena” – napisano w piśmie do ministra.

Rada Krajowa ZZG w Polsce apeluje w nim również do Ministerstwa Energii o podjęcie działań, które zatrzymają proces odchodzenia z górnictwa wykwalifikowanych pracowników oraz uatrakcyjnienia wynagrodzenia, które mogłoby przyciągnąć do pracy w kopalniach nowych ludzi.

Bez lepszych zarobków poprawy nie będzie

„Dalsze kurczenie się zatrudnienia w branży może doprowadzić do samoistnego wygaszenia się kopalń. Mamy nadzieję, że Ministerstwo Energii dostrzega to zagrożenie. W ramach rządowej restrukturyzacji wraz z likwidowanymi kopalniami i przejmowaniem ich przez SRK SA z branży odeszło ponad 10 tys. pracowników. Kontynuowanie polityki zmniejszania zatrudnienia jest bardzo groźne i działa niszcząco na kondycję polskiego górnictwa” – ostrzegali związkowcy. Zdaniem Wacława Czerkawskiego, wiceprzewodniczącego ZZGwP, cała sytuacja jest determinowana poziomem górniczych wynagrodzeń.

– Zbyt niskim poziomem! – podkreśla Wacław Czerkawski. – Jak będą płace w górnictwie na odpowiedniej wysokości, to będą i górnicy. Na razie młodzi jeszcze mają się od kogo uczyć górniczego fachu. Ale jak nadal będą tak kiepskie wynagrodzenia w branży jak teraz, to za kilka lat rzeczywiście nie będzie kto miał szkolić młodych i nie będzie w ogóle chętnych do nauki i podejmowania górniczego fachu. Tak więc zabranie się za temat podwyżek górniczych płac jest pierwszoplanowe.

W 2016 r. z osłon socjalnych skorzystało 2886 osób. 1746 z nich zdecydowały się na urlopy górnicze, 55 na urlopy dla pracowników przeróbki mechanicznej węgla, natomiast 1085 na jednorazowe odprawy. W sumie od maja 2015 r. do 24 lipca 2017 r. z osłon socjalnych skorzystało 8769 osób.

Według Kazimierza Grajcarka, przewodniczącego Krajowego Sekretariatu Górnictwa i Energetyki NSZZ Solidarność, jednorazowe odprawy i urlopy górnicze to dobre rozwiązanie, jednak tylko dla tych górników, którzy ze względu na zły stan zdrowia nie mogą już dłużej pracować. Jeżeli górnicy stracili swoje zdrowie na kopalni, to powinni mieć możliwość skorzystania z tego typu osłon.

– W każdym innym przypadku jednorazowe odprawy i urlopy górnicze nie mają sensu – podkreśla Kazimierz Grajcarek, cytowany przez związkową gazetę Solidarność Górnicza. I wskazuje, że z wielu kopalń dobiegają głosy, że brakuje fachowców i osób z doświadczeniem. Zachęca się ludzi, żeby dobrowolnie odchodzili z pracy w kopalniach a jednocześnie w tychże kopalniach w coraz większym stopniu uwiera brak fachowców. Młodzi górnicy nie mają się od kogo uczyć. A warunki eksploatacji są coraz trudniejsze, bo schodzimy coraz niżej z wydobyciem.

Uczyć się od starszych

– Każdy z nas, jak zaczynał pracę, to uczył się od starszych kolegów. To jest normalne. Odprawy i urlopy to marnowanie potencjału ludzkiego – ocenia Kazimierz Grajcarek. Dodaje przy tym, że doświadczonym pracownikom należy zaproponować dobre warunki pracy i zapewnić im szansę przepracowania do emerytury. Po to, aby móc korzystać z ich wiedzy i doświadczenia.

– Trzeba więc zachęcać do tego, aby zostawali na kopalniach, a nie z nich odchodzili – mówi Kazimierz Grajcarek. Jego zdaniem rząd nie dopracował koncepcji urlopów górniczych i jednorazowych odpraw. Dlatego należałoby się pilnie jeszcze nad tym problemem pochylić.

Jerzy Dudała
Publicysta magazynu Nowy Przemysł
i portalu wnp.pl

Przedstawiając swoje plany inwestycyjne kolejarze coraz częściej zwracają uwagę na ich znaczenie dla transportu węgla ze śląskich kopalń. Jeśli wierzyć w ich zapewnienia, to w ciągu kilku najbliższych lat wyraźnie poprawi się przepustowość linii, a jadące nimi pociągi będą mogły zdecydowanie przyśpieszyć.

Konkurować z samochodami

Pod koniec września br. Ministerstwo Infrastruktury i Budownictwa skierowało do konsultacji publicznych projekt kolejowego „programu utrzymaniowego”. Dokument ten ustanawia ramy finansowe oraz warunki realizacji zamierzeń państwa dotyczących zarządzania infrastrukturą kolejową w Polsce do roku 2023. Wśród jego kluczowych założeń znalazło się zapewnienie odpowiedniego poziomu jakości infrastruktury, nadrobienie zaległości utrzymaniowych i zachowanie sieci linii kolejowych (mowa jest o wycofaniu się z likwidacji tych tras, dla których pierwotnie przewidziano taką właśnie przyszłość). Program wprowadza nową kategoryzację linii kolejowych, a także – co bardzo istotne dla przewoźników – wieloletnie umowy na utrzymanie i remonty tras.

Na realizację programu, z którego skorzystać mają PKP Polskie Linie Kolejowe oraz czterech innych zarządców kolejowej infrastruktury, przeznaczonych zostanie 27 mld zł.

– Już w latach 2021 i 2022 będziemy mieli do czynienia z zupełnie inną jakością transportu kolejowego, tak pasażerskiego, jak i towarowego. Program utrzymaniowy pozwoli na planowanie prac utrzymaniowych i remontowych w cyklu wieloletnim. To oczekiwane od dawna rozwiązanie problemu wieloletnich zaległości, które wprowadzamy gwarantując znaczne środki finansowe w perspektywie najbliższych lat – mówił wiceminister infrastruktury i budownictwa Andrzej Bittel.

Zdaniem resortu realizacja programu pozwoli zlikwidować znaczną część tzw. wąskich gardeł i sprawi, że pociągi w wielu miejscach będą mogły wreszcie rozwinąć większe prędkości (po zakończeniu programu średnia prędkość składów towarowych ma wynosić 45 km na godzinę, dla porównania – w ub. roku wynosiła 30 km na godzinę). To zaś sprawi, że transport kolejowy będzie mógł skutecznie konkurować z transportem samochodowym, co automatycznie przełoży się na wzrost przewozów kolejowych.

– Musi nas być stać na doprowadzenie linii kolejowych do stanu, w którym będą istotnym ogniwem systemu transportowego Polski – podkreślił wiceminister Bittel.

Linie do kopalń kluczowe dla gospodarki

No dobrze, co jednak to wszystko ma wspólnego z górnictwem? Odpowiedź na to pytanie przynosi załącznik do projektu uchwały o „Pomocy w zakresie finansowania kosztów zarządzania infrastrukturą kolejową, w tym jej utrzymania i remontów do 2023 roku”, bo tak właśnie brzmi oficjalna nazwa Programu. Zapisano w nim, że za kluczowe z gospodarczego punktu widzenia należy uznać ujęcie w najwyższych kategoriach utrzymania (A i B) odcinków i ciągów pełniących najważniejsze funkcje w systemie transportowym Polski, do których należą m.in. połączenia „uprzemysłowionych obszarów Górnego Śląska i Zagłębia oraz Dolnego Śląska wraz z Legnicko-Głogowskim Okręgiem Miedziowym z portami morskimi (w szczególności w Gdańsku, Gdyni i z zespołem portów morskich Szczecin-Świnoujście)”. Innymi słowy, inwestycje na szlakach prowadzących do zakładów wydobywczych w tych częściach kraju mogą liczyć na priorytet. A to już brzmi obiecująco.

Jakość infrastruktury kolejowej w Polsce jest dla branży górniczej o tyle istotna, że to właśnie koleją wywożone jest dziś ok. 75 proc. węgla ze śląskich kopalń. Zaledwie 20 proc. przewożą tiry (transport rzeczny wciąż jeszcze pozostaje w sferze postulatów), wynika z tego, że przy dystansie powyżej 200 kilometrów są one po prostu droższe od pociągów. Przewaga kolei byłaby jeszcze wyraźniejsza, gdyby nie skandalicznie niskie (momentami spadające do ok. 20 km na godzinę) prędkości osiągane przez pociągi. Przekłada się to zresztą nie tylko na dłuższy czas dostawy surowca do miejsca przeznaczenia, ale i niekorzystnie odbija na samym bezpieczeństwie transportów. Dokonujący usypów rabusie doskonale wiedzą, gdzie składy z węglem poruszają się najwolniej i niestety potrafią tę wiedzę bardzo skutecznie wykorzystać. Taki stan rzeczy generuje oczywiście dodatkowe koszty, związane z ubezpieczeniem i ochroną transportów, przy czym jednak kolejarze nie pozostawiają złudzeń – bez poprawy stanu torowisk, pozwalającej zwiększyć prędkość transportów, ich zabezpieczenie nigdy nie będzie w pełni możliwe.

Modernizacje na „węglówce” i nie tylko

Konsultacje programu utrzymaniowego dla polskiej kolei mają trwać do początku listopada. Resort Infrastruktury i Budownictwa chce, aby wszedł on w życie jeszcze w tym roku.

Nie oznacza to jednak, że do tego czasu nic się nie będzie działo na liniach, po których odbywa się transport węgla ze Śląska. Jeszcze we wrześniu zakończyła się przebudowa części słynnej „węglówki” na odcinku Kłobuck – Miedźno. Inwestycja obejmująca odnowę toru, mostu i wiaduktów, a także montaż nowych urządzeń sterowania ruchem kosztowała PKP PLK 23,4 mln zł. Dzięki niej pociągi na tym odcinku trasy mają przyśpieszyć do 120 km na godzinę. Nie była to zresztą jedyna modernizacja na „węglówce” – do przyszłego roku mają trwać prace w Tarnowskich Górach (odbywa się przebudowa wiaduktu), a także na odcinku Bytom Północ – Radzionków oraz Chorzew Siemkowice – Chociw Łaski (tam z kolei zaplanowano rewitalizację torów).

Wcześniej, bo jeszcze w IV kwartale tego roku mają zakończyć się roboty w rejonie węzła Dąbrowa Górnicza Towarowa, a także na odcinku Knurów-Leszczyny. W tym pierwszym przypadku, dzięki nowym urządzeniom sterowania ruchem pociągów,    zamontowanym    w    nowej i modernizowanej nastawni, wymianie kilkunastu rozjazdów, ok. 5 km sieci trakcyjnej, semaforów, oświetlenia i systemu łączności (całość inwestycji pochłonąć ma 29 mln zł) sprawniej i szybciej odbywać się będzie ruch między Dąbrową Górniczą Towarową, a stacjami Łazy, Kozioł i Panewnik. Z kolei prace na odcinku Knurów-Leszczyny pozwolą przywrócić do ruchu drugi tor (obecnie wyłączony z użytku z powodu… szkód górniczych), a także zwiększyć dopuszczalną prędkość, co poprawi przepustowość linii i tym samym ułatwi wywóz węgla z Rybnickiego Okręgu Węglowego.

Kilka  kolejnych  inwestycji  znajduje się w fazie przygotowań, bądź rozruchu. W sierpniu br. PKP PLK podpisały z krakowską spółką ZUE wartą niemal 215 mln zł umowę na modernizację blisko 50-kilometrowego odcinka linii Wyczerpy – Chorzew Siemkowice (woj. łódzkie), stanowiącego    połączenie     „węglówki” z Częstochową. Inwestycja zakłada wymianę torów, sieci trakcyjnej i urządzeń sterowania ruchem. Do 2020 r. mają tam zostać wyremontowane i przebudowane 44 obiekty inżynieryjne. Pojawią się też nowe rozjazdy, wyposażone w urządzenia elektrycznego ogrzewania, co – jak zapowiada PLK – ma zapewnić sprawny przejazd pociągów w zimie. Będą też mogły one rozwijać prędkości rzędu 100 km na godzinę (dziś na większości trasy obowiązują ograniczenia do 40–60 km na godzinę). Wciąż jeszcze natomiast ważą się losy przetargu na rewitalizację prawie 40 km trasy Toszek Północ – Rudziniec Gliwicki – Stare Koźle. Jak podkreśla PLK inwestycja ta – obejmująca m.in. wymianę torów i modernizację 51 obiektów inżynieryjnych – pozwoli o 30 km zwiększyć dopuszczalne prędkości dla składów towarowych i tym samym usprawni przewóz ładunków w regionie, a także ich wywóz w kierunku portów w Szczecinie, Świnoujściu i Gdyni. Apetyt na 300 mln zł, które pochłonąć ma to zadanie, miało siedmiu oferentów, a walka była na tyle zacięta, że sprawa ostatecznie wylądowała w Urzędzie Zamówień Publicznych. To oczywiście stawia pod dużym znakiem zapytania terminowość realizacji tej inwestycji – zgodnie z pierwotnymi założeniami prace miały się rozpocząć wiosną tego roku, a zakończyć w roku 2019.

Sąsiedzi dają zarobić kolejarzom i górnikom?

Inwestycje w infrastrukturę kolejową, związaną z ruchem towarowym, mają znaczenie nie tylko w kontekście dostaw węgla z kopalń do odbiorców w Polsce. Po zeszłorocznym bankructwie czeskiego koncernu OKD pojawiły się opinie, że będą mogły na tym skorzystać zarówno polskie koncerny wydobywcze, jak i przewoźnicy kolejowi, mocniej zaznaczając swoją obecność na południe od Polski.

– Jest nadzieja na to, że polskie kopalnie będą mogły produkować dla strony czeskiej, dla Słowaków, dla Węgrów i dla Austriaków, czyli tam, gdzie dzisiaj ten węgiel woziła spółka AWT z kopalń czeskich. To daje pewną nadzieję, że przewozy PKP Cargo, jeśli chodzi o węgiel, nieco się zwiększą w ciągu najbliższych kilku lat – mówił w grudniu ub.r. podczas posiedzenia senackiej Komisji Infrastruktury Maciej Libiszowski, prezes zarządu PKP Cargo. Przedstawiciele spółki wskazywali, że w ciągu 5–7 lat czeskie górnictwo węgla kamiennego będzie systematycznie wygaszane, redukując swoją  produkcję w tempie ok. 1 mln t rocznie. To zaś docelowo stwarza szansę na eksport do Czech ok. 5–6 mln t węgla.

– Założenie jest takie, że 90 proc. tego węgla będzie można przewozić z polskich kopalń. Cała nasza polityka,  jeśli  chodzi o rynek czeski, polega na tym, żeby w miejsce tych przewozów, które utracimy z OKD, weszły przewozy z Polski. To będą przewozy na znacznie większe odległości – dodał Arkadiusz Olewnik, członek zarządu PKP Cargo ds. finansowych.

Michał Wroński
dziennikarz w PortalSamorzadowy.pl

Zobacz pozostałe numery

Sporo się u nas dzieje.

Bądź zawsze na bieżąco.

ZAPISZ SIĘ DO NEWSLETTERA

Ta witryna jest zarejestrowana pod adresem wpml.org jako witryna rozwojowa. Przełącz się na klucz witryny produkcyjnej na remove this banner.